Podróżować jest bosko
Adéla Babanová, Powrót do Adriaportu

12 minut czytania

/ Sztuka

Podróżować jest bosko

Karol Sienkiewicz

„Podróżnicy” w Zachęcie to tylko pozornie letnia wystawa. Podróżowanie to przywilej, który nie jest nam dany raz na zawsze. Wystarczy stanąć w kolejce po wizę w ambasadzie amerykańskiej, by przypomnieć sobie, że są paszporty równe i równiejsze

Jeszcze 3 minuty czytania

Zachęta otworzyła sezon ogórkowy wystawą „Podróżnicy”. Jej tytuł pachnie wakacjami, ale nic bardziej mylnego. W zasadzie wystawa dotyczy globalnej mobilności i jej ograniczeń, ale opowiada o tym z perspektywy artystów z Europy Środkowo-Wschodniej. Z jednej strony ważne będzie tu doświadczenie żelaznej kurtyny, z drugiej – otwarcia granic po 1989 roku i rozszerzenia Unii Europejskiej.

Ta względna swoboda podróżowania nie jest jednak dana wszystkim. Tylko część krajów regionu weszło do elitarnego klubu lepszych paszportów. Przywilej ten jest też jednokierunkowy. O ile my możemy pojechać do wielu krajów, ich obywatelom nie tak łatwo przyjdzie odwiedzić nas. Dla wielu granice Europy okazują się barierą nie do przekroczenia.

Prawdziwym pretekstem dla „Podróżników” jest jednak pokazanie pracy „Halka/Haiti” Joanny Malinowskiej i C.T. Jaspera, która reprezentowała Polskę na ostatnim Biennale Sztuki w Wenecji. „Podróżników” kuratoruje Magdalena Moskalewicz, przed rokiem kuratorka polskiego pawilonu.

Artysta za granicą

Artysta to dziś jeden z najbardziej mobilnych zawodów. Jak kiedyś artystyczną maturą był grand tour po krajach południowej Europy w poszukiwaniu bardziej błękitnego nieba, tak dziś funkcjonowanie wielu twórców opiera się na przekonaniu, że podróże kształcą. Spora część artystów żyje od rezydencji do rezydencji. Od artysty wręcz oczekuje się, że będzie podróżował.

Niektóre rezydencje są bardzo egzotyczne. Ostatnio w sieci pojawił się tekst o tych najbardziej niezwykłych – artyści mogą się więc starać o twórcze pobyty na wyspie bezludnej, w skandynawskim domku na drzewie, na lotnisku, w stacji badawczej na Antarktydzie, a nawet na kontenerowcach opływających kulę ziemską.

Narodziła się wręcz kategoria artystów rezydencyjnych. To artyści, którzy wyspecjalizowali się w pisaniu wniosków i przemieszczają się od jednej rezydencji do drugiej. Poznacie ich po tym, że każda ich praca powstała w innym zakątku świata. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że na rezydencjach rzadko powstaje coś ciekawego. Przykładem takiej globalnej pracy jest na „Podróżnikach” film Wojciecha Gilewicza „Painter’s Painting” – jego fragmenty powstały w Stanach Zjednoczonych, Korei Południowej, Japonii, Polsce, Tajwanie i RPA.

To również znak czasów. Polscy artyści nie zawsze mogli sobie na takie podróże pozwolić, PRL niechętnie wypuszczał swoich obywateli za granicę. Gdy artyści wyjeżdżali, to często na zawsze. Nawet po 1989 roku wiele czasu upłynęło, zanim w pełni włączyliśmy się w światowy obieg sztuki. Przypomina o tym dokumentacja wystawy „15 Polish Painters”, która odbyła się w Museum of Modern Art w Nowym Jorku w 1961 roku – jak na tamte czasy, zupełnie bezprecedensowej.

Podróżnicy

kuratorka: Magdalena Moskalewicz, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, do 21 sierpnia 2016

Gdy cztery lata temu Radek Szlaga i Honza Zamojski wsiedli na statek towarowy, by przepłynąć nim na drugą stronę oceanu, do Nowego Jorku, nawiązując do podróży przez ocean Witolda Gombrowicza (który jednak płynął gdzie indziej), zamierzali chyba zdekonstruować kolejny romantyczny mit. Odcięci od świata, zamknięci w niewielkiej kajucie, narzekający na brak rozrywek i serwowane marynarzom posiłki, skazali się na nudę. Może dlatego, że był to właściwie ich kaprys. Jechali na targi sztuki Frieze, gdzie pokazali dokumentację swej podróży, zrekonstruowaną w Zachęcie – z piętrowym łóżkiem, filmem wideo, na którym grają w koszykówkę, i zdjęciami nagich dziewczyn, za którymi mieli tak tęsknić. Nuda. Artyści (i kuratorzy) łatwo zapominają o swoim uprzywilejowaniu.

Buty i walizki

Coś jednak jest na rzeczy. Nieprzypadkowo dwudziestą piątą rocznicę upadku komunizmu w Polsce świętowaliśmy wycieczką – nagłośnioną medialnie akcją Pawła Althamera, który przebrał ponad setkę sąsiadów z Bródna w złote kombinezony i zabrał ich na wycieczkę złotym samolotem do Brukseli. Swoboda poruszania się po Europie to jedno z największych osiągnięć ostatnich dekad, dziś już tak oczywiste, że trudno wyobrazić sobie granice wewnątrz Unii Europejskiej. Ale wystarczy stanąć w kolejce po wizę w ambasadzie amerykańskiej, by przypomnieć sobie, że są paszporty równe i równiejsze.

Widoki wystawy / fot. M. Krzyżanek

Wystawa podejmuje jednak tak wiele wątków związanych ze zmianą miejsca pobytu, że gubi się jej myśl przewodnia. Bo jak się ma turysta do emigranta zarobkowego? Jak się ma podróżujący artysta do tysięcy Afrykańczyków, którzy próbując przedostać się do Europy, ryzykują życie? I do kogo właściwie odnosi się tytuł wystawy – do artystów czy do bohaterów ich prac?

Oto w jednej sali oglądamy Gilewicza pracującego przy palecie w różnych punktach świata, by kilka kroków dalej natknąć się na buty zebrane na plaży na Lampedusie, z których Sisley Xhafa ułożył kształt łodzi. Tu trącąca romantyzmem kategoria podróżnika okaże się niewłaściwa, nietaktowna. Czym innym jest wyjazd na wakacje, nawet bardzo artystyczne, a czym innym uchodzenie przed wojną i śmiercią. Notabene, Xhafa w naiwnym odgrywaniu współczucia prześcignął nawet niesmaczny gest Ai WeiWeia na festiwalu filmowym w Berlinie na początku roku, gdy chiński artysta poprosił zgromadzonych na gali celebrytów, by założywszy złote koce termiczne, zrobili sobie selfie.

Polacy i obywatele innych krajów byłego bloku wschodniego w przyspieszonym tempie weszli do elitarnego klubu, ale równie szybko uznali, że im się to po prostu należy. Gdy Zachęta pochwaliła się pracą Xhafa na Facebooku, posypały się komentarze tradycyjnie towarzyszące materiałom o uchodźcach, z których najwięcej lajków zdobyła sugestia zbudowania pracy z porwanych bluzek ofiar molestowania i gwałtów, „których sprawcami są imigranci ekonomiczni”. Inny internauta komentował: „Wyślę im te buty kurierem na własny koszt, ale niech po nie nie przychodzą”.

My, Wschodnioeuropejczycy

Te komentarze więcej mówią o kondycji Europy Środkowo-Wschodniej, do której geograficznie ograniczono wystawę, niż wszystkie te prace razem wzięte. Wystawa sprowadza się do dosyć banalnych konstatacji: że podróżować możemy, a kiedyś nie mogliśmy, że jeździmy w ciepłe kraje, że lubimy, jak jest egzotycznie. Jest pociąg, statek i autobus, i wspomniana łódka uchodźców. Są tu też ograne motywy – walizki, tym razem sprowadzone do szkieletów (Pravdoliub Ivanov), czy trudne do zdobycia dokumenty podróży, tym razem haftowane przez Timeę Anitę Oravecz.  I co jakiś czas palma w doniczce jako dekoracja, by było jeszcze bardziej jak na wczasach. Bo przecież podróżujemy, są wakacje. A jako kontrapunkt – film Olgi Czernyszewy, skądinąd świetny, w którym kamera przechodzi przez dosyć ponury rosyjski pociąg. W tym kontekście ta szarobura Rosja też jest na swój sposób egzotyczna, no, i nie odbiega od stereotypów.

Widoki wystawy / fot. M. Krzyżanek

Metaforą zamknięcia za żelazną kurtyną w czasach komunizmu jest zabawny film Adéli Babanovej o czechosłowackim pomyśle przebicia tunelu nad Adriatyk. Bo co morze, to morze. W tym czasie Korze marzyło się, by „jeszcze raz pojechać do Europy lub – jeszcze lepiej – do Buenos Aires”, bo „podróżować jest bosko”. Dlatego pewnie oglądając wystawę, miałem wciąż z tyłu głowy „Pomnik bez paszportu” duetu KwieKulik. Więcej niż z wielu prac na „Podróżnikach” wyniosłem z filmu Anny Jermolaewej o jej ucieczce ze Związku Radzieckiego, przez Polskę i przy pomocy pewnej krakowianki, do Austrii, który oglądałem kilka miesięcy temu na jej indywidualnej wystawie w Zachęcie.

W 2000 roku Roman Ondak wyszukał wśród swoich rodaków, Słowaków, tych, którzy z zasady nie podróżują, bo u siebie czują się najlepiej, i sfotografował ich w ich naturalnych habitatach. Tutaj wprawdzie stanowią po prostu pewną kategorię w katalogu „podróżniczych” postaw, od turysty, przez uchodźcę, po antypodróżnika, ale przy okazji zdejmują napięcie z całego przedsięwzięcia.

Kuratorce Magdalenie Moskalewicz nie udało się też wydobyć niczego specyficznie środkowoeuropejskiego, co dotyczyłoby czasów nam bliższych. Stwierdza ona w tekście wprowadzającym do wystawy, że chętnie podróżujemy, co pokazuje na wystawie wykres uszyty z kolorowych tkanin przez Irinę Korinę, chętnie emigrujemy w poszukiwaniu lepszej pracy (po rozszerzeniu Unii z Polski wyjechało dwa miliony osób), ale sami czujemy strach przed obcymi. Ale wykres Koriny mówi coś jeszcze – jedna trzecia Polaków spędza wakacje w kraju, a jedna trzecia w ogóle nigdzie nie wyjeżdża. Dlatego, że nie chcą, jak bohaterowie pracy Ondaka? Nie. Dlatego, że ich na to nie stać. O tym wystawa milczy – a przecież podróżowanie i w ogóle globalna mobilność to przywilej lepiej sytuowanych. Krótko mówiąc, skupiając się na geografii, wystawa ignoruje podziały klasowe i nierówności społeczne.

1. Wojciech Gilewicz, Painter’s Painting, 2015, kadr wideo, dzięki uprzejmości artysty. 2. Olga Czernyszewa, Pociąg, 2003, kadr wideo, dzięki uprzejmości artystki.

Produkt eksportowy

Pomysł wysłania „Halki” Moniuszki do wioski Cazale na Haiti, gdzie kiedyś osiedlili się polscy żołnierze z legionów napoleońskich, też wydaje się wpisywać w narrację tego elitarnego klubu, do którego od kilkunastu lat należymy. Albo do którego aspirowaliśmy przed wojną, gdy wielu Polakom marzyła się kolonia na Madagaskarze.

Gdy oglądałem „Halkę/Haiti” rok temu w Wenecji, miałem przede wszystkim wrażenie, że autorom nie udało się przełamać kolonialnej sytuacji całego przedsięwzięcia. Oto przedstawiciele kraju zachodniego przyjeżdżają do jednego z najbiedniejszych państw na świecie, zniszczonego kilka lat temu trzęsieniem ziemi, przywożąc własną kulturę, totalnie Haitańczykom obcą i niezrozumiałą, zupełnie niepotrzebną – operę w obcym języku, nawet jeśli mówili nim przodkowie niektórych z nich sprzed kilkuset lat. To nie mieszkańcy Cazale byli odbiorcami tego przedstawienia. Posłużyli za czarnoskóry sztafaż dla tysięcy zwiedzających weneckie Giardini, których było stać na wycieczkę do Wenecji.

Po roku w  Zachęcie oglądałem „Halkę/Haiti” dodatkowo jak karykaturę zapowiadanych zmian w promocji kultury polskiej za granicą. Nowi decydenci chcą przecież serwować (głównie Polakom mieszkającym za granicą) to, co najbardziej polskie. A co jest bardziej polskie niż Moniuszko? Film pokazuje zresztą efekty takiej polityki – nikogo ta „Halka” nie obchodzi, zwłaszcza kozy przywiązanej do słupa.

Myślę, że wystawa rozpadła się już na poziomie koncepcyjnym. Kuratorka Magdalena Moskalewicz zbyt wiele chciała wrzucić do jednego worka, zbyt szeroko zdefiniowała podróżowanie – po prostu jako przemieszczanie się z miejsca w miejsce – podobnie traktując turystykę, migrację zarobkową i uchodźctwo. Niewiele wynikło też z jej skupienia na byłym bloku wschodnim. „Podróżnicy” nie wypalą też jako pomysł na obudowanie pracy Malinowskiej i C.T. Jaspera – nie ma tu prawie innych prac o stykach kulturowych. Nie na podróży przecież polegała istota ich filmu. „Podróżnicy” przypominają jednak, że podróżowanie to przywilej. I że nie jest nam dany raz na zawsze.