Efekt Borczucha
fot. Krzysztof Bieliński

Efekt Borczucha

Paweł Soszyński

W „Zewie Cthulhu” Michała Borczucha wyczułem obietnicę jakiejś dezynwoltury, gry z własnym językiem teatralnym, to było odważne, inne przedstawienie. W „Mojej walce” powracamy do ulubionego, bezpiecznego świata reżysera

Jeszcze 1 minuta czytania

Po, zdawałoby się przełomowym, przedstawieniu „Zew Cthulhu” w warszawskim Nowym Teatrze, Michał Borczuch powraca do stylu, który uczynił z niego jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich reżyserów teatralnych ostatnich lat. W „Mojej walce” w TR Warszawa na podstawie egotycznej, drobiazgowej megaprozy Karla Ove Knausgårda buduje świat, który już znamy z takich przedstawień jak „Wszystko o mojej matce” czy „Apokalipsa”. Perfekcyjne opanowanie każdej, nawet największej przestrzeni gry; wielość planów, od której widz dostaje zawrotu głowy; precyzyjne, dalekie od efekciarstwa użycie światła i muzyki. Wreszcie mistrzowskie operowanie czasem, który nagle staje, przyspiesza, cofa się, a przede wszystkim wprowadza widza w euforyczne doświadczenie teatralne. To wszystko znajdziemy także w najnowszej premierze Borczucha.

Z tysięcy stron norweskiego pisarza Tomasz Śpiewak wykroił niewiele. Głównie związek bohatera autobiograficznej powieści z Lindą, który w trzech symultanicznie prowadzonych czasach-odsłonach reprezentują trzy pary aktorów. Mamy więc Ove młodzieńca, Ove młodego ojca i Ove dojrzałego. Ten prosty zabieg pozwala reżyserowi na to, co lubi i umie najlepiej: rycie w długich odcinkach czasu, nakładanie na siebie wątków, zdarzeń i scen, tworzących hipnotyczne trójwymiarowe formy estetyczne i intelektualne – których głębię otwierają metafory i symbole, powoływane niejako od nowa w każdym jego spektaklu. Ta umiejętność znajdowania własnego niepowtarzalnego idiomu dla każdego przedstawienia jest niebywała. W „Mojej walce” rolę tę pełnią nagrania wideo z dziećmi z domu dziecka w Szamocinie. Ich klimat strukturyzuje wydarzenia sceniczne, nadaje ton całemu przedstawieniu, jest jednocześnie melancholijny i niepokojący, opowiada o granicy dawno przekroczonej i wciąż przekraczanej. Otrzymujemy więc kolejne immersyjne, świetnie zrealizowane przedstawienie Borczucha. Chciałbym jednak więcej.

Moja walka, reż. Michał Borczuch. TR Warszawa, premiera 6 października 2017„Moja walka”, reż. Michał Borczuch. TR Warszawa, premiera 6 października 2017W „Zewie Cthulhu” wyczułem obietnicę jakiejś dezynwoltury, gry z własnym językiem teatralnym, to było odważne, inne przedstawienie, które irytowało, operowało grubszą kreską, stawiało na kontrasty, otwierało ten teatr na obcy element. W ten sposób Borczuch stawał się trochę mniej sobą, zaczął być nieprzewidywalny, ale wciąż kreował świat w tylko sobie właściwy sposób. Może sprawcą tego nowego był Lovecraft świetnie wyczuty przez Śpiewaka i wbijający pazur w materię spektaklu. Groteska, czasem komedia spotykały się tu ze scenami tak niezwykłymi, jak rozmowa ojca geja i córki o seksie analnym – wzruszająca i śmiała, idealnie łącząca dwie kontrastowe flanki przedstawienia. W „Mojej walce” powracamy do ulubionego, bezpiecznego świata Borczucha. Doskonała scenografia Doroty Nawrot, żyjące własnym tajemniczym życiem światło Jacquelin Sobiszewski, szorstka, niosąca „Moją walkę” faktura muzyki Bartosza Dziadosza (czekam na album!) i pozbawiona ostentacji i pretensji dramaturgia Tomasza Śpiewaka. Wszystko to cieszy, ale ostatecznie… nuży. Jakby było zbyt perfekcyjnie zgrane ze sobą, pozbawione wzajemnej zadziorności, pracujące zgodnie na efekt teatru Borczucha.

Jak nie zachwyca, kiedy zachwyca? – można by odwrócić pytanie z Gombrowicza. Ano właśnie. Trochę zbyt dużo tego zachwytu, perfekcji, opanowania. Gdzieś przydałoby się wbić klin, poeksperymentować, uciec przed tym, co się umie najlepiej, nawet za cenę porażki. W którą zresztą wątpię, bo ufam Borczuchowi jak mało komu. Jego przygoda z Lovecraftem to najlepszy dowód, że to reżyser o gigantycznej intuicji. Czekam więc na więcej, nie lepiej, ale – inaczej. Mam wrażenie, że ten reżyser powoli marnuje się w swoim własnym, wypracowanym, sprawnie działającym świecie. Ta sprawność może się zmienić w przekleństwo – maszynę do robienia teatru.