OSTATNIA DEKADA: Moda na sukces

11 minut czytania

/ Sztuka

OSTATNIA DEKADA: Moda na sukces

Karol Sienkiewicz

Odkąd weszliśmy do Unii Europejskiej, w sztuce zapanowała moda na sukces. Już nie ten wyimaginowany czy sztucznie napompowany. Teraz liczyło się tylko najwyższe miejsce na podium

Jeszcze 3 minuty czytania

Zaczęło się od rankingu. Wiadomość, że na pierwszym miejscu znalazł się jeden z nas, Polak, przyprawiła nas o dreszcze. W 2006 roku Wilhelm Sasnal szczytował w zestawieniach „Flash Artu” stu najważniejszych młodych artystów, zarówno w tym, w którym typowali marszandzi, jak i tym, w którym typowali kuratorzy. Wszyscy byli zgodni, że Sasnal to gwiazda przyszłości. Zresztą moda na rankingi przyjęła się też nad Wisłą – chcieliśmy wiedzieć, kto jest wyżej, kto jest niżej, a jak nie było cię na liście, wiedziałeś, że nie liczysz się wcale. W rankingach celował wydawany przez CSW „Obieg”.

Minęły też już czasy, gdy łatwo nas było nabrać na to, że ktoś niezauważony w kraju osiąga sukcesy za jego granicami. Mi nie przychodzi do głowy żaden artysta wizualny, którego by to spotkało. Bo zazwyczaj te zagraniczne, emigranckie sukcesy były mało spektakularne. Odkąd otwarto granice, łatwiej można było powiedzieć „sprawdzam”.

Sasnal był nową miarą sukcesu i do dziś nią chyba pozostał. Mało kto już pamięta, że jego twarz reklamowała Marca Jacobsa. Ale to ceny jego obrazów (głównie na aukcjach) rozbudzały wyobraźnię. Chodziło o dziesiątki czy nawet setki tysięcy dolarów. Gdy w 2007 roku Zachęta zorganizowała mu indywidualną wystawę, „Gazeta Wyborcza” na pierwszej stronie wieściła, że zobaczyć ją to „obywatelski obowiązek”. Chodziło o to, że na swych obrazach Sasnal dotykał newralgicznych punktów polskiej tożsamości – za Artem Spiegelmanem przedstawił Polaka jako świnię, uwikłanego w Holokaust, ale w tekstach o nim zazwyczaj padały konkretne ceny, które miały uwiarygadniać jego sztukę. Za każdym razem, gdy do władzy dochodzi PiS, u Sasnala zjawia się zaś jakiś dziennikarz, by dowiedzieć się, czy najsłynniejszy polski malarz emigruje, czy nie. Na razie nie.

Strefy okupacyjne

Niewątpliwy sukces Sasnala był częścią szerszego procesu – gdzieś w okolicach wejścia Polski do Unii Europejskiej, a polskich wojsk do Iraku (polska strefa okupacyjna w Iraku też była odtrąbiona jako sukces), zakończyła się izolacja polskiego świata sztuki. Okazało się, że jednak jesteśmy częścią Zachodu – zaczęły owocować kontakty indywidualne artystów, kuratorów, instytucji.

Nikogo już nie dziwi, że polscy artyści wystawiają za granicą, w instytucjach mniej lub bardziej ważnych, galeriach większych i mniejszych. Ich prace pojawiają się na wszelkiej maści biennale. I nie chodzi już tylko o wybrańców. Polscy kuratorzy zaczęli organizować wystawy w zagranicznych instytucjach. Nie wspominając już o naszym największym kuratorskim osiągnięciu, Adamie Szymczyku, który w 2003 roku został dyrektorem Kunsthalle w Bazylei, a dzisiaj przygotowuje kolejne documenta w Kassel jako dyrektor artystyczny imprezy. Nad tym umiędzynarodowieniem możemy przejść do porządku dziennego.

Ale pozostało coś z tej prowincjonalnej kliszy o zagranicznym sukcesie i niedocenieniu w domu. Po prostu ciągle się na to, co na Zachód od Odry, oglądamy. Nie doceniamy własnych instytucji, wydarzeń w kraju, wagi polskiej kultury dla Polski. Liczymy, ilu Polaków pojawia się na Biennale w Wenecji, na Biennale w Berlinie (ostatnio żaden), cieszymy się nawet powierzchownymi recenzjami polskich artystów w zagranicznych pismach. Galerzystów najbardziej podnieca, jak zostaną sfotografowani do działu towarzyskiego „Artforum”.

OSTATNIA DEKADA

Jakie były najważniejsze miejsca, nurty, postaci i tematy ostatniego dziesięciolecia? Zjawiska, które promieniowały i wykształcały nasz gust, poczucie humoru, stwarzały nowe języki, którymi wciąż się posługujemy. Czym charakteryzowało się pokolenie, które wtedy rozpoczynało karierę? Czy spoglądając na ostatnią dekadę, możemy wytropić źródła dzisiejszych lęków i radykalizmów? Czy można mówić o specyficzności, wyjątkowości tego okresu? Poprosiliśmy naszych autorów o subiektywny obraz ostatniej dekady – jej początku i końca, tego co się w niej wydarzyło lub wciąż wydarza.

Dość powiedzieć, że najgłośniejsze polskie wydarzenia artystyczne ostatniej dekady odbyły się za granicą. Za sprawą ogromnej instalacji „How It Is” w Tate Modern, wielkiego kontenera, do którego wchodziło się jak do wnętrza czarnej dziury, Mirosław Bałka stał się powszechnie uznanym klasykiem współczesności. Jeszcze w latach 90. artysta cierpiał na brak zrozumienia ze strony wysokonakładowej prasy, a tym razem wszyscy byli zgodni co do doniosłości tego wydarzenia i wielkości jego talentu.

W pogoni za sukcesem przodował Instytut Adama Mickiewicza, instytucja powołana do promocji kultury polskiej za granicą, a ciesząca się popularnością zwłaszcza w kraju. W przeciwieństwie do instytucji na miejscu, Instytut nigdy nie narzekał na niski budżet. Tutaj też pierwszeństwo miały projekty spektakularne. W ramach Polska! Year, polskiego sezonu kulturalnego w Wielkiej Brytanii, odbyły się regaty wioślarskie na Tamizie, w których ekipa studentów z Bydgoszczy zwyciężyła z wioślarzami z Oxfordu i Cambridge, w nagrodę otrzymując puchar z rąk samego ministra Radosława Sikorskiego, notabene absolwenta Oxfordu. Kolejny sukces! Próbowano też stworzyć wrażenie, że to Polska! Year stoi za wystawą Bałki w Tate. W świecie dyplomacji kulturalnej, stając się częścią oficjalnej polityki państwa, sztuka traciła swe dyskursywne ostrze, topiła się w przysłowiowej bezie. I tylko z „Tęczą” Julity Wójcik, najpierw pokazywaną przez Instytut w Brukseli przy okazji polskiej prezydencji w Unii Europejskiej, a potem w Warszawie, coś nie wyszło. Miała „nieść radość”, a okazała się promować homoseksualizm. Instytut nigdy się z tego paradoksu nie wygrzebał z twarzą.

Wspólna sprawa?

Podobnie szerokim echem co „How It Is” w Tate Modern odbiła się akcja Pawła Althamera z 4 czerwca 2009 roku. Ogromny boeing wypełniony przebranymi w złote kombinezony mieszkańcami Bródna udał się na wycieczkę do Brukseli. Tam świętowano dwudziestolecie polskiej transformacji. „Wspólna sprawa” kontrastowała ze zwyczajowymi, koturnowymi obchodami, które odbyły się tak czy owak, ale wspólnotowy, bródnowsko-lokalny charakter wydarzenia został przyćmiony przez jego medialny, propagandowy wręcz oddźwięk. Althamera porównywano do Beuysa, mówiono o „rzeźbie społecznej”, ale przykrywało to jedynie dyskusję o charakterze polskich przemian. A Althamer mógł zrealizować swój projekt tylko dlatego, że na taki projekt istniało polityczne zapotrzebowanie.

Dopiero Jacek Adamas, artysta i przyjaciel Altahmera, który też do Brukseli poleciał, zakwestionował hurraoptymistyczny ton akcji. Po katastrofie smoleńskiej przerobił okładkę „Artforum”, na której pojawiło się zdjęcie złotych ludzi przed złotym samolotem, doklejając na niej jako przeciwwagę zdjęcie wraku tupolewa. Bo czy wszyscy tak samo skorzystali na polskiej transformacji? To pytanie gdzieś umknęło i powróciło stosunkowo niedawno, m.in. za sprawą wystaw organizowanych przez Stacha Rukszę z bytomskiej Kroniki („Oblicze dnia” w Krakowie) oraz w szerszej dyskusji o nierównościach społecznych, krytyce neoliberalnego kapitalizmu, prekaryzacji, a także sytuacji społeczno-ekonomicznej samych twórców.

Adamas w latach 80. jako opozycjonista prowadził w swym warszawskim mieszkaniu nielegalną drukarnię, w latach 90., po studiach w pracowni Grzegorza Kowalskiego, wyjechał na Warmię, gdzie mieszka wraz z rodziną w niewielkich Worławkach. Na własne oczy i na własnej skórze doświadczył więc ciemnej strony polskiej transformacji. Jest autorem prac i akcji w niewyszukany sposób atakujących poprzednią ekipę rządzącą („TU SK 154M”), a dziś także bezkrytycznym orędownikiem „dobrej zmiany”. W jego artystycznej i aktywistycznej biografii odbijają się przemiany polskiego społeczeństwa. 

Chociaż bieda i niepewna sytuacja życiowa twórców i innych prekariuszy kultury za sprawą m.in. zajmujących się tematem teoretyków oraz działań Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej (Strajk Artystów z maja 2012 roku) nie są już wiedzą tajemną, to pojedyncze sukcesy nadal kształtują wyobraźnię i ambicje młodego pokolenia artystów i absolwentów szkół artystycznych. Systemowo skazuje się ich na jeden z najbardziej niesprawiedliwych wyścigów szczurów. Zostać zauważonym, znaleźć galerię, która by cię reprezentowała na rynku sztuki – to ich podstawowe marzenia. A zdecydowana większość z nich tego nie doświadczy.

Wywyższeni

Nie tylko dyskusje o opłakanej sytuacji twórców przełamywały propagandę sukcesu. Czyniła to też wypracowana przez Piotra Piotrowskiego koncepcja muzeum krytycznego, którą próbował wprowadzić w życie w krótkim okresie, gdy sprawował funkcję dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie. Koncepcjom muzeum-świątyni, w którym gromadzone są kontemplowane w ciszy arcydzieła (jak zazwyczaj w muzeach narodowych) oraz muzeum-rozrywki, które stawia na zapewnienie uciechy widzom, Piotrowski przeciwstawił instytucję, która z jednej strony krytycznie analizuje swoją pozycję, z drugiej – uczestniczy w aktualnych dyskusjach, kształtuje je, nie pozostaje neutralna. Zdążył zrealizować zaledwie jedną odsłonę tak pojmowanego muzeum – wystawę o sztuce queerowej i queerującą zbiory samego Muzeum Narodowego, „Ars Homo Erotica”, którą kuratorował Paweł Leszkowicz.

Warszawskie Muzeum Narodowo-Krytyczne zdławiono w zarodku (abstrahuję tu od błędów popełnianych przez Piotrowskiego jako dyrektora). Nowa ekipa u sterów Narodowego, kierowanego do dziś przez Agnieszkę Morawińską, zaczęła modernizację muzeum, odmalowała ściany i wypastowała podłogi, galerię Faras wypełniła multimedialnymi gadżetami (w duchu muzeum-rozrywki), ale – co symptomatyczne – pierwsza wystawa otwarta po remoncie bezkrytycznie ilustrowała splendor władzy na przestrzeni wieków („Wywyższeni”). Muzea świątynne i rozrywkowe nie przeszkadzają władzy.

Myśl zmarłego w zeszłym roku profesora Piotrowskiego nie pozostała bez echa. Wpłynęła na program instytucji, zwłaszcza nowych, jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czy Muzeum Współczesne Wrocław. 

Nie chodzi mi o to, by – jak sugerowano w rekomendacjach z obradującego niedawno Kongresu Kultury – stworzyć „międzynarodową akcję ujawniania porażek” czy zorganizować „festiwal porażek” (naprawdę takie rekomendacje padły, zapisałem w notesie i od razu wyobraziłem sobie Ryszarda Rynkowskiego śpiewającego na tym festiwalu „Wypijmy za błędy”). Nie przeszkadzają mi też zupełnie kariery Sasnala, Bałki czy Althamera. Wręcz przeciwnie, kibicuję im. Chodzi mi raczej o proporcje i kryteria – za co ich cenimy?

Bo era spektakularnych sukcesów i rozdmuchanych projektów – na szczęście – się skończyła.