Łatanie Afryki
fot. Magda Hueckel

Łatanie Afryki

Paweł Soszyński

W bydgoskiej „Afryce” Bartka Fąckowiaka diametralnie zmienia się siatka znaczeń, które realizatorzy nakładają na Czarny Ląd kolonialistów, ale gest zawłaszczenia jest niepokojąco zbieżny

Jeszcze 1 minuta czytania

Afryka jako plac zabaw dla europejskich moralistów, poligon dla kolonialnych polityków, którzy do woli – w „dziewiczym” środowisku – mogą testować arsenał swojej propagandy, wreszcie – szwedzki stół dla nienasyconych kapitalistów, korzystających bez ograniczeń z pokolonialnego bałaganu. Afryka jako wymysł, biała (nomen omen) karta, która zmieścić może każdą – religijną, polityczną, ekonomiczną – fantazję Zachodu. „Afryka” Bartka Frąckowiaka z Teatru Polskiego w Bydgoszczy to nie Czarny Ląd, a biały fantazmat, i wszystko, co tu się mówi i pokazuje, trzeba od razu wziąć w nawias.

Agnieszka Jakimiak, „Afryka”, reż. Bartek Frąckowiak.
Teatr Polski w Bydgoszczy, premiera 17 października 2014
Robi to sam reżyser, sterując swoimi aktorami ze szczeniacką żywiołowością. Dzikuska (świetny debiut Soni Roszczuk) ze stopami czerwonymi od ziemi bogatej w żelazo, z afro jednak blond, lata po scenie jak bączek, drwiąc z etnograficznej idei rdzennego ludu. W choreografii poklatkowej zmienia pięknych Masajów i dumnych Senegalczyków w wizualną niedorzeczność. Kolonizator (Maciej Pesta) w obowiązkowych bryczesach wynurza się z namiotu, by z etnografa-zdobywcy zmienić się w szefa Nestle, perorującego nad laboratoryjnymi fiolkami o niezbywalnym prawie do własności, któremu umknąć nie może ani pył sawanny, ani woda. Dokumentalista (Szymon Czacki) będzie za wszelką cenę starał się znaleźć w rozpętanym na scenie nadmiarze tropów i kontekstów atrakcyjną medialnie narrację.

W rzeczywistości w Afryce zawsze byliśmy sami – Afryka jest w Londynie i w Paryżu, w tutejszych archiwach i muzeach osobliwości oraz w podręcznikach do historii.  Forma, którą dla swojego spektaklu wymyślił Frąckowiak, nie pozostawia wątpliwości – Czarny Ląd to tylko groteskowe imaginarium rozpięte jak szczelna moskitiera nad kontynentem, który podbiliśmy głównie dlatego, że ktoś to gdzieś ogłosił – w gazecie czy na spotkaniu zarządu. Fantastycznie pokazuje to Krzysztof Kaliski, który muzykę plemienną tworzy z bębnienia w maszynę do pisania i chemicznych reakcji w korporacyjnych laboratoriach. Widać to w rewelacyjnej scenografii Anny-Marii Karczmarskiej uszytej jak patchworkowy namiot z łat, które bezskutecznie próbują ukryć wielką czarną dziurę ziejącą w centrum scenicznego świata. Nasza Afryka drze się i rozpada, szyta jest grubymi nićmi przez dziewiętnastowiecznych etnografów, misjonarzy i generałów kreślących taktyczne mapy. Powstała na stole montażowym w europejskich studiach filmowych. Jest wykładem, teoretyczną koncepcją i strukturalnym modelem. Polem gry dla wyobraźni. W końcu w spektaklu aktorzy głównie bawią się w Afrykę, przedrzeźniając głosy muezinów, dźwięki dżungli i plemienne wrzaski.

fot. Magda Hueckel

Wszystko to gra na scenie, atrakcja goni tu atrakcję, a całość przypomina teatralnie kunsztowną kpinę. Ostatecznie jednak pozostajemy wobec tej wizji obojętni. I wcale nie dlatego, że Afryka, że kolonie, że nie polskie to doświadczenie. W zaprojektowanym przez Frąckowiaka i Agnieszkę Jakimiak (dramaturgia) eseju istnieje rysa, może nawet pękniecie, nie mniejsze niż dziura w scenografii. Po odczarowaniu kolonialnej Afryki, po wytknięciu Europie jej symbolicznej megalomanii, po lekcji pokory zafundowanej humanistom i krzewicielom cywilizacji, realizatorzy spektaklu przystępują bowiem do własnej kolonizacji, nawet jeśli jest to gest à rebours. Tym razem Afryka staje się poligonem dla dekonstrukcji i myśli krytycznej, staje się aktorem w dramacie postkolonialnym i antykapitalistycznym. Diametralnie zmienia się siatka znaczeń, ale gest zawłaszczenia jest niepokojąco zbieżny. Afryka podróżników i białych myśliwych, misjonarzy i etnografów staje się tym razem Afryką antyeuropejską, nie-zachodnią, terenem należącym do kulturowego Innego. Paradoksalnie, w centrum pozostajemy ciągle my, biali Europejczycy. Bo czy spektakl, w którym realizatorzy mówią, czym Afryka nie jest, nie wskazuje przypadkiem na gest teoretyka-demiurga? Ostatecznie zaprzeczenie jest często chwytem retorycznym definicji.