Przepowiednie
Grzegorz Drozd, „Orgia”, 2014, ceramika

Przepowiednie

Karol Sienkiewicz

Grzegorz Drozd, artysta zamknięty w szklanej pułapce, ogłasza kapitulację galerii, konkretnie – Centrum Sztuki Współczesnej. Gdzieś w szczelinach zamkowych murów zapisana jest przyszłość

Jeszcze 3 minuty czytania

Na wystawie „Zmory” Grzegorza Drozda w Zamku Ujazdowskim nie wszystko układa się w spójną układankę, ale łatwo prześledzić wątki snute przez artystę. Na początek dość powiedzieć, że „Zmory” rozciągają się między PRL-em i bliżej nieokreślonymi wyspami szczęśliwymi. Punktem wyjścia są nostalgia, czy to w czasie, czy to w przestrzeni, i rzeczywiste wyprawy odbywane przez artystę w Azji. Drozd wprawdzie zdaje po części relację ze swych egzotycznych podróży (Tajlandia, Filipiny), ale bierze też na warsztat Polskę, z jej historią i bagażem, którego nie da się zgubić nawet w tropikach. Na wystawie nie odnajdziemy nic z klimatu National Geographic. Artysta zabiera nas na wycieczkę po zamieszkujących nasze umysły fantazjach. I co jakiś czas sprowadza nas na ziemię.

To duża i dosyć gęsta wystawa. Malarstwo, metaloplastyka, filmy podróżnicze. Gdzieniegdzie pisane luźno teksty wskazują na główne motywy i próbują prowadzić widza przez ten dziwny świat, ale nie narzucają jednoznacznych interpretacji.

Grzegorz Drozd, „Zmory”

kurator: Stach Szabłowski, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa, do 30 sierpnia 2014

Wystawa zaczyna się jednak na zewnątrz. Wokół głównego wejścia do Zamku Drozd postawił ozdobny płot z bramą i furtką. Powtarza się tu motyw tarczy słonecznej w aureoli różnobarwnych promieni. By wejść do budynku, trzeba zadzwonić domofonem. W środku rozlega się wtedy dźwięk dzwonka. Bardziej sprytni wejdą sposobem – wyciągając rękę przez szparę i otwierając sobie od drugiej strony. Na piętrze CSW, ze specjalnie zbudowanej ambony co jakiś czas wygłaszane są teksty artysty. Dopiero dalej wchodzimy na właściwą ekspozycję.

Kryzysowe ekspedycje

Zamek Ujazdowski to instytucja w kryzysie i Drozd umiejętnie wykorzystuje ten aspekt zastanej sytuacji. Niemal od momentu, gdy kilka lat temu szefem CSW został Fabio Cavallucci, toczyła się tu cicha rewolucja. Z czasem przybrała formę otwartej konfrontacji dyrektora i jego pracowników, która odbywała się m.in. na specjalnie zwoływanych konferencjach prasowych. Główne zarzuty załogi dotyczyły niedemokratycznych form zarządzania i niegospodarności włoskiego pryncypała. Cavallucci zachowywał zimną krew i pozostawał oazą spokoju, chociaż wyraźnie tracił władzę. Zamkowe sale przez jakiś czas okupował w tym roku Winter Holidays Camp, grupa twórców zaproszonych przez Artur Żmijewskiego. Starali się wygonić z Zamku złe duchy i wprowadzić bardziej demokratyczny klimat. Minister Zdrojewski nie przedłużył Cavallucciemu kontraktu o następną kadencję i ogłosił konkurs na nowego dyrektora. Włoch mógł się zacząć pakować. Drozd zauważył, że w sytuacji kryzysu i bezkrólewia może sobie pozwolić na więcej. Kuratorem jego wystawy jest Stach Szabłowski, który był jedną z twarzy pracowniczego protestu przeciwko Cavallucciemu.

O kryzysie CSW mówiło się jednak długo zanim na Zamku pojawił się włoski dyrektor. Instytucji wytykano zahibernowanie i swoistą implozję. Zjadające własny ogon CSW traciło nie tylko poparcie środowiska artystycznego, ale też widzów. Teraz widzowie, chcąc wejść na wystawy, muszą pokonać kolejną przeszkodę. Drozd wymaga od każdego z nich, by się w Zamku zaanonsował. Chce, by każdego wpuszczano indywidualnie. Jego brama jest jak punkt kontrolny, jak ostrzeżenie – ma tu miejsce kwarantanna. Kolejne odczynianie.

Wystawie przyświeca symbol dłoni z rozrysowanymi różnymi kolorami liniami papilarnymi, z których wróży się przyszłość. Artysta umieścił go nawet nad bramą wejściową i w kilku innych miejscach. O „chiromancje i horoskopy” pytał Korę „pan dziennikarz” w piosence Maanamu, ona jednak wracała wciąż do swego „boskiego Buenos”. Grzegorz Drozd obiera inny kierunek, a za nim my. Gdzieś w stronę trudnych do znalezienia na mapie miejsc zamieszkiwanych przez tytułowe „Zmory”. Prosimy zapiąć pasy.

Nie patrz w oczy

Tuż przy wejściu na wystawę rzuca się w oczy niewielki kolorowy obraz hommage à Edvard Munch – twarz dziewczynki rozdziera krzyk, z racji na medium – niemy. Czy właśnie przebudziła się ze złego snu? Rozdziawiona buzia zaprasza do wnętrza króliczej jamy. Strach w jej oczach przed tym przestrzega.

Przez moment jest jeszcze po polsku, ale już niezwyczajnie. Oto reminiscencje z nieodległej przeszłości przechodzą w szpital dla obłąkanych. Seria odlanych w gipsie logotypów spółdzielni z czasów peerelowskich przegląda się w cyklu zakorzenionych w polskich umysłach obrazków zespawanych z metalu i nałożonych na jednolite tła koloru szkolnych czy szpitalnych lamperii. Są tu ślubne monidło, maszerujące wojsko, Jaruzelski w telewizorze, model rodziny dwa plus trzy, wreszcie – zbuntowane (sądząc po pokaźnym irokezie) latorośle. Jak kartki z albumu rodzinnego dzisiejszych czterdziesto- czy pięćdziesięciolatków. Obok, wokół ścian baszty dwanaście niewielkich obrazów z cyklu „Kalendarz” ukazuje znajome peerelowskie scenki. Na podłodze Drozd rozrysował w okręgu znaki zodiaku. Dalej niby-szpitalny sprzęt. Ni to łóżko, ni to rzeźba. Lilipucia figurka artysty w piżamie, zamknięta w odwróconym do góry dnem akwarium, przylgnęła do szyby i próbuje rozglądać się wokół. Wariatkowo w pełni.

Mało? To co powiecie na dwie identyczne sowy, z piórami z marmurowych odłamków, które ustawione w sporej odległości od siebie przeszywają się nawzajem laserowym wzrokiem? Oko w oko – dwie strużki czerwieni przecinają sale wystawowe. „Nie patrz sowom w oczy!”, lojalnie ostrzega galeria. Kilka kroków i przenosimy się w tropiki.

Bananowce

Bo dalej królują błękity i bardziej zdecydowane barwy. Obrazy jak zdjęcia z folderów biur podróży. Kusi ciepłe morze, gorący piasek parzy stopy, nad głową rozpościera się kojąco bezchmurne niebo. Wakacyjnie. Jeszcze tylko widok z lotu ptaka na kilka atoli i krótki wypad pod powierzchnię wody – na rafę koralową w ślad za morskim żółwiem.

Te iście rajskie obrazki na innych płótnach Drozda coś zakłóca. Para oglądająca zachód słońca na plaży zdaje się nie zauważać kolorowego stwora, przypominającego rozrośniętą ośmiornicę, który oplótł coś na kształt drzewa. Barwna forma zakryła przybrzeżną skałę. Zjawa z innego obrazu płynie łódką na spotkanie księżyca w pełni. Gdzie indziej, w mrocznym, spływającym brunatnymi barwami postkatastroficznym krajobrazie pojawia się „Portret wielokrotny” Aliny Szapocznikow, cytat z historii sztuki.

Przez kilka sal ciągnie się podwieszony u sufitu sznur z nanizanymi muszelkami. Drozd zamówił go u sprzedawców taniej morskiej biżuterii z Filipin, którzy próbowali namówić go na zakup naszyjnika. Pamiątki komponuje więc sam, np. tworzy prosty rysunek na wyschniętym liściu bananowca („Ludzie z Marikobanu”). W progu jednego z pomieszczeń stoją zaś dwie figury. Obie przypominają obiekty z muzeum etnograficznego. Tyle że jedną artysta wykonał sam z liści bananowca – może pomylić się z maskami z wysp Oceanii. Druga została zaś odkopana w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, gdzie przeleżała zapomniana w ziemi przez kilkadziesiąt lat. Rozpoznaje się w niej figurę kobiety, ale trudno dziś stwierdzić, co symbolizuje czy kogo przedstawia. Wygląda równie tajemniczo.

Nowa kartografia

Artysta wcześnie ujawnia, że ta wyprawa nie rządzi się żadną encyklopedyczną geografią. O ile szkolna mapa Polski (na płótnie, zwijana i zawiązywana na wstążki) jest tylko postawiona na głowie, o tyle ogromny globus nie przypomina niczego, z czym mieliśmy do czynienia w szkole. Układy błękitów, zieleni i oranży tworzą niekończący się archipelag mniejszych lub większych wysp, obejmujący cały glob. Ta nowa kartografia powstała przez odrapanie farby na powierzchni globusa, namalowanego wcześniej. Drozda interesują ukryte pod spodem pokłady.

Cykl pasteli prezentowany w drugiej z baszt powstał na arkuszach papieru ściernego. Przedstawia pary i grupy osób w co najmniej seksualnych sytuacjach. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że artysta wzorował się tu na pornografii, nie zawsze hetero. Oszczędzę opisu konstelacji, ale ważne, że ciała składają się z plam barwnych, jakbyśmy je oglądali przez filtr wrażliwy na temperaturę. Ramki, w które zostały oprawione te prace, artysta najwyraźniej też wytarł papierem ściernym. Jedną z możliwych kulminacji wystawy jest więc orgia, erotyczne tarcie albo kolejne misteria.

„Chiromancje i horoskopy”, którymi przesiąknięta jest wystawa, odwołują do wiedzy tajemnej, ale wydaje się, że takiej czerpanej z tygodników z programem telewizyjnym. Uzupełniają ją dwa „ciała astralne”, słońce i księżyc. Słońce powstało z drutu skręconego w ogromną spiralę i pokrytego rdzą. Artysta zachęca widzów, by używając skrawków papieru ściernego, nadali słońcu blask. Księżyc, w innym, ciemnym pomieszczeniu, świeci odbitym blaskiem.

Grzegorz Drozd, „Huj”, 2010

Bergamuty

Gdy otwierała się wystawa Drozda, przyszłość CSW była jeszcze jednym wielkim znakiem zapytania. W konkursowe szranki stanęli kandydaci i kandydatki z Polski i zagranicy, ale ostateczna rozgrywka odbyła się między Małgorzatą Ludwisiak, wicedyrektorką Muzeum Sztuki w Łodzi, oraz Adamem Mazurem, redaktorem naczelnym magazynu o sztuce „Szum”. Mazur był kandydatem oficjalnie popieranym przez pracowników CSW. Instytucję znał od poszewki, pracował tam przez lata, a jego kandydaturę legitymizował fakt, że jako pierwszy zgłosił weto Cavallucciemu i odszedł z Zamku.

Jak wynika z materiałów upublicznionych przez Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej (reprezentant OFSW, Artur Żmijewski, zasiadał w komisji konkursowej), Ludwisiak i Mazur mieli odmienne koncepcje przyszłości Zamku. Mazur stawiał na bliską współpracę między artystami i zamkowymi kuratorami, a CSW widział przede wszystkim jako przestrzeń artystycznego eksperymentu – nie tylko miejsce, w którym pokazuje się sztukę, ale miejsce, w którym sztuka powstaje. W koncepcji Mazura Zamek nie musiałby konkurować z innymi warszawskimi instytucjami, MSN-em czy Zachętą. Ludwisiak narzucała CSW bardziej globalną perspektywę, a polskiej sztuce stawiała niemal imperialne wyzwania (marzenie o sztuce chińskiej inspirowanej polską), próbując jednocześnie przenosić doświadczenie Muzeum Sztuki w Łodzi do CSW – rozwiązanie kryzysu i zamkowych konfliktów widziała w procedurach. Wizję programową instytucji rozrysowywała zaś za pomocą akademickich haseł.

Na początku czerwca ogłoszono zwyciężczynię. Jestem przekonany, że – niezależnie od innych kryteriów, jakimi kierowało się jury – kandydatura Ludwisiak musiała się wydawać rozwiązaniem bezpieczniejszym. Cokolwiek kryje się pod hasłem „sztuki globalnej”, któremu nowa dyrektor chce podporządkować program CSW, Drozd ze swą egzotyczną tematyką trafił w dziesiątkę. Ale konkurs trwał jeszcze w najlepsze, gdy artysta otwierając wystawę „Zmory”, na jednej z zamkowych fasad wywiesił ogromną białą flagę. Oczyszczające atmosferę poddanie, mimo barykady z dodatkowego ogrodzenia.

Twarde lądowanie

„Zmory” nie okazują się takie straszne, jak sugeruje tytuł. Może artyście czasami przyśniło się coś złego, ale klimat jest zdecydowanie urlopowy. Plaży przynależą też halucynogenne rośliny i powiększone lufki do palenia zioła – skala czasami zaburza się jak w podróżach Guliwera. Jeśli Drozd próbował odgadywać przyszłość CSW, trudno powiedzieć, co wyczytał z fusów. Zamkowi śnią się jednak koszmary – instytucjonalna kapitulacja. Po przebudzeniu, wizja nowej gospodyni na Zamku przynosi jakąś nadzieję. Idą zmiany. Pozostała biała flaga i pewnie kilka innych oznak słabości. Może nawet jakieś echa omamów.

Drozd uwodzi widzów egzotyką i otwartą kpiną z instytucji, w której wystawia. Ale przedziera się też do głębszych warstw i czasem aż strach trzeć dalej. I gdy już zapomnimy się w tym świecie, budzi nas dźwięk dzwonka. Czy to wezwanie na odczyt z ambony, czy to kolejny widz dobija się, by wejść na wystawę? Pracownicy CSW grzecznie uchylają mu furtki. A planety szaleją, szaleją, szaleją…