Wariat w archiwum

9 minut czytania

/ Muzyka

Wariat w archiwum

Borys Dejnarowicz

Na swojej nowej płycie Ariel Pink prowadzi ze słuchaczem wirtuozerską grę. Nikt tak jak on nie potrafi łączyć ze sobą pozornie odległych gatunków – progresywnego rocka i yacht-popu, indie rocka i sophisti-popu

Jeszcze 2 minuty czytania

Ariel Rosenberg zajmuje dość szczególne miejsce na współczesnej scenie alternatywnej. Bez ryzyka można go uznać za jednego z trzech najważniejszych – obok Kanyego Westa i grupy Radiohead – artystów pop XXI wieku. Na przełomie tysiącleci kalifornijski freak popełnił w domowych warunkach mnóstwo nagrań, które później wywarły ogromny wpływ na znaczną część świeżych zjawisk w muzyce alternatywnej ostatniej dekady. Z początku rozpowszechniane na ręcznie kopiowanych CDR-ach, wkrótce doczekały się oficjalnego wznowienia w małej wytwórni Paw Tracks, prowadzonej przez członków szalenie cenionego przez krytyków zespołu Animal Collective. Dzięki szerszej dystrybucji Pink dość szybko zaskarbił sobie sympatię miłośników niekontrolowanego, popowego wariactwa. Pomysł Ariela był wielopoziomowy, oryginalny i bezprecedensowy. Artysta rekonstruował z pamięci strzępki zasłyszanych w młodości piosenek o rozmaitym rodowodzie stylistycznym. Jednak przefiltrowane przez jego schizofreniczną osobowość i analogowy szum taśmy zmieniały się one w dźwiękowe zjawy. Rezonowały niczym nieuchwytne koszmary przeszłości, które nawiedzają miks, by niebawem zeń wyparować.

Krytycy określali tę metodę mianem „hauntologii”  i „hipnagogii”, choć owe terminy nie zamykały tematu. Simon Reynolds dostrzegł u Pinka zupełnie nowy, awangardowy sposób flirtu z tradycją, który nazwał „atemporalnością”. To w dosłownym tłumaczeniu  „ponadczasowość”, lecz autorowi słynnej  „Retromanii” chodziło o coś innego niż uniwersalne wartości estetyczne. Zwrócił bowiem uwagę na fragmentaryczny i niespójny charakter cytowania przeszłości muzyki. W przeciwieństwie do starannych stylizacji na konkretną konwencję, ściśle przypisaną danej epoce, twórczość Ariela Pinka czerpała z wielu źródeł równolegle. W chorym miszmaszu zamazały się wyraźne granice między dawno minionymi modami i brzmieniami  Na tę swobodę pozwoliło oczywiście dopiero upowszechnienie internetu. W konsekwencji zmian technologicznych artyści funkcjonują dziś jakby zanurzeni w dwóch porządkach czasowych: „teraz” i w popkulturowym archiwum, które wydaje się studnią bez dna.

Świetnie korelowało z tym podejście Pinka do kompozycji. Jego znak firmowy to rozsadzenie od środka konstrukcji radiowego przeboju. Piosenki przypominają strumień świadomości, w którym wielowątkowe, skomplikowane rytmicznie i harmonicznie pasaże sąsiadują z naiwną melodyką tanich szlagierów. Efekt końcowy przypominał więc groteskową, jakby zdeformowaną w krzywym zwierciadle wizję historii muzyki pop. I chociaż łatwo wskazać oczywistych prekursorów podobnych eksperymentów (przychodzą na myśl Frank Zappa, R. Stevie Moore czy Gary Wilson), to nikt wcześniej nie nadał im takiej intensywności emocjonalnej. Zabiegi formalne służyły Pinkowi ledwie za punkt wyjścia, środek do celu, którym było odmalowanie zwichniętej kondycji aspołecznego wyrzutka zupełnie nowym, odkrywczym językiem. Dość szybko patent ów w mniej lub bardziej dosłowny sposób podchwycił szereg artystów z kręgu określanego jako chillwave czy glo-fi (James Ferraro, Ramona Gonzalez, Chaz Bundick, Matthew Mondanile, John Maus, Alan Palomo i inni).

Jak dotąd pod względem czysto muzycznym karierę Ariela można było podzielić na dwa wyraźnie odrębne etapy. Pierwszy to wspomniana era „home recordingu”. Artysta praktycznie bez niczyjej pomocy stworzył metodą wielokrotnego dogrywania kolejnych partii na kasetę tak sztandarowe dzieła nurtu lo-fi jak „The Doldrums”, „House Arrest” czy „Worn Copy”. Wtedy jeszcze był najpilniej strzeżonym sekretem muzyki alternatywnej – wystarczy odnotować, że jego występ na słynnym barcelońskim festiwalu Primavera w 2009 roku obserwowało raptem kilkanaście osób. Jednak coraz większy rozgłos wokół Pinka wkrótce zaowocował kontraktem z prestiżową wytwórnią 4AD (to etap drugi). Pod jej opieką muzyk przygotował trzy albumy stricte studyjne („Before Today”, „Mature Themes” i „pom pom”), zarejestrowane z towarzystwem znakomitego zespołu, wspierającego go również koncertowo. I chociaż zarzekał się, że nadal hołduje filozofii lo-fi, to jego utwory z tego okresu nie tylko brzmiały znacznie przejrzyściej, ale i często przemawiały prostszym, bardziej przebojowym językiem. Singiel „Round and Round” z 2010 roku zwyciężył nawet w corocznym plebiscycie opiniotwórczego serwisu Pitchfork (który uprzednio traktował Pinka nieco protekcjonalnie).

Zdaniem wielu komentatorów najnowsza płyta to specyficzny zwrot Ariela ku własnym korzeniom. Oto po wielu załamaniach nerwowych bohater powraca tam gdzie jego miejsce – do głębokiej niszy. Miałaby o tym świadczyć nie tylko zmiana wydawcy z prężnego, legendarnego 4AD na mniejszą, acz niesamowicie stylową oficynę nowojorską Mexican Summer. Sam materiał również wydaje się bliższy duchem jego początkom. Przesycony marazmem, lekko odrętwiały, znowu mniej przystępny szerokiemu odbiorcy w sferze brzmienia (węższe pasmo, zamglona selektywność aranżacji) i raczej pozbawiony ewidentnych kandydatów na solidny hit choćby w mikroskali. Padające tu i ówdzie porównania do tak depresyjnych klasyków w dorobku Pinka jak „For Kate I Wait” czy  „Strange Fires” wydają się trochę przeszarżowane. Na tle desperacji  „For Kate I Wait" cały premierowy repertuar wciąż mknie niczym zagubiona składanka „evergreenów klasy B” sprzed lat. A zatem jeśli „Dedicated to Bobby Jameson”  dokumentuje jakąś zmianę, to jest to pęknięcie w idealnie symetrycznej do tej pory dyskografii Ariela.

Teoretycznie kluczem do pełniejszego zrozumienia albumu powinien być tytuł, nawiązujący do zapomnianego outsidera psychodelicznej sceny Los Angeles z połowy lat 60. Historia Bobby'ego Jamesona, którą można postawić obok życiorysów innych szaleńców muzyki pop, w rodzaju Syda Barretta albo Skipa Spence'a, zaskakuje tragiczną puentą. Przez trzydzieści pięć lat uznawano go za zmarłego i dopiero w XXI wieku ujawnił się ponownie, przed śmiercią umieszczając jeszcze na YouTube serię filmów, w których opowiadał o swoich trudnych relacjach z przemysłem muzycznym. Sam Pink w wywiadach promujących „Dedicated...” przyznaje, że utożsamia się z postacią Jamesona. Potencjalne analogie biograficzne są oczywiste, ale warto też dostrzec, jak zręcznie Ariel wykorzystał ten kontekst na potrzeby swojej narracji. Być może nigdy wcześniej nie był tak autoreferencyjny i refleksyjny. Już same tytuły utworów („I Wanna Be Young”, „Time to Live”, „Death Patrol”, „Time to Meet Your God”) sugerują rozwinięte potem w tekstach studium przemijania w perspektywie obranej przezeń drogi i nieubłaganych mechanizmów rynkowych. Jednak inaczej niż James Murphy, który na nowej płycie LCD Soundsystem „American Dream” porusza te wątki wprost, Pink konsekwentnie pławi się w serii insynuacji i niedopowiedzeń. Efekt potęguje okładka jawnie nawiązująca do obwoluty albumu „The Doldrums” – czyli kolejna odsłona jego wiecznego, balansującego na granicy kontrolowanego kiczu flirtu z gotykiem i horrorem.

Ariel Pink, Dedicated to Bobby Jameson, Mexican Summer 2017Ariel Pink, Dedicated to Bobby Jameson”,
Mexican Summer 2017
Ewentualny zarzut wobec „Dedicated...” dotyczyłby mniejszej nośności samych piosenek. To prawda, próżno szukać tu tak chwytliwych refrenów jak w „Black Ballerina”, „Only In My Dreams” lub „Can't Hear My Eyes”. Mimo to artystycznie płyta całkowicie przekonuje, głównie z powodu nadzwyczajnej intuicji Ariela przy pozornie karkołomnych fuzjach gatunkowych. Pink nadal prowadzi ze słuchaczem wirtuozerską grę w zaburzanie porządku odruchowych skojarzeń. Nikt inny nie potrafi tak jak on łączyć ze sobą biegunowo odległych zakątków eksperymentalnego kolażu i komercyjnego bubblegum popu, rocka progresywnego i yacht-popu, indie rocka i sophisti-popu. Obok utworu „I Wanna Be Young”, pachnącego wysmakowanym synth-popem w stylu formacji China Crisis, mamy głupawą, koślawą wyliczankę dziecięcą „Santa's in the Closet”, a blisko cytującego The Doors nagrania tytułowego – bonusowy, quasi hard-rockowy track „Revenge of the Iceman”. Zaś wisienką na tym zwyczajowo eklektycznym torcie jest duet z kalifornijskim ambasadorem boogie-funku Damonem „Dâm-Funkiem” Riddickiem w „Acting”. To nowa, rozmarzona, piękniejsza wersja wieczornego r&b, które dwa lata temu panowie wykonali na płycie „Invite the Light” Riddicka. W tym kawałku jak w soczewce skupiają się atuty „Dedicated...”. To rzecz subtelnie angażująca i przypuszczalnie dostarczająca więcej „pokarmu dla myśli” niż kilkadziesiąt innych, głośnych premier z ostatniego miesiąca.