Tysiąc myśli na sekundę
Sharon Lockhart, Rudzienko, 2016

14 minut czytania

/ Sztuka

Tysiąc myśli na sekundę

Karol Sienkiewicz

Sharon Lockhart pokazuje właśnie nową odsłonę „Rudzienka” na wystawie w Fundacji Galerii Foksal. Czy to jednak dobry pomysł, by słynna amerykańska artystka reprezentowała Polskę na Biennale w Wenecji?

Jeszcze 4 minuty czytania

Na filmie Lockhart dominuje przyroda – bujne łąki obsypane chabrami, las, samotne drzewo przy polnej drodze, staw. Obrazy typowej polskiej wsi, ale w niezwykle starannie zaplanowanych, statycznych kadrach i długich ujęciach. Tu pojawiają się nastoletnie dziewczyny, już prawie kobiety, zazwyczaj w parach. Prowadzą rozmowy, chociaż nie zawsze je słyszymy. Relaksując się, leżąc w lesie, puszczając latawca. Gdy latawiec unosi się, ucieka z kadru. Spacerują, skaczą przez murek, dyskutują.

Niektóre sceny są jednak mniej oczywiste. Jedna z dziewczyn tańczy na leśnej drodze, nagle przerywa i ucieka. Albo cała grupa nagle wyskakuje zza wysokiej trawy. Parę widzimy, gdy przechadza się w dali z lewej na prawą stronę kadru i z prawej na lewą. Dyskutują o czymś, ale ich głosy zagłusza wiatr i śpiew drzew. Łączy je pewna intymność i może nawet jakaś tajemnica. Powolny rytm filmu nadaje mu powagi. Dziewczyny wydają się wręcz tworzyć jakiś swój własny, równoległy, zamknięty świat, jak w „Białej wstążce” Michaela Hanekego. Może coś knują? Po co chowają się w liściach drzew?

Między scenami pojawiają się zapisy dialogów, które przesuwają się po czarnym ekranie jak napisy końcowe filmu fabularnego. Niektóre z nich słyszymy w sfilmowanych scenach, inne nie. Sprawy wydawałoby się błahe mieszają się tu z wręcz filozoficznymi rozważaniami o życiu, wspomnienia z obawami o przyszłość, marzeniami. Rozmawiają o wolności, szumie morskich fal, o kurze ukradzionej od sąsiada, o odpowiedzialności za swoje czyny, o potrzebie własnego głosu, o dziarach, o muzyce. W lesie czy na łące znajdują wytchnienie: „Dobrze, że teraz możemy sobie poleżeć i posłuchać odgłosów”; „Można się wyciszyć”.

Sharon Lockhart, Rudzienko

Fundacja Galerii Foksal, Warszawa, do 17 grudnia 2016. 

Czasami jedynie można z tych dialogów wywnioskować, że może nie wszystko w życiu tych młodych kobiet potoczyło się dobrze. „To moja wina, że kończę tak, jak kończę”, stwierdza jedna z nich. Inna opowiada, że gdy przyjechała do ośrodka, początkowo nie mogła w nim znaleźć przyjaciół. Tym ośrodkiem, chociaż to w samym filmie nie pada, jest Młodzieżowy Ośrodek Socjoterapii w Rudzienku. Film „Rudzienko”, dzieło Sharon Lockhart, amerykańskiej artystki, jest właśnie pokazywany w Fundacji Galerii Foksal.

Poza filmem jest tu też kilka zdjęć z dziewczynami z ośrodka – też tajemniczych, w nocy, w lesie, nie widać ich twarzy. A na klatce schodowej galerii roznosi się wiersz jednej z nich, Andżeliki Szczepańskiej:

A ja – tysiąc myśli na sekundę,
serce bije jak szalone.
Miłość moja została zakopana żywcem.
Tylko łzy, które spływają mi po policzkach,
przypominają mi o tobie.

 Sharon Lockhart When You're Free, You Run in the Dark, Bula, 2016, odbitka barwna / dzięki uprzejmości Fundacja Galerii Foksal, Warszawa i neugerriemschneider, Berlin Sharon Lockhart, When You're Free, You Run in the Dark, Bula, 2016, odbitka barwna / dzięki uprzejmości Fundacji Galerii Foksal, Warszawa i neugerriemschneider, Berlin

W szrankach o pawilon

To właśnie Sharon Lockhart z kuratorką Barbarą Piwowarską wygrały niedawno konkurs na wystawę w pawilonie Polski na przyszłorocznym Biennale Sztuki w Wenecji. Jest to konkurs o tyle trudny, że przedstawia się w nim prace, które dopiero powstaną. Kuratorzy muszą wykazać się rzadką umiejętnością przekonania jury do swej wizji.

Na biennale w Wenecji obok wystawy głównej, do udziału w której artystów zaprasza co dwa lata inny słynny kurator, poszczególne kraje przygotowują wystawy w swoich narodowych pawilonach. Znaczenie pawilonów w stosunku do wystawy głównej z imprezy na imprezę maleje. Ale największe państwa, w tym Polska, mają swoje budynki-pawilony w Giardini. Te wystawy oglądają niemal wszyscy zwiedzający biennale.

Konkurs na wystawę w pawilonie Polonia organizowany jest od dziesięciu lat. Już po raz drugi wygrywa go zagraniczna artystka. W 2013 roku była to Izraelka Yael Bartana. Chociaż narodowe podziały w sztuce na biennale uważa się często za przeżytek (jakiś czas temu zrezygnowano z tej formuły na biennale w São Paulo), pawilon to wciąż kwestia dużego prestiżu. Czy Polska jest więc w awangardzie znoszenia narodowych podziałów w sztuce?

Niestety wynika to raczej z niskiego poziomu organizowanego przez Zachętę konkursu. W tym roku napłynęła rekordowa liczba zgłoszeń, ponad czterdzieści. Zachęta informowała o konkursie e-fluxem, wiadomość po angielsku dotarła do osób na całym świecie, co potraktowano jako sugestię, że polski pawilon otwiera się na wszystkich artystów, nie tylko tych mieszkających nad Wisłą (stąd spora liczba zgłoszeń z zagranicy). Mimo to ciekawe propozycje da się policzyć na palcach jednej ręki. Lockhart konkurowała na przykład z Karolem Radziszewskim, który w kontekście obecnego kryzysu uchodźczego chciał zamienić pawilon w salon z reprodukcjami historycznych obrazów przedstawiających polskie zesłania i tułaczkę, czy z Oskarem Dawickim, który zamierzał połączyć swe wcześniejsze prace w instalacji „Lacrimosa”. Ciekawie wypadł też projekt wystawy Tomasza Machcińskiego, odkrytego niedawno artysty-outsidera z Kalisza, przez lata tworzącego w domowym zaciszu swoje zwariowane, ekspresyjne autoportrety.

Jako projekt rezerwowy jury wybrało zaś propozycję Piotra Uklańskiego, polskiego artysty na co dzień mieszkającego w Nowym Jorku. Uklański od jakiegoś czasu rozwija cykl fotograficzny (po raz pierwszy pokazywany rok temu również w Fundacji Galerii Foksal), odświeżający polskie romantyczne mity i tradycję rodzimej fotografii krajobrazowej. „Polskie społeczeństwo, które znalazło się na rozdrożu, musi pilnie znaleźć odpowiedzi na najbardziej zasadnicze pytania: kim właściwie są Polacy? Dokąd zmierzamy jako naród? Co kształtuje nasze poczucie tożsamości, historii, zbiorowe cele?”, pyta w autorskim komentarzu artysta. To swoisty paradoks, że do finałowych szranków o polski pawilon stanęli naprzeciw siebie artyści ze wschodniego i zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.

Lockhart debiutowała na początku lat 90. Dziś mieszka na stałe w Los Angeles, jest jedną z najbardziej uznanych amerykańskich artystek. Reprezentują ją czołowe światowe galerie – galeria Barbary Gladstone w Nowym Jorku i neugerriemschneider w Berlinie. Z jej berlińską galerią zaprzyjaźniona jest warszawska Fundacja Galerii Foksal. I stąd właśnie jej nowa wystawa w Warszawie (planowana na długo przed rozstrzygnięciem weneckiego konkursu).

I chociaż wystawa w Fundacji dobrze wróży wystawie w polskim pawilonie, mnożą się wątpliwości, rzadko wypowiadane głośno. Bo komisja konkursowa, wybierając projekt jej zdaniem najlepszy, pominęła coś, co nazwałbym geopolityką sztuki. Nie zwrócono chyba uwagi na fakt, że różne odsłony rozpisanego na lata projektu związanego z Rudzienkiem i wychowankami tamtejszego ośrodka Lockhart prezentowała już w wielu miejscach na świecie – od biennale w Liverpoolu, przez wystawy w Nowym Jorku, Sztokholmie, Lucernie, Berlinie, po Chicago.

Zaproszenie do polskiego pawilonu w Wenecji słynnej amerykańskiej artystki, reprezentowanej przez najlepsze światowe galerie, budzi też innego rodzaju kontrowersje. Czy nie określamy bowiem tym samym pozycji polskiej sztuki jako marginalnej, prowincjonalnej? Czy w Polsce nie ma już artystów? Czy nic się u nas ciekawego nie dzieje? Czy nie potrafimy się wypowiedzieć o napiętej sytuacji w naszym kraju? Taki wniosek będzie można wyciągnąć w Wenecji.

Wreszcie trzeba też w końcu zadać sobie podstawowe pytanie: Jaką rolę ma spełniać polski pawilon? I po co jest nam w ogóle potrzebny? Czy właśnie po to, by organizować w nim wystawy artystki ze Stanów Zjednoczonych o bardzo ugruntowanej, międzynarodowej pozycji? Bo w pawilonie Stanów Zjednoczonych zagraniczny artysta nie pojawił się nigdy. Jeśli rezygnować z narodowych kategorii, to z gestem, z jasnym komunikatem, by na przykład pokazać w nim artystów-uchodźców, albo działających w krajach, które swoich pawilonów jeszcze nie mają, albo mają, ale tak ukryte w weneckim labiryncie, że nikt tam nie dociera. Tymczasem mam wrażenie, że daliśmy się artystycznie skolonizować.

Sharon Lockhart, When You're Free, You Run in the Dark, Klaudia i Selena, 2016, odbitka barwna / dzięki uprzejmości Fundacji Galerii Foksal, Warszawa i neugerriemschneider, Berlin

Milena i Korczak

Argumentem za wyborem Lockhart mają być jej związki z Polską i fakt, że w Polsce jej praca powstaje.

Przygoda Sharon Lockhart z naszym krajem rozpoczęła się w Łodzi w 2009 roku, gdzie przyjechała na zaproszenie Adama Budaka, by wziąć udział w Festiwalu Dialogu Czterech Kultur. Zainteresowała się wówczas łódzkimi, odrapanymi podwórkami i kręcącymi się na nich dziećmi. Podczas pracy nad filmem „Podwórka” poznała dziewięcioletnią wówczas Milenę Słowińską. Wtedy dziewczynka, a dziś wchodząca w dorosłość kobieta, Milena stała się jej przewodniczką i muzą Lockhart, powracającą bohaterką jej prac. Swoją wystawę w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej w 2013 roku artystka zatytułowała „Milena, Milena”. Na jednym z filmów z udziałem Mileny powtórzyła słynną scenę z „400 batów” François Truffauta, w której główny bohater Antoin po ucieczce ze szkoły z internatem biegnie w kierunku morza, o zobaczeniu którego marzył, i wchodzi między fale. Bo w twórczości Lockhart zaciera się często granica między rejestracją rzeczywistości i reżyserowanymi scenami. No i interesują ją dzieci, młodzież, ich problemy i marzenia.

Milena kilka lat przemieszkała w MOS-ie w Rudzienku, to miejsce, gdzie trafia tzw. trudna młodzież. Za jej sprawą pojawiła się tam amerykańska artystka i dla grupy tamtejszych wychowanek zorganizowała serię warsztatów, rodzaj artystyczno-filozoficznego letniska. W Rudzienku powstały też jej nowe filmy.

W Polsce Lockhart poznała też postać Janusza Korczaka, słynnego pisarza i pedagoga, opiekuna żydowskiego Domu Sierot, który wraz ze swymi podopiecznymi zginął w Treblince. Korczak pisał o świecie dzieci bez lukrowanej powłoki. Pamiętamy go za „Króla Maciusia I” czy „Kajtusia czarodzieja”. Jego rewolucyjne jak na owe czasy teorie pedagogiczne byłyby dziś pewnie trudne do przełknięcia. Korczak dążył do obchodzenia się z dziećmi jak z dorosłymi, traktowania serio ich problemów. Do dziś jedną z najpopularniejszych książek Korczaka jest „Jak kochać dziecko”. Korczak był też pomysłodawcą i pierwszym redaktorem „Małego Przeglądu”, dodatku do dziennika „Nasz Przegląd”, pisma spolonizowanych Żydów. Drukowano w nim materiały nadesłane przez dzieci i młodzież.

Lockhart pokazała swe prace oparte na jednym z numerów „Małego Przeglądu” na biennale w Liverpoolu w 2014 roku. Podobnie jak Korczaka, interesuje ją świat młodzieży widziany ich oczami. W szczególności zaś perspektywa młodych kobiet, na przykład Mileny. W tamtym roku jej film z Rudzienka pokazywano w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie.

Sharon Lockhart Milena, Radawa, 2016, odbitka barwnaSharon Lockhart, Milena, Radawa, 2016, odbitka barwna /dzięki uprzejmości Fundacji Galerii Foksal, Warszawa i neugerriemschneider, Berlin

Jej wystawa w polskim pawilonie w Wenecji będzie kontynuacją tych poszukiwań i zainteresowań. Powstanie kolejny film z udziałem dziewczyn z Rudzienka, rodzaj grupowego autoportretu. W projekcie uczestniczył będzie znany muzyk Marcin Masecki – dziewczyny z MOS-u mają improwizować, zasiadając przy fortepianie. W pawilonie zostanie pokazany jej cykl fotografii, a także wszystkie numery „Małego Przeglądu” (planowane jest przetłumaczenie na angielski wszystkich numerów).

Łatwo dałoby się oczywiście zbudować analogie między projektem Lockhart i spuścizną Korczaka. Ona prowadzi warsztaty w naturalnej scenerii dla nastoletnich dziewczyn, on na letnisku w Michałówce, organizowanym przez Warszawskie Towarzystwo Kolonii Letnich, odkrył swoją pedagogiczną pasję. Ona chce oddać głos młodym kobietom, on pisane przez wychowanków gazetki uważał za istotny punkt swego programu wychowawczego, podchodził serio do problemów dzieci. Nawet scena na łące z najnowszego filmu Lockhart, z dziewczynami wyskakującymi nagle z trawy, przypomina ostatnie ujęcia filmu „Korczak” Andrzeja Wajdy – oto dzieci i ich opiekun wychodzą z bydlęcego wagonu, który wiózł ich do Treblinki, i rozradowane biegną na łąkę.

Sięgnięcie po Korczaka wydaje mi się jednak mocno na wyrost. O Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii nie dowiadujemy się niemal niczego. Jak ma się do oryginalnego systemu wychowawczego, który rozwinął Korczak, z systemem dziecięcych sądów koleżeńskich (w których dzieci sądziły też wychowawców, w tym samego Korczaka), rozbudowanym kodeksem sądowym, samorządem? W „Jak kochać dziecko” Korczak pisał: „W teorii wychowania zapominamy, że winniśmy uczyć dziecko nie tylko cenić prawdę, ale i rozpoznawać kłamstwo, nie tylko kochać, ale i nienawidzić, nie tylko szanować, ale i pogardzać, nie tylko godzić się, ale i oburzać, nie tylko ulegać, ale i buntować się”. Król Maciuś z książki Korczaka zostaje przez swego autora skazany na śmierć. Korczak nie dawał złudnych nadziei.

Wyestetyzowane filmy i zdjęcia Lockhart są od tej rzeczywistości odklejone. Artystka nie pyta dziewczyn, w jaki sposób do ośrodka trafiły. Tworzy raczej iluzję enigmatycznego świata młodych kobiet. Wręcz niedostępnego. W postawie Lockhart dopatrzyć się więc można z jednej strony charytatywności na pokaz, z drugiej – rodzaju eskapizmu, rozmycia.

Amerykańska artystka odwiedza „trudną” polską młodzież, polski pawilon udaje się na emigrację, a my tu zostajemy – egzotyczni, prowincjonalni, zdezorientowani.