Dwa kółka
Johann Georg van Caspel, „Hamers rijwielen”, 1912, Rijksmuseum, CC BY 2.0

15 minut czytania

/ Obyczaje

Dwa kółka

Jakub Socha

Jestem na wale – z jednej strony chaszcze, za chaszczami Wisła. Za to najbardziej lubię rower – że pozwala ustawić się pomiędzy i zajrzeć tam, gdzie się zwykle nie zagląda, spojrzeć na miasto z innej perspektywy, czasami nawet zajrzeć mu pod pierzynę

Jeszcze 4 minuty czytania

Urodziłem się w mieście rowerów, i nie był to Pekin ani nawet Kopenhaga. Czemu w ogóle mówiono tak na Stalową Wolę? Czy jeździło się u nas bardziej niż w innych miastach w Polsce? Tego nie wiem. Pamiętam z jakichś starych albumów o mieście armię rowerzystów w koszulach flanelowych, którzy wyjeżdżają po pracy bramą główną Huty Stalowa Wola. No i pana Lesława, symbol osiedla Hutnik, na którym się wychowałem, który woził panią Różę na ramie swojej bordowej ukrainy właśnie do pracy w hucie. Błękitną ukrainę miał z kolei dziadek Władek, jeździł nią w pole, gdy nie zaprzęgał do wozu koników. Niekiedy przytraczał do ramy nawet kosę. Nie wiem natomiast, jakiego koloru była ta słynna ukraina, którą ustawiono swego czasu przy pomniku Lenina z butami, czapką i kartką oraz napisem: „Masz tu rower, czapkę, buty spierdalaj z Nowej Huty”. Wiem za to, że przez lata myślałem o Lesławie i Róży jako o dobrym związku. Ja sam w dzieciństwie jeździłem jak oszalały. Cztery koła, trzy koła, wreszcie dwa, zajeździłem mojego reksia na śmierć. Aż pewnego dnia rozpadł się na pół. Nie był to jednak ten dzień, kiedy przestałem jeździć na rowerze. Przestałem, gdy zacząłem w liceum pić piwo. A że byłem grzecznym dzieckiem, na rower po piwie nie wsiadałem.

Wybrałem się ostatnio w Poznaniu do znajomych na rowerze, trasa wiodła ze Szczepankowa na Naramowice, kilkanaście kilometrów. Rower miałem markowy, ale zaniedbany, sprawny jeden hamulec, jedna przerzutka, siodełko przyrdzewiało do sztycy i nie dało się go doprowadzić do poziomu. Miałem kaca, żar lał się z nieba, ale i tak byłem zachwycony. Mijałem kolejne skrzyżowania i parki, osiedla bloków, kawałek lasu, zatoczki tramwajowe i cały czas łapałem się na tym, że nie znam tych miejsc – że w ogóle nie znam Poznania. A mieszkałem tam dziesięć lat. Dlaczego wtedy, na studiach i po, nie jeździłem po mieście na rowerze? Nikt z moich znajomych nie jeździł, dopiero później, za pierwszego Ziobry, pamiętam, że kumpel miał rower, wsiadł na niego po dwóch piwach i skończyło się na tym, że przez rok musiał pracować społecznie – najpierw w zoo, potem w przedszkolu. Na rozprawie wspieraliśmy go w sądzie, potem poszliśmy na piwo do Kisielic, wydaje się to jak sto lat temu. Nie jeździło się na rowerach, bo alkohol. Ale też bo polskie drogi – brak ścieżek rowerowych, pijani wolnością polscy kierowcy, strachy, że się skończy na wózku. Po przeprowadzce do Warszawy ciągle nie myślałem o rowerze, zacząłem o nim myśleć, dopiero gdy przeprowadziłem się za dziewczyną na kilka miesięcy do Amsterdamu. Gdy wysiadłem przy dworcu głównym z autobusu z Eindhoven, gdzie lądował tani samolot, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to morze rowerów. Ludzie na rowerach: wylewający się z tunelu, mijający historyczne budynki, gdzie powstała pierwsza giełda papierów wartościowych, przejmujący ruchliwe skrzyżowanie, odbijający w prawo, lewo, prujący na przód, zostawiający za sobą góry rowerów – wielopoziomowe parkingi tylko dla rowerów, wypchane po brzegi.

Mieszkaliśmy na Nord, na ulicy o pięknej nazwie Oleanderstraat. W pierwszym tygodniu poszedłem pieszo na plac Waterlooplein, niegdyś centrum dzielnicy żydowskiej, dziś miejsce, gdzie odbywa się jeden z największych miejskich targów staroci. Między straganami, gdzie walają się sterty rzeczy: ubrania wymieszane z albumami fotograficznymi, łyżwami, chochlami do zupy, łyżkami do butów, śrutami, kurtkami ze skóry; między stoiskami, gdzie każdy druid może kupić swoją wymarzoną piszczałkę; między budami z kawą i bułkami ze śledziem; między sklepami, w których można posiąść wszystko to, w co można wpakować THC – między tym wszystkim stoją rowery, rzęchy z nowym lakierem, który ma ukryć starą rdzę. Miałem chyba 40 euro, jeden ze sprzedawców polecił mi za tę cenę wysłużonego granatowego batavusa z damską ramą, przerzutkami w piaście, bagażnikiem, bez świateł. Uwierzyłem i kupiłem, i kupiłem dobrze. Staruszek nigdy mnie nie zawiódł, zrobiłem na nim setki kilometrów, jeździłem po mieście, po lasach, przez łąki, pastwiska, po asfalcie, kostkach brukowych i plaży. Czasami, gdy nawalało coś z tyłu i przerzutka odmawiała posłuszeństwa, szedłem do wysokiego i suchego jak sosna mechanika na Nord i prosiłem go, żeby pomógł usunąć usterkę. Mechanik zostawiał na chwilę swoją robotę, pochylał się nad staruszkiem, coś przykręcił, coś odkręcił, trwało to zawsze jakieś trzy minuty. Po upływie tego czasu wstawał z kolana, mówił okej i już wypychał mnie w trasę, machając na pożegnanie. Nigdy nie chciał za te naprawy kasy.

Maciej Rawluk, „Wszystko składane. Aparat, rower i przedmieścia”, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2021Maciej Rawluk, „Wszystko składane. Aparat, rower i przedmieścia”, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2021

Żeby się dostać z Nord do centrum, trzeba było wsiąść na rower i podjechać na prom. Te kursowały przez rzekę Ij co chwilę – gdy przybijał taki do brzegu, ludzie na rowerach, tych na nogach była zawsze mniejszość, czekali grzecznie, aż otworzy się klapa i wyjadą ci, którzy przyjechali z centrum. Niekiedy wśród oczekujących znajdowała się Matka Boska Amsterdamska – dziewczyna o blond włosach z wianuszkiem kwiatów na głowie na swoim rowerze wyglądającym jak wiejski ołtarz na Boże Ciało: jeszcze więcej kwiatów, kokardy, na białej ramie serce namalowane szminką, przebite strzałą z tuszu do rzęs, w tylnym błotniku dumnie powiewająca tęczowa flaga. Ludzi na wypucowanych karbonowych kolarzówkach było niewielu. Żadnych fat bike’ów, żadnych graveli. Tylko proste rowery miejskie, najczęściej holenderskie, niektóre nowe, ale większość taka sobie, odrapana, bez przerzutek, amortyzatorów, byle się koła kręciły. Pierwsi nowi pasażerowie kierowali się na dziób, ostatni gnieździli się na rufie – jesień, lato, zima. Gdy prom dobijał do centrum, można było skręcić w prawo albo w lewo, albo jechać prosto przez tunel, który zobaczyłem pierwszego dnia. I znów prosto, w prawo albo w lewo. Przez długi czas wybierałem kierunki na chybił trafił. A że miasto jest nie za duże, drogi skonstruowane są tak, że właściwie wszędzie można dojechać tak z prawej, jak i lewej strony – zawsze w końcu trafiałem do celu, choć zwykle jeździłem bez celu. Najczęściej szukałem małych barów i dziwnych muzeów, była to doskonała zabawa. Stresujące były tylko dzieciaki na skuterach, które nie wiedzieć czemu też poruszały się po ścieżkach rowerowych, ale poza tym – bajka. Bezpiecznie, wygodnie, wszelkie możliwe ułatwienia, nikt się nie ściga, w Holandii nigdy nie zazdrościłem rowerzystom prędkości, jedynie wzrostu – gdy mijał mnie jakiś holenderski olbrzym (Holendrzy to jeden z najwyższych narodów na świecie), dwa metry na odpowiednio dopasowanym rowerze, ja na swoim oklapłym batavusie, czułem się jak liliput. Po jakimś czasie mapa miasta sama ułożyła mi się w głowie. Nauczyłem się, jak się włączać do ruchu na skrzyżowaniach, poznałem przyjazne miejsca, gdzie zawsze był wolny słupek, by przypiąć rower. Były piwka i powroty po piwkach przez miasto – w Amsterdamie jeżdżą tak wszyscy, chociaż nigdy nie widziałem, żeby ktoś jeździł wężykiem. Ale przede wszystkim przyroda. Niedługo trzeba było pedałować, żeby wjechać między zielone pastwiska, kanały, stare drewniane młyny, nad wodę. 

Kiedy wróciłem do Polski, myślałem przez chwilę o rowerze, ale wyleczyło mnie jedno zdarzenie. Niedługo po powrocie, poproszeni przez kolegę reżysera, wzięliśmy ze znajomymi udział jako statyści w jego filmie, graliśmy żałobników w dwóch scenach pogrzebowych. Po skończonym dniu zdjęciowym podekscytowani filmową przygodą postanowiliśmy dołączyć do ekipy, która świętowała na Powiślu. Ktoś rzucił, żebyśmy wzięli rowery, znajomi odpięli swoje kolarzówki, mi wypożyczyli rower miejski poprzez aplikację. I ruszyliśmy – myślałem, że umrę na zawał. Żadnej ścieżki rowerowej, a my prujemy z górki na pazurki Książęcą, tzn. znajomi prują, machają rękami, włączają się brawurowo do ruchu, wcinają się między samochodami, ja po prostu staram się ich naśladować. Już na dole, na wysokości Szpitala na Solcu, po odstawieniu roweru, uznałem, że mi wystarczy.

Maciej Rawluk, „Wszystko składane. Aparat, rower i przedmieścia”, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2021Maciej Rawluk, „Wszystko składane. Aparat, rower i przedmieścia”, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2021

Aż przyszła pandemia i od siedzenia w domu robiło się człowiekowi duszno, prawie tak jak biednemu urzędnikowi z noweli „Ze wspomnień cyklisty” Bolesława Prusa, którego przezywają „proza jeżdżąca na rowerze”. Bohater Prusa ma skołatane nerwy, idzie z tym do lekarza, lekarz mówi mu: proszę wziąć urlop i wsiąść na rower. Kuracja okazuje się skuteczna. Popędzany przez autora „Lalki”: „A więc czytelniku i czytelniczko! Jeśli masz pieniądze, kupuj rower. Nie wyobrażaj sobie, że w nim siedzi diabeł, nie lękaj się trudów początkowej nauki, nie lekceważ go jako zabawkę, ale naucz się jeździć i wyjeżdżaj jak najczęściej i najdalej za miasto. W krótkim czasie zgrubieją ci muskuły, odzyskasz sen, apetyt i dobry humor, staniesz się człowiekiem zdrowym, dzielnym i podziękujesz niżej podpisanemu, że cię tak gorliwie zachęcał”, spojrzałem na stan konta i zabrałem się za poszukiwania. Szczęśliwie kolega z Poznania podczas rozmowy telefonicznej rzucił, że jego znajomy oddał za bezcen rower do warszawskiego komisu, co bardzo ułatwiło sprawę – nie skończyło się, jak wiele rzeczy, na wielotygodniowym researchu i zastanawianiu się nad wymarzonym rowerem za rozsądną cenę. Poszedłem z Saskiej Kępy piechotą na Wierzbno, odnalazłem sklep z używanymi rowerami, gdzie stał polecany rower, wsiadłem na niego, był w o niebo lepszym stanie niż ten holenderski. Zrobiłem kontrolne kółko, zapłaciłem kilka stówek i już wracałem nim przez Mokotów, Śródmieście, Powiśle, most Świętokrzyski do domu.

Jeżdżę zazwyczaj tą samą trasą, jadę Walecznych do końca, przecinam Francuską, wnoszę rower po schodkach na chodnik, przeprowadzam przez pasy i już jestem nad Wisłą, więc prosto jechać nie mogę – tylko w prawo albo w lewo. Praktykuję krótkie przejażdżki – albo do mostu Grota-Roweckiego od strony Pragi i potem z powrotem od strony bulwarów, albo do mostu Siekierkowskiego Wałem Miedzeszyńskim i z powrotem ścieżką poniżej wału; to drugie kółko jest krótsze i bardziej spłaszczone, wybieram je, gdy mam mniej czasu. Za mostem Grota-Roweckiego, w cieniu kominów elektrociepłowni Żerań, w krzakach wyższych ode mnie jest zapomniany tor wyścigowy dla zdalnie sterowanych samochodów. Nieopodal Siekierkowskiego i Małej Kaśki jest Wiślana Ścieżka Łucznicza. Tablice strzeleckie poprzybijane do drzew, niebieski daszek dla ochrony przed deszczem. Zawsze rozglądam się na boki, czy nie leci w moim kierunku żadna strzała. Gdy jestem w nastroju marzycielskim, wyobrażam sobie, że to las Sherwood, że mieszka w nim Robin Hood ze swoją ferajną, nie wiem dlaczego, ale ma on twarz Rafała Wosia.

Pierwsze jazdy w trakcie pandemii to było prawdziwe odkrycie – po pięciu minutach wyskoczył mi bażant pod koła, po kolejnych pięciu dawno niewidziany kolega, reżyser filmów awangardowych, pomachał mi z krzaków, do dzisiaj nie wiem, co tam robił. Punkty, które mijam regularnie na mojej trasie: hałda piachu, nieczynny bar Neptun, pole chwastów, górka w lesie, ławka z ociosanego pnia, „u” z metalowych rurek odwrócone do góry nogami, wbite w ziemię, na którym można się podciągać, park linowy, korty tenisowe, pomnik Kościuszkowców, który wygląda, jakby cię chciał złapać za gardło, basen miejski na świeżym powietrzu, jak z filmu Harmony’ego Korine’a, fluorescencyjna grzybnia, gdzie odbywają się imprezy do rana, centrum kultury odlane z betonu w kształcie mydelniczki, łąka, szałas, przejście dla owiec, namiot cyrkowy Stajni Pociecha, namioty biwakowiczów i bezdomnych. 

Maciej Rawluk, „Wszystko składane. Aparat, rower i przedmieścia”, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2021Maciej Rawluk, „Wszystko składane. Aparat, rower i przedmieścia”, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2021



W weekendy tymi moimi trasami poruszało się tylu ludzi, że jechało się w peletonie. W tygodniu też było gęsto. Gdy skończył się lockdown, mocno się przerzedziło. Mijam ludzi, ale rzadko. Najczęściej emerytów w autorsko pomyślanych ruchomych fortecach – z proporczykami, pojemnikami na wodę i batoniki, elektrycznym wspomaganiem, czasami radyjkiem. Raz zdarzyło mi się jechać przez dwa kwadranse za starszym panem, który puszczał z głośników George’a Michaela. Było to bardzo miłe. Najczęściej jednak spotykam pana, który jeździ powiększoną wersją roweru, jakim jeździłem w dzieciństwie – z dwoma stabilizującymi kółkami po bokach, po bokach ma dwa spore lusterka, z tyłu antenę, rower jest obity żelastwem, wygląda jak koń bojowy. Ostatnio widziałem gościa w stroju kolarskim, dwie rurki mu wystawały z kierownicy w profesjonalnym rowerze szosowym, na tych rurkach był kosz wiklinowy, w koszu mały ratlerek. Na wysokości Grota-Roweckiego raz wpadłem na jadącą na mnie hulajnogę, tak to przynajmniej wyglądało z daleka. Gdy się zbliżyłem, zobaczyłem faceta, który siedzi na hulajnodze po turecku i tylko wyciągniętymi w górę rękami steruje kierownicą. Gdy dwa tygodnie temu zapuściłem się trochę dalej i udałem się w kierunku pałacu w Jabłonnie, na wysokim wale natknąłem się na zbłąkanego piechura. Miał koszulkę zawieszoną przez ramię, plecy spalone do czerwoności, w półtoralitrowej butelce wygazowane piwo. Chwilę wcześniej minąłem kobietę, która zwyczajnie między drzewami rozłożyła hamak. Pachniało skoszoną trawą i latem, słychać było ptaki, gdybym umiał, po powrocie zabrałbym się pewnie za komponowanie jakiegoś mazurka. Dzięki rowerowi zaczynam zauważać przyrodę.

Gdy jadę w stronę Siekierkowskiego, czasami powtarzam sobie w duchu wiersz Piotra Sommera, a w zasadzie te dwa wersy z wiersza „Ptak”: „Zobaczyć wreszcie, co jest po drugiej stronie / Wału Miedzeszyńskiego”. Jestem właśnie na wale – z jednej strony chaszcze, za chaszczami Wisła, z drugiej – rząd samochodów, za samochodami domy jednorodzinne, hale i baraki. Za to chyba najbardziej lubię dwa kółka – że pozwalają ustawić się pomiędzy i zajrzeć tam, gdzie się zwykle nie zagląda, spojrzeć na miasto z zupełnie innej perspektywy, czasami nawet zajrzeć mu pod pierzynę. Maciej Rawluk, który nie tak dawno wydał album fotograficzny „Wszystko składane”, pewnie ma podobnie. Na jego książkę składają się zdjęcia, które artysta zrealizował, jeżdżąc swoim składanym rowerem po obrzeżach stolicy. Patrzę na mapę, która znajduje się na ostatnich stronach albumu, i widzę, że poruszamy się po podobnych miejscach, chociaż ja jestem mniej systematyczny w swych wycieczkach, mniej metodyczny. Pewnie mam słabsze oko do szczegółu i mniej śmiałości do ludzi. Ale w mojej pamięci są podobne obrazy – lekko naciśniesz na pedały i już zostawiasz za sobą Warszawę, po której się poruszasz, którą widzisz z okna tramwaju, kawiarni, w TVN-ie. Wchodzą inne klimaty. Rezydencje na wielkim placu, całym w błocie, sklep, gdzie sprzedaje się miniaturowe wersje drogich samochodów do jeżdżenia dla dzieci, budy z dykty, ruiny, wybujałe, dzikie ogrody za ekranem dźwiękoszczelnym. Tu facet na paletach opartych o sklep pije browara; tam pani przytula się do drzewa. Tu przystań dla statków, tam klub golfowy. Na opłotkach Warszawy pleni się nieujarzmione życie, kręci się w swoim rytmie, niespecjalnie przejęte rytmem wielkiego świata. Podoba mi się jego siła odśrodkowa. Niekiedy chciałbym się włączyć, co oznaczałoby – zsiąść z roweru. Jeszcze nie teraz.