Zapodziana awangarda
fot. Bartosz Cygan

9 minut czytania

/ Sztuka

Zapodziana awangarda

Karol Sienkiewicz

Wystawa „Potęga awangardy” w Muzeum Narodowym w Krakowie miała być jednym z najważniejszych wydarzeń Roku Awangardy, a ukazuje jedynie muzealną impotencję

Jeszcze 2 minuty czytania

Rok Awangardy przypomina o sobie raz na jakiś czas. Wspólna inicjatywa Muzeum Sztuki w Łodzi oraz Muzeów Narodowych w Krakowie i Warszawie zaczęła się od falstartu – niewielkiej wystawy wątków religijnych w sztuce formistów w Pałacu Prezydenckim w Warszawie. Sam prezydent Andrzej Duda objął Rok Awangardy swoim patronatem. Inauguracją przedsięwzięcia z prawdziwego zdarzenia była wystawa „Superorganizm” w Muzeum Sztuki w Łodzi, dopracowana merytorycznie, ze starannie dobranymi, nie zawsze oczywistymi pracami wypożyczonymi z kolekcji z całego świata. Właśnie otworzyła się wystawa Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego, przygotowana przez łódzkie muzeum w Madrycie. Inne inicjatywy, które podpięły się pod Rok Awangardy, na razie przechodzą bez większego echa. W Krakowie mamy zaś klops.

Miałem nadzieję, że Rok Awangardy zaowocuje dyskusją o współczesnym modelu polskiej modernizacji. Dyrektorzy trzech instytucji, które za nim stoją, od początku mówili różnymi, wręcz sprzecznymi głosami. Gdy Andrzej Szczerski, wicedyrektor MNK, podkreślał lokalne, polskie aspekty modernizacji, Jarosław Suchan kierujący Muzeum Sztuki w Łodzi chciał poszerzać pojęcie dziedzictwa narodowego oraz wskazywał na kosmopolityczne i transnarodowe aspekty awangardy (co widać na łódzkich wystawach).

Potęga awangardy

kuratorzy: Magdalena Czubińska, Andrzej Szczerski, Muzeum Narodowe w Krakowie, do 28 maja 2017.

Tymczasem otwarta hucznie „Potęga awangardy” w Krakowie pozbawiona jest jakiejkolwiek tezy. Jeśli ktoś liczył na dyskusję, zawiedzie się. Ta wystawa to wydmuszka, legitymizowana współpracą z prestiżową zagraniczną instytucją, brukselskim Bozar, skąd ją wypożyczono. Jednak krakowska „Potęga…” ma z brukselskim oryginałem niewiele wspólnego.

Na różowo

By jednak choć pobieżnie przeanalizować tę wystawę, najpierw trzeba przyzwyczaić oko do jej szalonej scenografii. Kamienica Szołayskich, jedna z licznych placówek MNK, w której wystawę zorganizowano, nie jest dla niej miejscem najszczęśliwszym. To dosyć ciasne wnętrza upstrzone historyczną dekoracją. Krakowscy muzealnicy zwrócili się więc o pomoc do projektantów Agaty Woźniczki i Mateusza Adamczyka, którzy w zeszłym roku projektowali główną ekspozycję festiwalu „Warszawa w budowie”. Dyrektor MNK Andrzej Betlej nazywa ich projekt „nieoczywistą scenografią”. Ja bym ją nazwał postmodernizmem rodem z witryn lumpeksów.

Dzieła wiszą na dyktach w kolorze pudrowego różu, przez niektórych zwanego majtkowym, zawsze „awangardowo” przekrzywionych, czasem układających się w większe kompozycje. Dla niektórych prac zbudowano skomplikowane konstrukcje – meble, ramy, podpórki. Rzeźby, m.in. Katarzyny Kobro, Marii Jaremy czy Aleksandra Archipienki, otrzymały specjalne różowe stołki. Dla niewyrobionego oka ta agresywna scenografia może wydawać się wręcz integralną częścią dzieł sztuki – tak potraktowano Marcela Broodthaersa. By lepiej doświetlić prace – bo wnętrza kamienicy pogrążone są w zakurzonym półmroku – w niektórych miejscach postawiono parasole fotograficzne, oczywiście na różowych podstawkach. A typografia tekstów umieszczonych na wystawie wygląda jakby dziecko bawiło się prostym programem graficznym na swym pierwszym pececie.

fot. Mateusz Szczypiński

Scenografia wystawy wydaje się z awangardy naśmiewać. Widzom serwuje się zaś kiczowaty oczopląs. Może gdzie indziej uszłoby to jako żart, ale to przecież wystawa poświęcona awangardzie. Awangardowi artyści chcieli wprowadzać nowoczesny ład i porządek w każdej dziedzinie życia. Zwłaszcza więc w salach, w których mowa jest o projektowaniu, Bauhausie, teoriach Katarzyny Kobro, ekspozycja zgrzyta.

Koncepcja i jej brak

Ta niedorzeczna oprawa wystawy skrywa inne nieudolności organizatorów. Wystawa promowana jest głośnymi nazwiskami. Ale jeśli ktoś liczy na to, że obejrzy w Krakowie arcydzieła awangardy, bardzo się myli. Niby jest Malewicz, ale tylko jego tyci rysunek i niewielki gwasz. Jest Mondrian, ale to zaledwie grafika wykonana wiele lat po śmierci malarza. A ilu ważnych artystów, w tym polskich, w tym krakowskich, tu nie ma!

W przestronnych salach Bozar wyglądało to zupełnie inaczej. Kurator Ulrich Bischoff zaprosił kilkunastu wybitnych współczesnych artystów. Każdy, wskazując na wybrane dzieło awangardowego artysty z początku XX wieku, pokazał własną pracę wchodzącą z nim w dialog. Na przykład Olafur Eliasson wskazał Archipenkę, a Luc Tuymans – Raymonda Duchampa-Villona. Te dialogi uzupełniały sale, gdzie kurator starał się dopowiadzieć obraz sztuki awangardowej. Struktura wystawy była skomplikowana, ale czytelna. Pytanie brzmiało: jakie relacje łączą sztukę współczesną z historyczną awangardą? Sam Bischoff pisał, że stworzony obraz sztuki awangardowej jest „fragmentarycznym przeglądem kanonu awangardy”.

Gdy brukselską „Potęgę awangardy” wzięli w swoje ręce Magdalena Czubińska i Andrzej Szczerski, kuratorzy z MNK, nastąpiła katastrofa. Do Krakowa przyjechała zaledwie część prac pokazywanych w Brukseli, i tych starszych, i tych współczesnych. Zbiór ten, zrywający większość dialogów, uzupełniono o prace polskich artystów z różnych dekad. W Krakowie poszczególne sale opisują dosyć arbitralne hasła, czasami awangardzie bliższe, czasami dalsze: „Utopia. Miasto przyszłości”, „Duchowość. Słowo. Komunikacja”, „Ekspresjonizm. Introspekcja”. Koncepcję Bischoffa zastąpiono brakiem jakiejkolwiek koncepcji.

Nieład

W paru zaledwie miejscach widać ślady pomysłu Bischoffa. Marijke van Warmerdam, holenderska artystka, pokazuje film – po torze narciarskim zjeżdża walizka, z której sama artystka wychodzi po przekroczeniu mety. Obok wyświetlany jest film, do sceny z którego artystka się odwołuje – wczesny dokument Roberta J. Flaherty’ego „Nanuk z północy” o życiu Inuitów. Ale co ma to wspólnego z awangardą? Trzy niewielkie obrazy Marlene Dumas, „Blondynka, brunetka i czarnoskóra”, przeglądają się w obrazie Edvarda Muncha, portrecie marszandki Käte Perls. W Krakowie jednak to zestawienie skwitowano hasłem „Akt. Konwencje” (chociaż sportretowana przez Muncha kobieta naga nie jest).

1. Piet Mondrian, Kompozycja D, 1932, Centre national des arts plastiques, Paryż; 2. Władysław Strzemiński „Kościół”, 1947, fot MNK 3.  Katarzyna Kobro „Akt dziewczęcy”, 1948, fot MNK 4. Fernand Léger, „Martwa natura z dzbankiem i lampą”, ok. 1951, Dar Jana i Suzanne Brzękowskich z Paryża, 1969, Muzeum Narodowe w Krakowie

Czasami dodając polskie prace, kuratorzy też zdawali się kreować dialogi. Modele wczesnych instalacji Moniki Sosnowskiej sąsiadują z obrazem László Moholy-Nagy, a na jednym z różowych stołków wspaniały „Akt dziewczyny” Katarzyny Kobro z 1948 roku zestawiono z książeczką artystyczną Małgorzaty Niespodziewanej-Rados, która stanowi rodzaj hołdu dla Kobro. Niestety miałki to dialog.

Zrujnowanie koncepcji Bischoffa każe zadać pytania: Co to ma jeszcze wspólnego z awangardą? Czego właściwie ta wystawa dotyczy? Dlaczego na wystawie witają nas prace Johna Baldessariego i Jeffa Walla (skądinąd rzadka okazja zobaczenia ich dzieł w Polsce)? Co z awangardą ma wspólnego Luc Tuymans? Dlaczego na wystawie o awangardzie oglądamy pracę Williama Kentridge’a zestawioną z blokami drzeworytniczymi Jerzego Panka z przełomu lat 50. i 60. (poza tym, że łączy je motyw konia)? Czytając w katalogu tekst Bischoffa o jego wystawie oraz tekst Czubińskiej o polskiej awangardzie, nie rozumiałem, jak mają się one do ekspozycji w kamienicy Szołayskich. On pisze bowiem o pracach, których w Krakowie nie ma, ona – o zjawiskach na wystawie niewidocznych.

Gdzie ta potęga

Andrzej Szczerski przy okazji znowu powtarza, że „nie ma sprzeczności między sztuką współczesną a tradycją narodową”, ale na wystawie nawet nie stara się tej relacji zilustrować. Dyrektor Betlej zadaje zaś pytanie: „Czym jest zatem potęga awangardy?”, by samemu uniknąć odpowiedzi. „Odpowiedź na to pytanie i ewaluację tego pojęcia zostawiamy widzom”, pisze. Podobnie czynią kuratorzy. Tyle że widzowie z tej wystawy nic nie wyniosą, żadnej opinii sobie nie wyrobią. Nie mają ku temu podstawy.

Wystawie nie pomógł ani galowy wernisaż, zorganizowany dla VIP-ów w Sukiennicach, ani Krzysztof Penderecki, którego utwór tam odegrano. Na pewno też nie pomogły jej rozdawane na wernisażu wypełnione helem balony, oczywiście różowe. A przecież krakowskie muzeum mogłoby uczcić stulecie awangardy wystawą tańszą i prostszą, bez ściemy – chociażby poświęconą krakowskiej awangardzie. Przecież wystawa, od której liczy się narodziny awangardy w Polsce, odbyła się właśnie w Krakowie w 1917. Tymczasem na „Potędze awangardy” nie ma ani formistów, ani pierwszej Grupy Krakowskiej. A wystawa to zaledwie dalekie echo „Potęgi awangardy” z Brukseli, jej szczątki, karykatura.