Bez zbędnego prężenia muskułów
ST1138 / CC BY-NC-ND 2.0

14 minut czytania

/ Sztuka

Bez zbędnego prężenia muskułów

Karol Sienkiewicz

Nawet gdy bardzo chcesz, w galeriach prywatnych nie wszystko się może zdarzyć. Tegoroczny Warsaw Gallery Weekend potrafił jednak pozytywnie zaskoczyć

Jeszcze 4 minuty czytania

Dla wielu z nas Warsaw Gallery Weekend to znak, że wakacje definitywnie dobiegły końca. Ostatni weekend września wyznacza bowiem kolejne z wielu otwarć nowego sezonu. W tym roku impreza odbyła się po raz piąty i nadal pod względem ilościowym utrzymuje się tendencja wzrostowa. Więcej galerii powstaje niż się zamyka. Jest ich już dwadzieścia dwie. Ponad dwadzieścia wystaw w dwa dni i jeden wieczór? To niemal nie do zrobienia. Mi się udało. Ale tylko dlatego, że po wernisażowych porażkach, gdy dałem się nabrać na pokaz mody w duchu H&M przyprawiony ą-ę i trafiłem do zatłoczonej galerii Leto, mając na uwadze własne zdrowie psychiczne, postanowiłem ominąć szerokim łukiem dyskusje o dobroczynnym styku biznesu i sztuki oraz inwestowaniu w alkohole. Skupiłem się na tym, co pokazano w galeriach.

Mając do czynienia z galeriami prywatnymi i pośrednio z rynkiem sztuki (bo przecież sam nic nie kupuję), nie mogłem pozbyć się myśli, że działamy w ramach specyficznego pola, na którym o być albo nie być artysty może decydować pojedynczy odbiorca o odpowiednio grubym portfelu. Galerie te – zresztą jak my wszyscy, tylko bardziej – są wpisane w neoliberalną logikę naszych czasów; „twoje pieniądze pracują tak ciężko jak ty”, jak głosi slogan jednego z banków. Na wszelki wypadek na progu każdej galerii niczym pokutę odmawiałem trzy razy „Balcerowicz musi odejść”.

Wybory

Warsaw Gallery Weekend

Wystawy w 22 galeriach i wydarzenia towarzyszące, 25 – 27 września 2015.
www.warsawgalleryweekend.pl

Oczywiście, to wszystko na wyrost. Bo w zaledwie kilku miejscach wyczuwało się bardziej komercyjną nutę. Ja jednak o ceny nie pytam. A na krańcu galeryjnego spektrum, w Polach Magnetycznych zastanawiałem się nawet, co tu jest właściwie na sprzedaż. Z kolei by galeria Propaganda mogła urządzić wystawę Kijewskiego i Kocur, a potem ewentualnie sprzedać historyczne już prace duetu, musiała najpierw zaopiekować się konserwatorsko tym dorobkiem; po prostu wcześniej nie było komu tego zrobić. Powielanie wzorców podpatrzonych w galeriach Berlina czy Londynu charakteryzowało bardziej imprezy, które się do WGW przylepiły, jak wystawa „Co z rzeczami, którymi nie chcę się dzielić?”, zorganizowana tuż obok Stereo i Artonu. To pokazani tam młodzi artyści zdają się czerpać inspiracje z pewnego wyobrażenia o rynku, do którego aspirują.

Galerie skupione w WGW w większości stanęły na wysokości zadania. Prawie obyło się bez wpadek, nie licząc wystawy Piotra Grabowskiego w galerii Kohana czy Katarzyny Mirczak u Kasi Michalski. Grabowski zamienia składniki przepisu na laudanum XVI-wiecznego lekarza Paracelsusa na zestaw pozornie efektownych, niepowiązanych ze sobą obiektów, fotografii, a nawet słuchowisko. Najwyraźniej nie wie jednak po co, a galeria tłumaczy go bełkotliwym tekstem o „dążeniu do szczęścia”. Mirczak przyśniła się zaś Frida Kahlo pływająca w lawie, ale postanowiła to ubrać à la Opałka, sny przekłada na liczby odczytane z medycznych aparatur. Inne galerie w ramach WGW przedstawiły bardziej przemyślaną, a zarazem zróżnicowaną ofertę. Dzięki temu podczas dwudniowej marszruty nie czułem się jak robaczek z wiersza Brzechwy, który porzucając jabłko, trafia do baru, gdzie w karcie wszystko jest… z jabłkami. Był befsztyczek, i to nie jeden.

Kijewski/Kocur w Propagandzie, Zbiorówki w ARTonie i Galerii Dawid Radziszewski, Olaf Brzeski w Rastrze

Jako widz podzieliłbym galerie na te, które interesują się swoimi gośćmi, oraz te, które się nimi nie interesują. Niewielka skala tych instytucji pozwala na bezpośredni kontakt galerzystów z oglądającymi. Nawet jeśli nie każdy jest klientem, praca galerzysty polega też na tym, by po wystawie oprowadzić, wyjaśnić, zaciekawić. W nie wszystkich galeriach się tak dzieje. Tymczasem rolą weekendu galeryjnego miało być właśnie przełamywanie oporów wśród tych, którzy może chodzą do CSW czy Zachęty, ale w niewielkich półprywatnych przestrzeniach nie czują się swobodnie.

Parę lat temu, gdy nową siedzibę zdobył Raster, a w Soho ulokowały się Leto i Piktogram, wydawało się jeszcze, że prywatne galerie przenoszą się z mieszkań do miejsc bliższych przeciętnemu widzowi – na parterze, od ulicy, z witryną. Dzisiaj trend ten zatrzymał się, a nawet odwrócił. Wprawdzie Fundacja Galerii Foksal sporym nakładem środków wyremontowała swoją siedzibę, ale większość galerii mieści się w zwykłych, choć jak na polskie warunki reprezentacyjnych mieszkaniach. Trzeba dzwonić domofonem i wdrapywać się po schodach albo szukać ich niczym w grze w podchody (Stereo, Arton). Nawet Leto i Piktogram wróciły do śródmiejskich kamienic. Galerie od widzów oddziela pewna mentalna bariera.

Muzyka barw

Taką galerią są z pewnością Pola Magnetyczne na Saskiej Kępie. Mieszczą się w prywatnym mieszkaniu. By dotrzeć do samej wystawy, trzeba przejść przez kuchnię i salon. Panuje tu domowa atmosfera, która dla nieznajomych może być pesząca. A warto się przełamać. Polom udało się bowiem zaprosić Emila Cieślara z jego „Muzyką barw”. Cieślar od kilkudziesięciu lat mieszka wraz z żoną Elżbietą we Francji. Kiedyś wspólnie prowadzili w Warszawie galerię Repassage.

Artysta interesuje się barwami, fizyką, astronomią i szeroko pojętą nauką. Szuka najmniejszych różnic między odcieniami barw, dostrzegalnych jednak gołym okiem. Efektem jego poszukiwań są analogowe instrumenty z kolorowymi światłami, które zainstalował w galerii i na których gra „muzykę barw”, nieco awangardową, nieco staroświecką.

1. Emil Cieślar, Muzyka gwiazd 2010-2015, akryl na czarnym płótnie, światło, dzięki uprzejmości galerii Pola Magnetyczne. 2. Emi Cieślar, fot. Barbara Kaniewska 3. Wernisaż, fot. Barbara Kaniewska.

Cieślar był obecny w galerii przez cały weekend. Co chwilę odbywał się koncert a to na „Organach barw”, prostym ekranie z systemem lamp, a to na instalacji „Muzyka gwiazd”, rozrysowanej na czarnym płótnie mapie nieba z zodiakiem i Drogą Mleczną. Gwiazdom przypisane zostały barwy w zależności od ich temperatury. Do tego podczas wernisażu Cieślarowi towarzyszyli muzycy, m.in. grający na bębnach Jerzy Słoma Słomiński, również związany kiedyś z Repassagem. Gdy Cieślar grał w ciszy, panowała iście kontemplacyjna atmosfera.

Klasycy

Performatywny, ulotny charakter koncertów Cieślara to w galeryjnej ofercie wyjątek. Ale to właśnie wystawy klasyków wypadły na WGW najlepiej. Świetną wystawę Józefa Robakowskiego przygotował lokal_30. Spotykają się tu filmy artysty z lat 80., gdy zafascynował się on punkową kapelą Moskwa czy nagrywał pogo w Jarocinie, oraz jego filmy prywatne, także najnowsze. Wszystko zgodnie z przyświecającą Robakowskiemu od lat ideą, że sztuka jest energią.

Robert Kuśmirowski, trochę jako artysta, a trochę jako kurator, skonstruował wystawę w Monopolu, wychodząc od prac swego nauczyciela i mistrza Mikołaja Smoczyńskiego, zmarłego kilka lat temu. Smoczyński fotografował efemeryczne interwencje w swojej pracowni. Jego fotografie prezentowane na parterze galerii otacza tajemnicza, niemal mistyczna aura. Na piętrze znajdują rozwinięcie w serii interwencji samego Kuśmirowskiego, bezpośrednio nawiązującego do działań Smoczyńskiego, czasami jednak zbyt dosłownie, na granicy nadużycia. Dalej zaś znajdują analogie w malarstwie Jacka Sempolińskiego oraz pracach Bartosza Kokosińskiego. Ten ostatni eksploatuje motyw ramy czy blejtramu w mało odkrywczy sposób, a cała koncepcja wystawy, chociaż w założeniach ciekawa, w niektórych miejscach stoi niemal w sprzeczności z twórczością Smoczyńskiego.

Najciekawsze malarstwo w ramach WGW pokazuje Galeria Le Guern. W nowej serii prac Robert Maciejuk wychodzi od XVIII-wiecznej ryciny, przedstawiającej ceremonię religijną na Gwinei. Uwagę malarza przykuł w niej geometryczny kształt otwartej chaty, w której tubylcza ludność dokonuje rytuału. Geometryczna dyscyplina architektury spotkała się tu z tym, co trudno poddać logice. W serii obrazów Maciejuk przekształca rycinę, jeszcze bardziej wydobywając ten styk mistyki i geometrii, m.in. w swoim dobrze znanym stylu naśladując czeski kubizm i coraz bardziej odchodząc od oryginału.

Józef Robakowski w lokalu_30 (fot. Szymon Stępniak) i Smoczyński/Sempoliński/Kokosiński w Monopolu (fot. Leszek Fidusiewicz)

Polska

Do naszych codziennych polskich dyskusji najbliżej zaś Piotrowi Uklańskiemu, wystawiającemu w Fundacji Galerii Foksal. Uklański pracuje nad albumem poświęconym Polsce, inspirowanym m.in. fotografią krajoznawczą z lat 60. czy 70. Cykl oprawiony w płócienne passe-partout, co również nawiązuje do peerelowskiej estetyki, może się momentami wydawać kiczowaty. Niektóre zdjęcia przypominają pocztówki. Inne powstały w tych samych miejscach co fotografie, którymi artysta się inspirował, zazwyczaj przedstawiają pomniki upamiętniające ofiary II wojny światowej. Jest tu warszawska Nike, Pomnik Martyrologii Dzieci w Łodzi czy drut kolczasty z Auschwitz na tle zachodzącego słońca, a nawet napis wydrapany paznokciem w celi aresztu Gestapo.

Całość układa się jednak w bardzo współczesną narrację o Polsce, a właściwe napięcie rozgrywa się zazwyczaj między obrazem a tytułem, jak zawsze u Uklańskiego – umieszczonym w nawiasie, tuż po „bez tytułu”. Czasem są to po prostu nazwy pomników, ale już zaduszkowemu, pocztówkowemu widokowi zniczy na Powązkach towarzyszy sentencja „Nie dla mnie przyjaźń polsko-niemiecka, ja Niemców nienawidzę od dziecka”. Kolorowa architektura Wawelu to „Kraków w kolorze”, ale zdjęciu widmowego, zanurzonego w smogowej chmurze centrum Warszawy, przypominającej tu zanieczyszczone miasta Azji, Uklański przypisuje krótki wers „Dziś dajemy wam tylko pamięć”. Ten napis z jednego pomników dał też tytuł całej wystawie.

Uklański od lat mieszka w Nowym Jorku i głównie do zachodniej publiczności adresuje swoje wytwory. Jednak ironia najnowszego cyklu wyraźnie kierowana jest też do Polaków. Dotyczy bowiem naszego martyrologicznego, historycznego bagażu i ciągot, które co raz dają o sobie znać. Mamy pomniki, w których niby zamrożona została pamięć (mają pamiętać za nas), ale prawdziwe lęki kryją się za przesłodzonymi obrazkami kwiatów, zniczy, miast. Dostrzegam tu odbite w krzywym zwierciadle polski strach przed obcym i wyśmiewane już wielokrotnie hasło „Polska w ruinie”. Zresztą temu sloganowi zdaje się też przeczyć idea Warsaw Gallery Weekend, a także sama obecność artystów-gwiazdorów, jak Uklański.

Przekładaniec

Wśród ekspozycji na WGW znalazło się miejsce i na Cieślara, i na Uklańskiego. I na konceptualizm moskiewski, z nieodzownymi odniesieniami do Malewicza i Tatlina (Elena Elagina i Igor Makarewicz w Fundacji Profile), i na młode malarstwo (cieniutka wystawa Mikołaja Moskala w Starterze, której nie pomoże nawet erudycyjny tekst Marka Beylina). Są artyści z różnych pokoleń, nowa i stara fotografia, na przykład wystawa Szymona Rogińskiego w nieczynnym klubie go-go przygotowana przez Piktogram. No i oczywiście posthumanizm. Raster pokazuje rzeźby Olafa Brzeskiego. W Stereo można zobaczyć świetny nowy film Wojtka Bąkowskiego, nieco melancholijny, poetycko wyrafinowany, oparty na kilku rysunkach „poruszanych” gumką myszką. Po sąsiedzku, Fundacja Arton, opiekująca się archiwami neoawangardowych artystów, przygotowała wystawę zainspirowaną bezkamerowymi filmami Pawła Kwieka. Galerzysta z krwi i kości Dawid Radziszewski postawił zaś na „Kingsajz”, układając wystawę z obiektów – przeskalowanych przyborów szkolnych, nawet ściany malując jak zeszyt w kratkę.

Piotr Uklański, Bez tytułu („Ściana śmierci” – Pomnik Ofiarom II Wojny Światowej, Nowe Miasto Lubawskie) / dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii FoksalPiotr Uklański, Bez tytułu („Ściana śmierci” – Pomnik Ofiarom II Wojny Światowej, Nowe Miasto Lubawskie) / dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal

W różnorodności „weekendowych” wystaw leży wartość. Oczywiście, inaczej ogląda się kuratorsko dopracowaną jedną dużą ekspozycję, a inaczej dwadzieścia dwie niewielkie, niepowiązane ze sobą, do tego utrzymane na różnym poziomie i rozsiane po całym mieście wystawy. W niedzielę wieczorem czułem się, jakbym przebiegł maraton. Większość zwiedzających po prostu koncentrowała się na wybranych galeriach. Spotkani na galeryjnym szlaku znajomi wymieniali się rekomendacjami i antyrekomendacjami. Opinie na temat całego WGW też bywają skrajnie odmienne.

Na szczęście cała impreza spuściła nieco z tonu. Bez zbędnego prężenia muskułów czy aury targów sztuki, która towarzyszyła poprzednim edycjom. Jasne, warszawska scena galeryjna nie wyznacza nowych zjawisk, rzadko mają na niej miejsce debiuty. Prywatne galerie, w przeciwieństwie do innych graczy, nie analizują też krytycznie swej pozycji, prędzej tworzą iluzje sukcesu. Ich punkt widzenia jest dosyć wąski, podobnie jak grono potencjalnych klientów. Na tegorocznym WGW galerie podkreślają jednak, że blisko współpracują z artystami, że opiekują się ich dorobkiem, że ich działalność nie ogranicza się do rachunku zysków. Zresztą, podczas samego WGW raczej nie zawiera się transakcji. Podobno.

Ta zmiana atmosfery działa pozytywnie. Bo widz, warszawiak czy przyjezdny, może dzięki temu poczuć, że to całe zamieszanie adresowane jest też do niego, niezależnie od stanu konta. Wystarczą wygodne buty. VIP-y jeździły ponoć samochodami sponsora, żaden nie przeciął mi jednak drogi.