Kawiarniane rewolucje
Sztuka pięknych artystek. Anna Baumgart, Agata Bogacka / cafe Baumgart, 2003

Kawiarniane rewolucje

Karol Sienkiewicz

Żmijewski myślał o odtwarzaniu trudnych momentów z historii, a Belina sam się nawinął ze swoim projektem – oferując własne ciało. Oddawał się na godziny. Gdy zrobiło się niebezpiecznie, a Belina krzyczał, że rozrywa mu odbyt, Żmijewski przerwał zdjęcia – 6 października premiera książki Karola Sienkiewicza

Jeszcze 3 minuty czytania

W jednym z narożnych pomieszczeń Zamku Ujazdowskiego mężczyzna stoi na stole i pociera nagimi pośladkami o ścianę. Do zaczerwienienia, ale nie do krwi. Tym mężczyzną jest Sławomir Belina.

Belina zaczynał w Łodzi – wielu znało go jako popularnego barmana w tamtejszej Bagdad Café. Sam uznawał się za ucznia Adama Rzepeckiego, który związany był z Kulturą Zrzuty (określał się jako słuchacz jego Akademii Absurdu). W Warszawie pracuje w prasie kolorowej, między innymi młodzieżowym piśmie „Dziewczyna”. To on odpowiadał za kulturę w „Maxie” i to on zamówił mszę w intencji powodzenia Kozyry na biennale w Wenecji. W połowie lat 90. pisał też prześmiewcze przewodniki – Jak przebóstwić się na Ament czy 33 sposoby na zepsucie człowieka. Jak przystało na ucznia Akademii Absurdu, rozsiewał nieprawdziwe informacje na własny temat. Został zauważony przy okazji jednej z odsłon konkursu „Germinations”.

Gdy Belina ociera się w CSW, właśnie trwa jego indywidualna wystawa w Zachęcie – „Osiem”. To efekt artystycznego eksperymetu – Belina oddał swe ciało do dyspozycji ośmiu artystów, między innymi Bałki, Leona Tarasewicza, Kozyry i Żmijewskiego. Swoisty coming out pasywnego artysty. Artysty, który zamiast tworzyć, oczekuje, że inni zrobią coś z nim. Powstało osiem fotografii z Beliną jako głównym bohaterem. A to wtopionym w bruzdy na zaoranym polu (Tarasewicz), a to pokazującym kolanka (Jadwiga Sawicka), a to udającym, że pije z dystrybutora na stacji benzynowej (Jacek Foks).

Żmijewski, korzystając z okazji, odtworzył sytuację z obozu koncentracyjnego, gdzie na mężczyznach przeprowadzano testy medyczne, używając do tego między innymi korby proktologicznej, wsadzanej w odbyt i wywołującej ejakulację. W roli przeprowadzającej zabieg pielęgniarki wystąpiła aktorka porno. Żmijewski myślał wtedy o odtwarzaniu takich trudnych momentów z historii, a Belina sam się nawinął ze swoim projektem – oferując własne ciało. Oddawał się na godziny. Gdy jednak zrobiło się niebezpiecznie, a Belina krzyczał, że rozrywa mu odbyt, Żmijewski przerwał zdjęcia.

Na zdjęciu Kozyry Belina wypinał tyłek pod napisem „Lepiej nie wiedzieć”, stanowiącym element pracy Douglasa Gordona na wystawie „Szare w kolorze” w Zachęcie (w części wystawy, za którą odpowiadała Galeria Foksal). Kakaowe oko Beliny pod hasłem „Lepiej nie wiedzieć” odzwierciedlało stosunek do homoseksualizmu w Polsce Anno Domini 2000.

Można odnieść wrażenie, że nawet w nielicznych recenzjach wystawy, które się ukazały, słowo „homoseksualizm” jest objęte kompletnym tabu. Jedynie Stach Szabłowski w recenzji w „Art & Business” pisał o „branżowym” charakterze wystawy, co można było czytać dwojako – że wystawa była zrozumiała dla osób ze sztuką współczesną pozostających za pan brat, a z drugiej strony – dla gejów, którzy odczytali mniej lub bardziej homoseksualne aluzje.

Wśród artystów wykorzystujących ciało Beliny na wystawie w Zachęcie była też Anna Baumgart. Na jej fotografii nagi artysta pozował w monidle, stojaku z otworem na głowę, ustawionym w Alejach Jerozolimskich. Baumgart pamiętała jego działanie sprzed kilku lat z Orońska – Belina zamknął się nagi w drewnianym pudle i można go było szturchać patykiem przez dziurę.

Baumgart w 1999 roku przyjechała do Warszawy z Gdańska – przeprowadzka z powodów osobistych. Do Gdańska trafiła z kolei z Bydgoszczy. Ale debiutowała w Trójmieście, w Galerii Wyspa prowadzonej przez Grzegorza Klamana i Anetę Szyłak. W połowie lat 90. odnalazła własny język w sztuce wideo. W 1999 roku jej filmy prezentował w CSW Ryszard Kluszczyński. Wtedy dowiedziała się, że Zamek szuka kogoś, kto poprowadzi barek przy zamkowym Kinie.Lab, na który zarezerwowano część korytarza.

Rok wcześniej, jeszcze w Gdańsku, stworzyła Biuro Inicjatyw Artystycznych, z którym zorganizowała w różnych miastach warsztaty o sztuce multimedialnej i muzyce improwizowanej. Do udziału w warsztatach w Zielonej Górze zaprosiła m.in. Przemysława Kwieka, Łódź Kaliską i Zbigniewa Liberę. Tak poznała się z Liberą. Już w Warszawie namówiła go na wspólne prowadzenie kawiarni w CSW.

Gdy usłyszała od kogoś „Anka, słyszałam, że otwierasz knajpę”, zrozumiała, że wchodzi w to jako artystka. Początkowo kawiarnia miała nazywać się Ludowa – ale nazwa kojarzyła się bardziej z Zespołem Pieśni i Tańca Mazowsze niż Rewolucją Francuską: że wolność, równość i braterstwo. Stanęło na nazwiskach: Baumgart / Libera. To właśnie na otwarciu tej kawiarni Belina ocierał się gołymi pośladkami o ścianę. Swoim zwyczajem w celach promocyjnych podawał niemający wiele wspólnego z rzeczywistością opis działania: „show para-erotyczny w manierze tańców GO-GO; występ inspirowany twórczością: Romana Opałki, Johna Cage’a, Helmuta Federle; czas trwania: 3×4’33”.

Performans Beliny wyznaczał wolnomyślicielski kierunek działalności kawiarni w CSW. Było to jedno z pierwszych tego typu miejsc w Warszawie. Co kilka dni działo się tu coś ważnego. Tylko do końca 2000 roku odbyło się około 30 wydarzeń – głównie wieczorów poezji i koncertów muzyki elektronicznej. Libera stawiał na poezję – poetyckie slamy oglądał wcześniej w Nowym Jorku i zastanawiał się, dlaczego nie ma ich w Warszawie. Swoje filmy, wiersze i jedzenie prezentował w Cafe Baumgart / Libera Michał Kaczyński, wtedy znany już z „Rastra”. W październiku niewielką wystawę miał tu Wilhelm Sasnal – zorganizował ją Salon Wystawowy Bagatt, czyli „najmniejsza galeria sztuki w Polsce”. Prowadził ją w pudełku po butach drugi z rastrystów, Łukasz Gorczyca.

W kawiarni gościły też często anarchofeministki – specjalnie dla nich Baumgart zorganizowała cykl „Fe jak feministki” (tak na hasło „feminizm” zareagował dyrektor pewnej stacji radiowej: „Feminizm? – Fe...”). Potem Baumgart zapraszała zespół Duldung, założony przez doktorantki Marii Janion (ich koncerty zaszczycała swą obecnością sama pani profesor), grupę K.U.R.W.A. (Koedukacyjna Unia Rewolucyjno-Wyzwoleńczo-Anarchistyczna) czy Emancypunx. No i jeden ze swoich pierwszych wieczorów autorskich miała tu młodociana pisarka Dorota Masłowska. Na ścianach wisiały wczesne prace Twożywa. Ktoś zostawił tęczową flagę.

W 2000 roku dyrektor CSW Wojciech Krukowski chwalił się powstającą kawiarnią. Miała być antytezą Qchni Artystycznej, restauracji działającej od kilku lat w Zamku. Nowe miejsce miało być „barem ludowym”.

Tymczasem relacje Libery z Zamkiem były coraz bardziej napięte. Od 1999 roku Libera pracował nad wystawą mającą się odbyć w kilku ważnych galeriach w Europie – współpracę deklarowali kuratorzy, z którymi wcześniej pracował, między innymi Katalin Néray z Ludwig Múzeum w Budapeszcie (to ona zaprosiła Liberę do udziału w biennale w São Paulo). Libera potrzebował instytucji z Polski, która podjęłaby się formalnie towarzyszyć projektowi. Pierwsze rozmowy z Krukowskim były obiecujące i Zamek przystał na rolę koordynatora.

Sam pomysł był dosyć skomplikowany. Libera zamierzał zbudować auto, które oglądane z odpowiedniej perspektywy do złudzenia przypominałoby zwykły samochód, jednak, przy bliższym oglądzie, okazywałoby się dziwolągiem – zbudowanym tak, jak jest przedstawiane na dwuwymiarowych zdjęciach. (Te wypaczenia po latach Libera ujął w tytule wystawy „Rzeczywistość jest płaska”). Do swego projektu zaangażował nawet specjalistów, w tym profesora Ryszarda Andrzejewskiego z Instytutu Pojazdów na Wydziale Mechanicznym Politechniki Łódzkiej. Andrzejewski spotkał się z Krukowskim. Projekt wyglądał bardzo poważnie.

Gdy wiosną 2000 roku Libera wrócił z kilkumiesięcznego pobytu w Nowym Jorku, okazało się jednak, że Zamek, nie informując go o tym, przestał się projektem zajmować. Pomysł został zawieszony na kolejnych kilka lat. Libera obraził się na Zamek, a z czasem obrażał się coraz bardziej.

Ale pobyt Libery w Nowym Jorku, który uniemożliwił mu doglądanie postępów samochodowego projektu, też zakończył się porażką. Już dawno przestał współpracować ze swoim duńskim galerzystą Jensem Faurschou. W Nowym Jorku sprzedawał swoje fotografie w barze – 300 dolarów za sztukę. Ale nawiązał też kontakt z handlarzem sztuką Arnoldem Katzenem, prowadzącym American European Art Associates. Tam na początku 2000 roku Libera pokazywał między innymi zdjęcia z więzienia w Hrubieszowie. W magazynie Katzena umieścił kilka swoich prac, licząc na ich sprzedaż. Po powrocie do Polski z żoną, Mariolą Przyjemską, miał kłopoty mieszkaniowe – próbowali zamienić jedno mieszkanie na drugie, potrzebowali gotówki, groziła im utrata już zainwestowanych pieniędzy, dorobku całego życia.

Tymczasem Katzen nie finalizował obiecanych zakupów, ale przesłał Liberze kontrakt na wyłączność na wiele lat do przodu. Libera był podejrzliwy, niczego nie podpisał. I on, i Przyjemska zmuszeni byli wyprzedawać swoje prace za pół ceny. Stali na krawędzi przepaści. Na czarną godzinę Libera upatrzył sobie samotny konar na Powiślu. Na szczęście w ostatniej chwili udało im się zebrać wymaganą sumę.

Jakiś czas potem ze Stanów przyszedł tajemniczy list. W kopercie był jedynie wycinek z „New York Timesa” z 2 czerwca 2001 roku. Gazeta podawała za agencją Associated Press, że dwójka marszandów, Katzen (62 lata) i jego wspólniczka (lat 73), została aresztowana pod zarzutem prania brudnych pieniędzy pochodzących z handlu narkotykami. Aresztowania dokonano w hotelu w Bostonie, gdzie próbowali sprzedać rzekome obrazy Modiglianiego i Degasa podstawionemu agentowi FBI.

Prace Libery utknęły w magazynie Katzena na kilka lat. W Polsce możliwości tworzenia skomplikowanych projektów rozpływały się jak we mgle. Do tego Libera pozostawał wierny pewnemu etosowi artysty – artysta to nie zawód, artystą się po prostu jest. Jak wtedy, gdy CSW zaprosiło go na spotkanie z zagranicznymi kuratorami. Gdy go zapytano, czy przyniósł slajdy, wpadł we wściekłość i opowiedział kuratorom, których częściowo znał, o swoich relacjach z instytucją. Krew zalała mu oczy.

Gdy Libera wspólnie z Baumgart prowadził kawiarnię, ona wychowywała podrastającą córkę. Dzieliła życie na pracę i sztukę. Zapiski zawsze robiła w dwóch rubrykach: sztuka i praca. Libera je zobaczył i wściekł się – jak można tak to oddzielać?

Na początku nie było jeszcze pewne, czy prowadzenie kawiarni to rysa na biografii, czy wręcz przeciwnie. Ale na pewno były to długie godziny pracy, faktury, zamiatanie podłogi, stres i kłótnie o bzdury. Libera wycofał się jeszcze w listopadzie 2000 roku. Od tej pory Baumgart prowadziła kawiarnię sama – z wolności, równości, braterstwa zostały wolność, równość i siostrzeństwo.

Przewijające się przez kawiarnię tłumy oraz luzacka atmosfera stały ością w gardle dyrekcji CSW. Prowadzący musieli odpierać zarzuty – o ślady stóp pozostawione na ścianie korytarza, o to, że feministki proponowały stróżowi seks w toalecie (WTF?), albo że ktoś widział kogoś uprawiającego seks na schodach kawiarni. A jak do miejsca o powierzchni 20 metrów kwadratowych przychodziło 200 osób, to okupowały korytarz i klatkę schodową. Krukowski regularnie zapraszał Baumgart na dywanik. Kawiarnia jeszcze przez rok działała jako Baumgart / Libera, potem już jako Baumgart, co bardziej odpowiadało rzeczywistości. Przetrwała sześć lat.

A na początku 2002 roku na mapie Warszawy pojawiło się nowe miejsce o profilu podobnym do Baumgart / Libera, chociaż znacznie większe – Aurora dysponowała przestrzenią w byłej bazie MPT przy ulicy Dobrej na Powiślu. Prowadzili ją wspólnie Libera, Przyjemska i ich przyjaciel Tomasz Kurzyca, z zawodu prawnik. Libera przeniósł tu poetyckie slamy. Na otwarciu, 7 marca, za barem stanął Jerzy Truszkowski. Bywali tu poeci Marcin Świetlicki, Darek Foks czy Marcin Sendecki. Prowadzący Aurorę musieli sobie radzić z mafią policyjną. Pilnowali interesu na zmianę. Prowadzili klub do 2003 roku.

Jak wygląda dzień artysty prowadzącego knajpę? Budzisz się o czwartej po południu, bierzesz prysznic i idziesz do Aurory. Wyjmujesz z kasy pięć złotych i idziesz do pobliskiego baru, zjadasz obiad. Gdy wracasz, jest już piąta, przychodzą barmani. Potem siedzisz, siedzisz, siedzisz. Pańskie oko konia tuczy. No i jak sąsiad znowu wezwie policję, to musisz zamienić z gliniarzami kilka zdań.

na zdjęciu: Sztuka pięknych artystek. Anna Baumgart, Agata Bogacka / cafe Baumgart, 2003

Fragment pochodzi z książki Karola Sienkiewicza „Zatańczą ci, co drżeli. Polska sztuka krytyczna”, która 6 października ukaże się nakładem Muzeum Sztuki Nowoczesnej i wydawnictwa Karakter. 




 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.