Zapętlenie

Karol Sienkiewicz

Pierwsza retrospektywna wystawa Anny Zaradny, „Rondo znaczy koło”, zamienia się w przestrzenny, wizualno-dźwiękowy koncert rozpisany na piętro Bunkra Sztuki

Zapętlenie

Jeszcze 2 minuty czytania

Zapętlenie

„Rondo znaczy koło” – od tych słów mogłaby się zaczynać definicja ronda, formy muzycznej. Klasyczne rondo, u Haydna czy Mozarta, miało strukturę ABACABA. Abacaba, brzmi ładnie, prawie jak abrakadabra. Forma muzyczna i figura geometryczna wyznaczają podstawowe koordynaty wystawy Anny Zaradny.

Zaradny należy do grona artystów działających na styku muzyki współczesnej i sztuk wizualnych – czy po prostu artystów sound artu. Na obu polach czuje się równie dobrze. Jeśli ktoś nie słyszał, jak Zaradny gra na liściach roślin doniczkowych, niech żałuje. Jest mistrzynią improwizacji, tymczasem jej wystawa „Rondo znaczy koło” w krakowskim Bunkrze Sztuki, pierwsza tak obszerna w jej dorobku, jest szczegółowo zaplanowana i przemyślana w każdym detalu. Zaradny komponuje ją jak przestrzenny koncert, w którym wykorzystuje dźwięki, światło, obraz, obiekty, a wszystko to wpisuje w zastaną architekturę. W przewodniku po wystawie za eksplikacje wystarczają rzucane hasłowo wyjaśnienia. Na przykład: „emocjonalny rytuał, cielesność, wyczerpanie, destrukcja”. Albo: „ruch, narastanie, nakładanie”, „melodia stała oraz dźwięki dokomponowane”, „cykliczność, równowaga, upływ czasu”.

Anna Zaradny, „Rondo znaczy koło”

Kuratorka: Anna Lebensztejn, Bunkier Sztuki, Kraków, do 11 grudnia 2016.

Pojawiają się tu odniesienia do średniowiecznej mistyczki, awangardowych kompozytorów, a nawet projektantki samego Bunkra, Krystyny Tołłoczko-Różyckiej. Galeria od jakiegoś czasu analizuje swoją historię oraz bada budynek, w którym się mieści. Pewnie dlatego, że zamierza go wkrótce przebudować. Konkurs architektoniczny na przebudowę wygrał niedawno Robert Konieczny. Tymczasem z każdą wystawą Bunkier wydaje się coraz bardziej rozmontowywany od środka. Robi to też Zaradny – przebija dziury w ścianach (oczywiście w kształcie koła), pozostawiając po sobie kurz i pył.

Chóry anielskie

Nie po raz pierwszy w twórczości Zaradny powraca postać Hildegardy z Bingen. Koncepcję średniowiecznej teolożki i wizjonerki, ale też kompozytorki (święta Hildegarda wierzyła, że muzyka jest wspomnieniem raju) Zaradny przekłada na instrument-instalację. To rodzaj mandali złożonej z dziewięciu kręgów niewielkich okrągłych głośników zawieszonych w przestrzeni, odpowiadających kręgom chórów anielskich z wizji mistyczki. W ilustrowanych manuskryptach przedstawiano je na kolistych rysunkach. Największy z głośników, pośrodku, niczym serce nadaje ton pulsującym, abstrakcyjnym dźwiękom. U Hildegardy była to pustka. Samego Boga obrazować nie należy.

Widoki wystawy / Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki, 2016, fot. Studio FilmLOVE

Tę samą mandalę Zaradny odtworzyła, wiercąc okrągłe otwory w ścianie. Wydobywa się z nich światło. Gdzieś pomiędzy światło z jednej mandali zlewa się z dźwiękiem z drugiej. Jak w gotyckiej katedrze, w której dźwięki organów współgrały z kolorowymi zajączkami z witraży. Hildegarda z Bingen twierdziła, że wysokie tony potrafią oślepiać, a światło, blask – ogłuszać. No i że doświadczyła Boga wszystkimi pięcioma zmysłami. Ta synestezyjna formuła mogłaby stanowić motto dla całej wystawy.

Wystawa się zapętla. Świetlista mandala przechodzi w koło, koło w muzyczne rondo. Dźwięki zlewają się ze światłem. Ale jest tu jeszcze coś ważnego – ciało. Chociażby ciało artystki, która podczas otwarcia wykonała sugestywny performans. Trzymając kredę w dłoniach, Zaradny stanęła przed czarną ścianą i rozpościerając ręce, odrysowywała rękoma koło. Zamieniła się w cielesny cyrkiel, a trochę w słynnego człowieka witruwiańskiego Leonarda, wpisanego jednocześnie w kwadrat i koło. Jej rysunek odpowiada jednak jej gestom, ekspresyjnym, nierównym, nerwicowym. Tu liczy się siła wyrazu, ślad ciała. Jakby ciało nie dawało się do końca wpisać w geometryczną logikę, narzuconą sobie przez artystkę na wystawie.

Zanim jednak zaczniemy się wgłębiać w liczne konteksty i odniesienia, polecałbym doświadczyć tej wystawy na poziomie pozaintelektualnym, bez tej mistycznej i konceptualnej gry, na poziomie czysto zmysłowym. Może nawet z zamkniętymi oczami. Pozwolić się wodzić dźwiękom, raz świdrującym, raz delikatnym, nakładającym się na siebie.

Powidoki

Trzy kręgi – mandala dźwięków, mandala światła i rondo cielesnych ruchów – znajdują się w pierwszej, pogrążonej w ciemności części wystawy. Tu Zaradny pomalowała wszystkie ściany na czarno. Druga część zmienia się w zależności od pory dnia i aury na zewnątrz. Tu jakiś czas temu odsłonięto wstęgowe okna zaprojektowane dla pawilonu wystawowego przez Tołłoczko-Różycką. Rano salę oświetlają wpadające prosto do wnętrza promienie słoneczne, czasami na ścianach pojawiają się tańczące powidoki liści drzew z krakowskich Plant, a w drugiej połowie dnia panuje tu delikatny, wieczorny mrok. Ten sam rytm, od wschodu do zachodu słońca, oddaje audiowizualna kompozycja – na ścianie pojawiają się i znikają dwa świetlne okręgi. Obraz jest jednocześnie partyturą utworu.

Obok na ścianie awangardową notację muzyczną Zaradny wymieszała z architektonicznymi planami Bunkra, multiplikując i nakładając je na siebie w kolistym kolażu. Zamieniają się one w tajemniczą mapę wszechświata. Jakby artystka szukała punktu, w którym stykają się równoległe światy.

Obiekty i filmy od razu budzą jednak szereg skojarzeń z historii sztuki i muzyki. Instalacja zbudowana ze zdjęć na szkle przypomina „Studium przestrzeni” Wojciecha Fangora i Wojciecha Zamecznika z 1958 roku. Tyle że tu Zaradny użyła zdjęć świetlnej kuli wykonanych podczas koncertu Karlheinza Stockhausena „Kosmiczne pulsy” w ramach festiwalu Warszawska Jesień w 2008 roku. Wideo „Punctus contra punctum” wyświetlane jednocześnie z dwóch rzutników zdaje się naśladować eksperymenty fotograficzne z plakatów Warszawskiej Jesieni projektowanych przez Wojciecha Zamecznika. W tunelu z betonowych kręgów wiszących tuż nad podłogą, schylając się, można podejrzeć dyrygującego Witolda Lutosławskiego. Z nagrania koncertu Zaradny wycięła tylko te fragmenty, w których widać samego dyrygenta. Taki montaż nawiązuje do wykorzystywanej przez Lutosławskiego techniki kompozytorskiej, aleatoryzmu kontrolowanego, polegającej na rezygnacji z podziału metrycznego identycznego dla wszystkich wykonawców. Pozostał sam gest dyrygenta.

Widoki wystawy / Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki, 2016, fot. Studio FilmLOVE

Tunel

Warsztat artystki-kompozytorki zamienia się w laboratorium alchemika poszukującego kamienia filozoficznego. Po pewnym czasie liczne odniesienia i nawiązania (Stockhausen czy Lutosławski) przestają mieć znaczenie, podobnie jak subtelne sugestie interpretacyjne podszeptywane przez artystkę. Nie mają też znaczenia poszczególne utwory czy ścieżki dźwiękowe. Zlewają się bowiem w jedną dźwiękową przestrzeń. Dźwięki zdają się wręcz śledzić moje ruchu, a czasem przyciągają jak magnes do poszczególnych punktów wystawy.

Jak terkoczący głośnik w rogu sali, ustawiony podobnie do koła garncarskiego. Na jego membranie Zaradny rozlała tzw. płyn nienewtonowski, który podskakując, tworzy zmienne, płynne formy. Można się w to wpatrywać w nieskończoność. Kiedyś interesowało ją, jak zachowuje się płyn w zależności od muzyki płynącej z głośnika. Ale kogo obchodzą te eksperymenty, skoro efekt jest tak ambarasujący – wydaje się, jakby rodziło się tu jakieś nowe życie.

Ale to nie wszystko. Życie też musi znaleźć swe ujście, zapętlić się. Wąska spiralna klatka schodowa zamykająca wystawę została przez Zaradny pomalowana na czarno i oświetlona od dołu silnym reflektorem. Gdy spojrzy się w dół, ma się wrażenie wpadania do niekończącej się studni. Jak Alicja. Z tyłu głowy jakiś głos podpowiada: „Idź do światła!”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons CC-BY-NC-ND.