Czcij dziecko w sobie
Anja Carr

13 minut czytania

/ Sztuka

Czcij dziecko w sobie

Karol Sienkiewicz

Wystawa „Kiedy znów będę mały” to wyraz pewnej tęsknoty, syndromu ucieczkowego przed dorosłością. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie – kim właściwie są dzieci?

Jeszcze 3 minuty czytania

Czasem gdy przygniatają nas duże i małe problemy, nie nadążamy z pracą albo nie starcza do pierwszego, pojawia się ta dziwna tęsknota. Jak dobrze być dzieckiem, beztroskim i radosnym. „Kiedy znów będę mały!”, chciałoby się powiedzieć, gdy już wiemy, co z nas wyrosło. Kuratorka Joanna Zielińska tę tęsknotę zawarła w tytule swojej wystawy, którą obejrzeć można w krakowskiej Cricotece.

Nowa wystawa Zielińskiej to właściwie kolejna odsłona jej szerszego projektu, w którym bada relacje między sztukami wizualnymi i teatrem z perspektywy performance studies. Zaczęło się zresztą w Cricotece, gdzie jej wystawa połączona z programem performatywnym „Nic dwa razy” (2014) inaugurowała nowy budynek instytucji nad Wisłą. Był to najlepszy jak do tej pory współczesny komentarz do twórczości Tadeusza Kantora, próba odpowiedzi na pytanie – jak rekwizyt teatralny może stać się dziełem sztuki oraz jak dzieło sztuki może zagrać w teatrze czy czymś na kształt spektaklu. W Cricotece wystawy sztuki współczesnej sąsiadują z dosyć szkolnymi odsłonami wystawy stałej poświęconej Kantorowi w stu procentach.

Potem jednak Zielińska przeniosła się do Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Tam trwa jeszcze jej otwarta wczesną wiosną wystawa „Rzeczy robią rzeczy”, której głównymi bohaterami są lalki, marionetki. To one, ożywiane przez artystów, „robią rzeczy”. Wystawą „Kiedy znów będę mały” Zielińska powraca na chwilę do Cricoteki. Łączą się tu elementy z jej poprzednich ekspozycji. Jest teatr, performans, lalki, kukiełki. Jest też oczywiście Tadeusz Kantor, bo w Cricotece nie mogłoby go zabraknąć. Ale wszystko to zanurzone w świecie dziecka. To dzieci są tu albo bohaterami, albo punktem odniesienia. Stąd zresztą nostalgiczny tytuł, zapożyczony od Janusza Korczaka.

Groźna królowa

Kiedy znów będę mały?

kuratorka: Joanna Zielińska, Cricoteka, Kraków, do 18 września 2016.

Centralne miejsce na wystawie zajmują obiekty sceniczne z „Maszyny miłości i śmierci” Tadeusza Kantora, wypożyczone z Muzeum Marionetek w Palermo. W tym cricotage z 1987 roku Kantor powrócił do swego pierwszego spektaklu, który wystawił w 1937 roku, jeszcze w czasie studiów, „Śmierci Tintagilesa” Maurice’a Maeterlincka, napisanego jako dramat dla teatru marionetek. W „Śmierci Tintagilesa” złowroga Królowa posiada całkowitą kontrolę nad swoimi służącymi i ludem. Czyha na życie Tintagilesa, a jego siostry próbują go przed nią ochronić. Na próżno. Tintagiles, porwany do zamku, rozpacza po jednej, a jego siostra po drugiej stronie wrót. No i umiera, zamordowany przez Królową. W spektaklu Kantora z 1987 roku występowały trzy służące królowej – supermarionety, schowane za żelaznymi wrotami i poruszane mechanicznie. To one właśnie pojawiają się na wystawie. Na pierwszy rzut oka przypominają zabawki, ale wyglądają groźnie.

Na wystawie są też inne obiekty, które pochodzą ze spektakli – na przykład kolorowe kostiumy, które grały w wystawianych w Cricotece „Piosenkach o miłości i śmierci” w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego, inspirowanych twórczością Kantora. O spektaklu pisał w „Dwutygodniku” Paweł Soszyński: „Nad wszystkim unosi się szelmowski uśmiech, lekki rausz, który zamiast otumaniać, pozwala spojrzeć na świat z ukosa i na nowo ulec fascynacji, znów poczuć nurt życia”.

Kostiumy do „Piosenek…” projektował artystyczny duet Bracia, czyli Maciej Chorąży i Agnieszka Klepacka. Jest tu m.in. Pan Radio – wykonany z tektury radiomagnetofon z kolorowymi gąbkami kąpielowymi w roli przycisków. Z jego boku wystają nogi. To więc człowiek-maszyna. Właśnie jak u Kantora, tyle że dziecinny, niegroźny, z humorem. Na dokumentacji fotograficznej obejrzeć też można fantazyjne kostiumy, które do „Króla Ubu” Alfreda Jarry'ego zaprojektowała Franciszka Themerson.

1. Tadeusz Kantor, Maszyna Miłości i śmierci, instalacja, 1987. Dzięki uprzejmości: Museo Internazionale delle Marionette Antonio Pasqualino w Palermo.   2. Bracia, Bromba 1, Bromba 2, stroje i obiekt z Piosenek miłości i śmierci, 2015. Reżyseria: Cezary Tomaszewski. Kostiumy zostały wypożyczone dzięki uprzejmości Capelli Cracoviensis. Fot. Bartosz Cygan/Fototerminal, Materiały prasowe organizatora, Ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora Cricoteka w Krakowie.

Dziecko, dziki, śmierć

Wystawa zamyka się jednak między innymi artystami i ich skrajnie odmiennymi postawami – Wiktorem Guttem i Tonym Ourslerem. Sztuka Gutta opiera się zazwyczaj na komunikacji, „rozmowach plastycznych”. Prowadził je między innymi ze zmarłym w 2005 roku Waldemarem Raniszewskim („Wielka Rozmowa”). Inspirowali się antropologią, opisami rytuałów społeczności plemiennych. Z „dzikimi” zamieszkującymi naszą cywilizację utożsamiali też dzieci. Uczynili ich również swymi rozmówcami. Gutt w oparciu o występujące w różnych kulturach rytuały malowania ciała przeprowadzał dziecięce „inicjacje”. To specyficzna forma zabawy.  

W inicjacjach Gutt odrzucał nierówną relację władzy między dzieckiem i dorosłym na rzecz dialogu. Na dwóch dokumentacjach filmowych na wystawie swe ciała malują jego syn Łukasz i córka Julia (1991) oraz wnuczka Helenka (2015). Działaniom towarzyszy muzyka kojarząca się z kulturami pierwotnymi. Ich ciała są podłożem, pierwszą materią ich kreacji. Na starszym nagraniu jedenastoletni Łukasz pracuje jak artysta, jego ruchy są sprawne, dla pewności przegląda się w lustrze. Malutka Julia maluje trochę chaotycznie. Sam Gutt podkreśla jednak, że pojęcie „inicjacji” nie odnosi się do samych dzieci, to dorośli są inicjowani na odbiór „dziecięcych kreacji i płynące od nich komunikaty zarówno estetyczne, jak i głęboko duchowe”.

Na drugim krańcu wystawy znajduje się zaś „Grand Mal” Tony’ego Ourslera, jego wczesny, ponaddwudziestominutowy film z 1981 roku. „Grand Mal” to rodzaj złowrogiej bajki, sennego koszmaru. Powstał za pomocą fantazyjnych scenografii i ludzkich rąk, pomalowanych, wchodzących w rolę postaci. Za tą nieco infantylną formą kryją się jednak zupełnie niedziecinne treści, łączone ze sobą metodą luźnych skojarzeń. Bohater doświadcza serii dziwnych, niepokojących przygód, ocierających się o religię, seks, śmierć.

Wiktor Gutt, Wspólne malowanie Łukasz / 11 lat/ i Julia / 3 lata/, 1991 rok

Nie ma dzieci, są ludzie

Wchodząc na wystawę „Kiedy znów będę mały”, popełniłem błąd – przeczytałem kuratorski tekst. Co zazwyczaj nie jest przecież błędem. Od tego się zawsze zaczyna. Zielińska jako główny punkt odniesienia swojej wystawy podaje bowiem Bildungsroman, czyli rodzaj powieści, w której bohater dojrzewa psychologicznie i społecznie. Jak Wilhelm Meister u Goethego, Hans Castorp w „Czarodziejskiej górze” Tomasza Manna czy Stephen Dedalus w „Portrecie artysty z czasów młodości” Jamesa Joyce’a. Szukałem tego dojrzewania i nie znalazłem.

Zielińska pisze, że „wystawa wyłapuje momenty transformacji”, ale niestety nie wspomina konkretnie gdzie, w których pracach. Poza tym, że o takim dojrzewaniu mają traktować książki autorstwa artystów wizualnych, pokazane na wystawie, a pochodzące z projektu „The Book Lovers” (za którym stoi sama Zielińska) i stanowiące część kolekcji muzeum sztuki współczesnej M HKA w Antwerpii. Trudno czytać książki na wystawie, nie wiem, czy jest większy sens w ich eksponowaniu, ale wierzę kuratorce na słowo.

Jednak o wiele lepszym przewodnikiem po wystawie Zielińskiej jest wspaniała książka Janusza Korczaka „Kiedy znów będę mały”, od której zaczerpnęła przecież tytuł. Tu się jednak z Zielińską znowu nie zgodzę. Książka Korczaka nie mówi o tym, jak sugeruje kuratorka, że „będąc dziećmi, chcemy stać się dorośli”. Na odwrót. Korczak obala mit dorosłych o wyidealizowanym, beztroskim dzieciństwie. Jej główny bohater, nauczyciel, na powrót staje się dzieckiem, zresztą za sprawą krasnoludka. I okazuje się, że jego dziecięcy świat jest pełen zgryzot i trosk. Dzieci zdane są na łaskę i niełaskę dorosłych. Tę książkę powinien przeczytać każdy rodzic i każdy, który podziela tęsknotę za dzieciństwem. Korczak wprawdzie opisuje rzeczywistość międzywojnia, ale czy czasy się tak bardzo zmieniły?

1. Aneta Grzeszykowska, Franciszka 2020, obiekt, 2015/2016. Dzięki uprzejmości artystki oraz Galerii Raster w Warszawie, w tle prace Anji Carr, 2013 / 2015.   2. Widok wystawy (po prawej w głębi Jael Pawła Althamera).   3. Powieści z kolekcji The Book Lovers. Dzięki uprzejmości: Muzeum Sztuki Współczesnej w Antwerpii (M HKA).    2. 

Co ci w głowie siedzi

W tej rozczarowującej, Korczakowskiej perspektywie na pierwszy plan wysuwają się lalki, kukły i rzeźby zebrane na dwóch postumentach. Jest tu dostrzeżony w powyginanym korzeniu „Jelonek”, wczesna rzeźba Władysława Hasiora, jeszcze z lat 40. Są też szyte ręcznie lalki Anety Grzeszykowskiej, m.in. „Franciszka 2021” (2015), portret jej córki za kilka lat. Wygląda na nastolatkę, a z jej głowy wyrasta rodzaj pajęczej aureoli. Christian Boltanski tworzy marionetkę samego siebie, gdy był mały („Le Petit Christian”).

Paweł Althamer pokazuje zaś asamblaż, portret najmłodszej córeczki, Jael. Rzeźba jest zbudowana z żelastwa ze złomowiska. Jakby za chwilę miała się rozpaść. Jael siedzi w jednym bucie i wydaje się lekko zbuntowana, pogrążona w swoim świecie. Ale jedna z jej rąk spływa krwią. Ma wprawdzie małą okrągłą aureolę, ale też niewielki pióropusz – jak Indianin. W jej czaszce zamieszkuje zaś lalka Barbie, która kieruje mechanizmem małej dziewczynki. Artyści interesują się światem swych dzieci, ale nie w pełni mają do niego dostęp.

Althamer miałby tu zresztą więcej do powiedzenia. Żaden inny artysta tak bardzo nie inspirował się Korczakiem. Dzieci są jego ulubionymi odbiorcami. Althamerowi zdarzało się nie tylko przygotowywać projekty do dzieci adresowane, ale wręcz korzystając ze swej uprzywilejowanej pozycji artysty, oddawać im do dyspozycji całe wystawy, proponując artystyczną wolność, trochę jak Gutt w swych inicjacjach.

Wszystkie wątki łączą się zaś w filmie Izraelczyka Guya Ben Nera, który razem z kilkuletnią córką w domowych warunkach i przy pomocy prostych gagów jak u Bustera Keatona inscenizuje „Moby Dicka” Hermana Melville’a w konwencji kina niemego. Statkiem są tu kuchenne szafki, szalupą – dziecięca wanienka, kran może posłużyć za fontannę morskiej wody, którą wypluwa z siebie wieloryb. Ale całość nie jest tak niewinna, jak mogłoby się wydawać. W końcu „Moby Dick” to opowieść o szaleńczej zemście, walce emocji z rozsądkiem.

Guy Ben-Ner, Moby Dick, 2000. Kadry z filmu. Dzięki uprzejmości artysty oraz Galerii Postmasters, Nowy Jork

Zaśpiewać z Gawędą

Bez odpowiedzi pozostaje wiele pytań. Czy dzieciństwo, które tak szybko zapominamy i zastępujemy fantazją na jego temat, to rzeczywiście kraina szczęśliwości? Świat pierwotny? Miejsce, w którym znajdziemy źródło naszych trosk i problemów? Tu kuratorka czyni unik. Mówi o dojrzewaniu.

A dzieci są ostatnio dość wziętym tematem. Muzeum Narodowe w Warszawie zaprosiło całą ich grupę do kuratorowania wystawy „W Muzeum wszystko wolno”. Chociaż cieszyła się sporą popularnością, efekt był dosyć belferski, szóstkowy. Bo i sam tytuł kłamał. W rolę kuratorów dzieci wcieliły się też wiele lat wcześniej, w 2003 roku, w warszawskiej Zachęcie na wystawie „Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci”. Tam dzieci przedkładanym przez artystów projektom stawiały plusy i minusy. Nie wszystkie się zakwalifikowały. Ale Cezary Bodzianowski spełnił swoje dziecięce marzenie – dostał się do zespołu Gawęda. On też, śpiewając i tańcząc z dziećmi, zdawał się pytać: kiedy znów będę mały?

Z wystawy w Cricotece mogło wyniknąć coś o wiele głębszego. I częściowo wynika, bo Zielińska podąża tu za niezwykle ciekawą intuicją. Niestety wystawa jest wyraźnie niedopracowana. Jakby kuratorka poświęciła jej mniej uwagi niż swym poprzednim projektom. Brak tu chociażby opisów prac. Zebrane obiekty i filmy pozostawione są samym sobie. A tym bardziej samotnie mogą się tu poczuć widzowie. Czy oni też zatęsknią tu za dzieciństwem, czy wręcz przeciwnie?