Jeszcze będzie przepięknie
MSN w Emilii, fot. Bartek Stawiarski

Jeszcze będzie przepięknie

Karol Sienkiewicz

O państwie świadczą jego instytucje, także instytucje sztuki. Muzeum „w sercu kraju” ma spore ambicje, kapitalną kolekcję i nadal niejasno zdefiniowaną przyszłość

Jeszcze 4 minuty czytania

Muzeum Sztuki Nowoczesnej uderza w wysokie tony. Można odnieść wrażenie, że bez nowego gmachu na placu Defilad nasz kraj doszczętnie zgnuśnieje. Pierwsza szeroka odsłona kolekcji MSN w budynku Emilii nosi tytuł „W sercu kraju”. Zapowiadająca ją miniekspozycja w Pałacu Prezydenckim głosiła „Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”. Hasło pożyczone z baneru Cezarego Bodzianowskiego, który zawisł też na Emilii, ma silny potencjał ironiczny. Można je też przetłumaczyć: muzeum stadionem przyszłości.

Chociaż perspektywa budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej bardzo się oddaliła, coś się jednak w sprawie muzeów i sztuki współczesnej ruszyło. A to za sprawą otwarcia działu polskiej sztuki XX wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie, a to dzięki nowemu spojrzeniu na zbiory Muzeum Sztuki w Łodzi, i wreszcie z powodu pierwszej szerokiej prezentacji kolekcji MSN, która rośnie jak na drożdżach. Narodowe zatyka dziury, w Łodzi wciąż im się coś nie zgadza i nadal liczą na odnalezienie czarnej skrzynki, a MSN już rozpoczęło kampanię, tylko jeszcze nie wiadomo, w jakich wyborach. Na wszelki wypadek krzyczy: Przyszłość to my!

Przez maszynkę

nowe wystawy stałych kolekcji w polskich muzeach

„W sercu kraju”, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Warszawa, do 6 stycznia 2014.

„Galeria Sztuki XX i XXI wieku”, kurator: Piotr Rypson, Muzeum Narodowe w Warszawie, otwarta 19 stycznia 2013.

„Korespondencje. Sztuka nowoczesna i uniwersalizm”, kuratorzy: Jarosław Lubiak i Małgorzata Ludwisiak, Muzeum Sztuki w Łodzi, do 30 czerwca 2013.


„Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”, 
Pałac Prezydencki, 26 stycznia – 21 kwietnia 2013.

Muzeum Narodowe, otwierając na nowo dział sztuki polskiej XX wieku, wprawdzie doprowadziło wymęczoną narrację do współczesności, ale to wciąż raczej wyrywkowe spojrzenie niż synteza. To znaczy, dobrze że jest, ale czy na pewno chcielibyśmy, by tak właśnie wyglądał? Bo i klepka podłogowa ta sama, i ten sam zapach pasty do podłogi, i te same ciasne sale, i nawet większość dzieł się nie zmieniła. Czy nigdy się nie dowiemy, jakie to skarby kryją się w bogatych magazynach muzeum? I czy za rewolucję uznać można fakt, że Narodowe zauważyło, iż w Polsce była druga wojna światowa? Po przewidywalnym pokazie sztuki międzywojnia następuje ekspresowy przegląd sztuki powojennej. Ale to prace jakby małych formatów, niemuzealne, trzeba je oglądać z nosem przy ścianie. Tradycyjna struktura ekspozycji podkreśla dysproporcje: nadreprezentacja ekspresyjnej sztuki lat 80. kontrastuje z niemal pominięciem sztuki krytycznej lat 90. Malarze z Gruppy, Sasnal i Ziółkowski wymawiani są na jednym oddechu. Odpowiedzialny za wystawę Piotr Rypson sam wprowadził się w ten ślepy zaułek.

Widok Galerii Sztuki XX i XXI w., Muzeum Narodowe w Warszawie

„Korespondencje” w Muzeum Sztuki w Łodzi 

recenzja Iwo Zmyślonego
polemika kuratorów ze Zmyślonym

W tym samym czasie Muzeum Sztuki w Łodzi całkowicie przeformułowało piętra wystaw stałych. Nadal jest tam kolekcja, ale zestawiona ze zbiorami szwajcarskiej Rupf Stiftung. Sam zabieg „Korespondencji” jest ciekawy i ożywczy, zwłaszcza w pierwszych salach. Ale jak to ostatnio w Łodzi bywa, na tym nie mogło się skończyć. Ambitni kuratorzy nałożyli na wystawę całą siatkę pojęciowo-nie wiadomo jaką. Opanowała ich mania porządkowania, a jednocześnie sami podkopują tworzone przez siebie kategorie („komentarz dialektyczny” Tomka Kozaka). Od nadmiaru przypisów głowa boli. Dla mniej wytrwałych proponuje się wycieczkę po kilku obrazach Picassa, ale równocześnie przywala Derridą, Lacanem i masą innych sentencji. Awangarda mielona jest przez maszynkę. Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się, że dyrekcja i pracownicy Muzeum Sztuki w Łodzi sztuki awangardowej, z której instytucja wyrasta, po prostu nie lubią i dlatego ciągle próbują jej podstawiać nogę. Dedykuję im piosenkę nieśmiertelnej Abby „SOS”.

Widok wystawy Korespondencje w MS2 w Łodzi / fot. P. Tomczyk

W kontraście do Narodowego i Muzeum Sztuki, MSN stawia bardziej otwartą, wielowątkową strukturę przypominającą biennale. Widz porusza się sam, ale ma do dyspozycji klarowny alfabetyczny przewodnik. Nie prowadzi się go od – do, dzieł nie ustawia według dat. Prace łączą się miejscami w konstelacje, ale zadbano, by zbytnio na siebie nie nachodziły. Muzeum liczy na inteligentnego odbiorcę.

Nawrócony prezydent

Zanim jednak kolekcja zawitała do Emilii, namaścił ją sam prezydent. Przechodniów z Krakowskiego Przedmieścia Pałac Prezydencki kusił przede wszystkim samą możliwością zwiedzania wnętrz. Całkiem ciekawie: od historycznego mebla – okrągłego stołu – poczynając, na kaplicy kończąc. Wnętrza wiele widziały. Tu Michael Jackson ściskał dłoń Aleksandra Kwaśniewskiego, a tu modlił się Lech Wałęsa. Tu zaś odbywają się tzw. rozmowy kuluarowe; „Wiele tu można załatwić”, zapewniała przewodniczka. Wszystko okraszone sztuką, która u prezydenta ma jak u Pana Boga za piecem – nikt jej zbytnio nie zawraca głowy, na przykład płótna Jerzego Nowosielskiego zaaranżowane w 2012 roku przez Andrzeja Starmacha. Przy tej okazji na stronie pałacu napisano: „prezydent wyraził nadzieję, że dzięki tej niewielkiej kaplicy jakieś serca zostaną nawrócone na dobrą stronę”. Na razie nawrócił się sam Bronisław Komorowski. Na „dobrą stronę” sztuki współczesnej. Rozglądałem się za Dwurnikiem, ulubionym malarzem prezydenta Kwaśniewskiego. Dwurnika jednak jak na lekarstwo.

Chociaż to muzeum wykonało gest otwarcia pałacu, na zwiedzenie niewielkiego wycinka kolekcji MSN dano nam zaledwie cztery minuty, które jednak wystarczyły, by stwierdzić, jaki obraz Polski się tu maluje. W pałacowych progach zagościł pijaczek z Pragi – „Guma” Pawła Althamera. Z obrazów Bujnowskiego straszyły puste oczodoły niewykończonych budynków. Sanja Iveković swoją trawestacją słynnego plakatu „W samo południe” z wyborów 1989 roku, na której zastąpiła sylwetkę Gary’ego Coopera kowbojką, upominała się o miejsce kobiet w historii polskiej opozycji.

Widok wystawy w Pałacu Prezydenckim

Bardziej była to reklama muzeum niż wystawa z prawdziwego zdarzenia, ale manewr z Pałacem Prezydenckim chyba się powiódł. Na naszych rządców jedni gwiżdżą, inni – chyba bardziej z przyzwyczajenia niż własnej woli – klaszczą. Ale mimo tej dziwacznej formy wystawy, cieszy mnie, jeśli pan prezydent identyfikuje się z takim krytycznym spojrzeniem na świat. A może po prostu zaniepokoił się ironicznymi relacjami z zeszłorocznego „spotkania z twórcami kultury”?

W sercu Emilii

Prawie wszystkie prace od prezydenta znalazły się na wystawie „W sercu kraju” w Emilii. Mniej tu jednak propagandy. Przeszklony pawilon pozwala zajrzeć do środka i zaprasza do wejścia – MSN to jedyna duża instytucja wystawiennicza w Polsce, którą zwiedza się za darmo. Pan Guma przez szybę łypie na przechodniów. Jeszcze przed wejściem instalacja dźwiękowa Anny Zaradny. Mu-ze-um, sylabizuje kobiecy głos. Nauczyliśmy się odmieniać to słowo na wszelkie możliwe sposoby. W Warszawie, jak mówi się „muzeum” czy „fundacja”, to wiadomo, o jakie instytucje chodzi. Tylko na Emilię mówi się raczej „Emilia”. Bo Emilia to jeszcze nie TO muzeum, o które nam chodzi.

Widok wystawy w MSN: Jadwiga Sawicka, "Nawracanie, Oswajanie, Tresowanie", 1998-2009 / fot. Bartek Stawiarski

Przy wejściu pracownicy muzeum własnoręcznie przerysowali rysunki Dana Perjovschiego z jego notatnika (ten gest to pomysł artysty). Perjovschi ironizuje na temat muzeum i warszawskiego układu, nazywając muzeum (MSN), galerię (Zachętę) i zamek (CSW) Trójkątem Bermudzkim. Samo muzeum, malutkie w porównaniu z sąsiednim hotelem Intercontinental, obwieszcza zaś „Size matters”.

Ale dalej, w sercu wystawy (w sercu „serca kraju”) dziesięciu kuratorów muzeum, których twarze możemy rozpoznać w nowej rzeźbie Pawła Althamera, ciągnie model muzeum projektu Christiana Kereza, niczym burłacy z obrazu Riepina. Na ich licach rysuje się wysiłek, ich ciała zdają się rozpadać, a sama makieta przypomina widmo. Tyle zostało z kilku lat nadziei i prężenia mięśni. Ten budynek na pewno nie powstanie. Świadectwo jego porażki przetrwa dzięki rzeźbie Althamera i pamiętnej kreacji Joanny Mytkowskiej z balu architektów. Christian Kerez, R.I.P. Podobno trwają prace nad rozpisaniem nowego konkursu architektonicznego, a plany budowlane zostały okrojone stosownie do tego, jak krawcowi materii staje. Size matters.

Widok wystawy w MSN: Paweł Althamer, "Burłacy", 2012

Od Panamy aż do Gruzji…

…życie sztuką jest iluzji”. W Emilii zrobiło się światowo i aktualnie, jak w żadnym innym polskim muzeum. „Od Paryża do Panamy”, tak zakrojona jest wystawa kolekcji. Ta odzwierciedla z pewnością kuratorskie podróże pracowników muzeum. Nie brak tu prac jeszcze niedawno pokazywanych na dużych imprezach, jak świetne filmy Akrama Zaatariego, Omera Fasta, Waela Shawky’ego, które miały premierę na zeszłorocznych dOCUMENTA 13. Ale też sporo tu gorących ostatnio nazwisk, jak Szwedka Klara Lidén, Kanadyjka Julia Dault czy kurczowo trzymający się grzbietu fali kolektyw Slavs and Tatars. Z drugiej strony kolekcja przypomina, jak wiele znakomitych osobistości muzeum już gościło: Sharon Hayes, reaktywująca slogany demonstracji sprzed lat, buńczuczni Rosjanie z wystawy „Angry Birds” czy Ahlam Shibli, fotografująca polskie domy dziecka. Dziwić może spora reprezentacja artystów amerykańskich. Twórcy z tzw. Europy Środkowej to zaś już klasycy – Yona Friedman, Ion Grigorescu, Sanja Iveković czy wzbudzająca ostatnio coraz większe zainteresowanie Rumunka Geta Brătescu.

Prawie na wstępie trzy prace wyznaczają z kolei Trójkąt Bermudzki wystawy. Wielki czerwony napis „Azja” Warpechowskiego z końca lat 80., wykonany typową PZPR-owską czcionką propagandową, w czasie gdy powstał, miał oddawać ducha panującego w Polsce i określać wielkiego sąsiada na Wschodzie. Cztery litery. Obok orzeł Piotra Uklańskiego, niby polski, ale niebezpiecznie zlany z niemiecką gapą. To „Deutsch-Polnische Freundschaft”. Takie tam towarzystwo przyjaźni. Ale naprzeciw nich trzeci wierzchołek trójkąta wyznacza ogromny rysunek małpy Abrahama Cruzvillegasa z Meksyku. Artysta narysował ją miotłą na papierze i nazwał „Alejandro”, imieniem członka swej rodziny, którego ma ta małpa przypominać. Mimo odniesień do stanu państwa, nie ma tu więc miejsca na nośne symbole. Te zostają raczej zdekonstruowane, skarykaturyzowane. Jeśli chcemy się zaś gdzieś przejrzeć, może nas czekać rozczarowanie tym, co zobaczymy.

Widok wystawy w MSN: Zbigniew Warpechowski, "Azja", 1989/2013, Piotr Uklański, "Deutsch-Polnische Freundschaft",
2011 / fot. Bartek Stawiarski

Rdzeń neoawangardowy

W przeciwieństwie do Łodzi, muzeum w Emilii nie jest obarczone przeszłością i swobodnie może dobierać artystyczne tradycje. Wprawdzie i tu pobrzmiewają echa Katarzyny Kobro (w malarstwie Amerykanki R.H. Quaytman), wisi rysunek Andrzeja Wróblewskiego, a osobny kącik ma ulubiona artystka MSN Alina Szapocznikow, bez wątpienia jednak pierwsze skrzypce grają artyści neoawangardowi, którym przez dekady trudno było się przebić do głównego nurtu historii sztuki. Muzeum Sztuki w Łodzi dopiero wypełnia braki w swojej kolekcji w tej materii, w Warszawie bohaterowie książki Łukasza Rondudy uchodzą już za główną tradycję współczesności. To istotne przeformułowanie. Do muzeum trafiła Pracownia Działań, Dokumentacji i Upowszechniania (PDDiU), w postaci rekonstrukcji wystawy, która odbyła się w prywatnym mieszkaniu Zofii Kulik i Przemysława Kwieka. Osobne miejsce zajmują dialogi Wiktora Gutta i Waldemara Raniszewskiego oraz zadania oparte na grach wizualnych z pracowni Grzegorza Kowalskiego. Happening „Europa” Akademii Ruchu okazuje się świetnie korespondować z performensami Sharon Hayes. Do tego Teresa Murak, Ewa Partum, Warsztat Formy Filmowej. Niby nic dziwnego, ale wobec braku sztuki konceptualnej w twardym, foksalowym wydaniu, jest to gest wyraźny i istotny. Muzeum odwołuje się bowiem do bardziej zaangażowanych postaw w polskiej historii sztuki. (Wpisuje się w to także obecne zainteresowanie Oskarem Hansenem.)

O ile jednak neoawangardową sztukę lat 70. uznaliśmy za tradycję i punkt odniesienia dla nurtu sztuki krytycznej lat 90., tej ostatniej prawie tu nie ma. Jest film Żmijewskiego, powstały w pracowni Kowalskiego, jest klasyczne „Lego. Obóz koncentracyjny” Zbigniewa Libery, ale historia sztuki krytycznej została raczej sprowadzona do gobelinu Goshki Macugi „List”, odwołującego się do zachętowskich skandali z przełomu wieków. „W sercu kraju” okazuje się, że równie krytyczna jak sztuka polska jest współczesna sztuka na całym świecie. Takich przynajmniej dokonano tu wyborów. Kozyrę zastępuje Sarah Lucas. Teresa Margolles łączy ze sobą szwy z sekcji zwłok ofiar przemocy w Meksyku. Jako odmieńcy ręka w rękę idą Białoszewski, Krzysztof Niemczyk i Jack Smith. Są demonstracje („Protestacyjne karaoke” Iwana Brażkina) i historyczne reminiscencje (Mykoła Ridnyj), analiza obrazów przemocy w mediach (Seth Price) i kpina z porażek ekonomii (Pratchaya Phinthong), ironiczny feminizm (Laurel Nakadate, Anne Collier) i twarda lekcja historii (Gustav Metzger, Jonathan Horowitz).

Widok wystawy w MSN: Sarah Lucas, "Rzymianie", 2011/ fot. Bartek Stawiarski

Tak więc wokół jądra – sztuki neoawangardowej z Polski i regionu – zbudowano globalny obraz sztuki (w ten lub inny sposób) zaangażowanej, opartej na społecznym etosie. To sprytny zabieg (chapeau bas!), dodatkowo pozwalający na uniknięcie wrażenia braków – przecież muzeum nie byłoby w stanie zbudować reprezentacyjnej kolekcji sztuki międzynarodowej lat 60. czy 70. Dzięki temu kolekcja jest spójna, może spokojnie wchodzić w szranki z innymi ważnymi muzeami, a jednocześnie zachować niepowtarzalność i wyraźną tożsamość.

Co z tą Polską

Bo trzeba powiedzieć jedno: tego u nas jeszcze nie było. Nie na tę skalę i nie w tej formie. Jakby dotarło do nas, że przestaniemy być prowincjonalni i zaściankowi wtedy, kiedy sami nie będziemy się już tak postrzegać. Ale mimo tej globalności, muzeum zdaje się coraz mniej oglądać na Paryże i Londyny. Mówi: serce kraju bije tutaj. To brzmi bezczelnie. Ale skoro wiemy, że na pewno nie bije na Wiejskiej, w Alejach Ujazdowskich ledwie zipie i dogorywa po obu stronach Krakowskiego Przedmieścia, to w końcu ktoś ten wózek musi ciągnąc.

Widok wystawy w MSN: Yona Friedman, "Ikonostas", 2010-2011 / fot. Bartek Stawiarski

Muzeum smaży dwa kotlety na jednej patelni. Pierwszy – mielony – to związane z dziedzictwem neoawangardy i sztuki krytycznej przekonanie o emancypacyjnej roli sztuki. Sztuka w muzeum ma nas modernizować, pobudzać, wyzwalać kreatywne pokłady i przyczyniać się do budowania nowych, lepszych elit. Drugi kotlet – schabowy, ten prezydencki – to pozytywna propaganda. Przypomnę, że jedna z poprzednich odsłon kolekcji nosiła tytuł „3 razy TAK”. „Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Spełnieniem tej obietnicy ma być muzeum wypełnione widzami po brzegi, podobnie jak poziom „dojrzałości” naszej demokracji mierzymy frekwencją w wyborach.

Nie zapominajmy też, że muzeum walczy o swoją przyszłość i może stąd ta podniosła retoryka i ciągłe udowadnianie, że muzeum jest nam potrzebne. Wprawdzie instytucja pęcznieje i rozwija coraz to nowe pola działalności, a nawet trudno byłoby sobie bez niej wyobrazić stolicę, ale bez perspektywy przeprowadzki do nowego, dużego, nowoczesnego budynku w przeciągu kilku najbliższych lat będzie jej nad wyraz trudno utrzymać dotychczasową dynamikę. Na razie cieszymy się tym, co jest.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.