Rygor fotografa
Bownik, Żałobnik (detal)

9 minut czytania

/ Sztuka

Rygor fotografa

Karol Sienkiewicz

Świetne wystawy Pawła Bownika i Witka Orskiego w Arsenale w Białymstoku pokazują, jak wiele narzędzi mają do dyspozycji fotografowie w galerii

Jeszcze 2 minuty czytania

Białostocka galeria Arsenał prezentuje równolegle wystawy dwóch fotografów, o których w ostatnich latach sporo się mówiło – Pawła Bownika i Witka Orskiego. O pierwszym zrobiło się głośno za sprawą fotograficznej książki „Disassembly”, wydanej przez nieistniejące już wydawnictwo Mundin. Orski to fotograf-filozof związany z warszawską galerią Czułość. Kilka lat temu stworzył cykl, w którym kamienie dziwnie przypominały kawałki mięsa.

Sporo ich łączy. Starannie aranżują to, co fotografują. Nie podpatrują rzeczywistości, lecz sami kreują obraz fotograficzny, poddając go narzuconym sobie rygorom. Ale prezentacje w Arsenale wyraźnie pokazują, że jako medium swojej wypowiedzi traktują też samą wystawę. Fotografie stają się obiektami w starannie przemyślanej przestrzeni.

W Białymstoku każdy z nich dostał do dyspozycji podobny układ pomieszczeń. Z trzech sal Orski wykorzystał zaledwie jedną, inne pozostawiając zaciemnione. By dojść do jego wystawy – pięciu wielkoformatowych fotografii zawieszonych w jasno oświetlonej sali – trzeba najpierw przejść przez półmrok. Widzowie naturalnie kierują się do światła. To nie tylko kwestia tego, że Orski nie potrzebował całej przestrzeni, że wolał pokazać jeden cykl, zamiast tworzyć miniretrospektywy swojej twórczości, że fotografie z tego cyklu wolał pokazać obok siebie zamiast rozsiać je po kilku salach. To przede wszystkim bardzo świadome operowanie przestrzenią i doświadczeniem widza.

Witek Orski, „Dziury w ziemi (2014–2016)”. Kuratorka: Sylwia Narewska, Arsenał, Białystok, do 23 lutego 2017.

Paweł Bownik, „Wyobraź sobie czasy, w których wszystkie rekordy już padły”. Kuratorka: Agata Chinowska, Arsenał, Białystok, do 23 lutego 2017. 

Bownik działa podobnie, ale z rozmachem. Swoją wystawę, zatytułowaną „Wyobraź sobie czasy, w których wszystkie rekordy już padły”, rozwiesił po bożemu – mniejsze i większe fotografie, czarno-białe i kolorowe w dialogu ze sobą, mają widza uwieść różnorodnością stylistyk i form. Ale dwie fotografie, które wykonał specjalnie na tę wystawę, powiesił w niezgrabnym wąskim korytarzu – przestrzeni galerii, z którą zazwyczaj kuratorzy nie do końca wiedzą, co zrobić. Zastosował tu swoisty trik ze światłem. Jego „Żałobnik” i „Pielgrzym” powieszone są na dwóch krańcach długiego, wąskiego i ciemnego pomieszczenia. Oświetlone zostały wpadającym z sąsiedniej sali światłem, niby przypadkiem.

Witek Orski, „Dziury w ziemi”, Galeria Arsenał, fot. Maciej Zaniewski

Pielgrzym i żałobnik

Takie gry widać zresztą na niektórych fotografiach Bownika, który często właśnie za pomocą światła zdradza, że są inscenizowane. Na czarno-białym zdjęciu z odwróconym mężczyzną, który stoi w drzwiach z marynarką przerzuconą przez ramię i plamą potu na białej koszuli, widzimy też cienie rzucane na ścianę przez palmę w doniczce i żyrandol. A skoro na ścianie pojawia się cień żyrandola, to znaczy, że źródło światła jest inne – sztuczne oświetlenie profesjonalnego studia fotograficznego czy lampa błyskowa. Dzięki podobnym zabiegom kabel rzucony na różową powierzchnię tworzy jeszcze bardziej skomplikowaną, abstrakcyjną wręcz kompozycję. Wreszcie na wystawie znalazło się też zdjęcie konstrukcji stworzonej ze stojaka i zawieszonych na nim reflektorów, martwa natura ze sprzętu w studiu fotografa.

Za pomocą takich drobnych elementów Bownik sugeruje odbiorcy, że to, co widzi, to sytuacja wykreowana na potrzeby fotografii. Niewiele tu przypadku. Z fotografii na fotografię przenosimy się w coraz to nowe rejony. Raz będzie to oczywista metafora (skręcony w znak nieskończoności zjadający się robak na wyciągniętej dłoni), raz abstrakcja niby podpatrzona w codzienności (fałdy materiału na marynarce). Czasami bliżej mu do fotografii modowej, czasami do reportażowej. Portret młodego mężczyzny udaje, że powstał przed kilkoma dekadami, pewnie gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Ale za chwilę natkniemy się na zdjęcie chłopaka w pałacowym wnętrzu wypełnionym obrazami, ubranego w jaskrawe, fluorescencyjne ciuchy i poprawiającego seledynową skarpetkę. Ta sytuacja mogłaby się wydarzyć, ale jest zbyt wystudiowana, by w to uwierzyć.

Dwie fotografie wykonane specjalnie na białostocką wystawę są już pozowane do kwadratu. „Żałobnik” to kuglarz, stoi na stołku na jednej nodze, trzymając na głowie zapaloną świeczkę, a w dłoniach wieżę z pudełek po zapałkach. „Pielgrzym” z odsłoniętym rachitycznym torsem i twarzą przesłoniętą chustką stoi na tle otynkowanej „barankiem” ściany w aureoli ułożonej z kolorowych szkiełek. Na wystawie przeglądają się w sobie – żałobnik-komediant i pielgrzym-rewolucjonista, w swych dwuznacznych rolach.

Zresztą Bownik idzie o krok dalej, a właściwie – krok wstecz. W gablocie prezentuje rysunki, zazwyczaj uzupełnione krótkimi notatkami. To szkice do fotografii, które znajdziemy na wystawie. „Opozycja: blask ciała i ściany a szara odbitka”, pisze na kolażowym szkicu do „Pielgrzyma”. Myśląc o zdjęciach, planuje nie tylko ogólną kompozycję, układ ciała modela czy wzór na koszuli, ale też historyczne konwencje, „plamy kojarzone z upływem czasu”, „cień z lampy błyskowej”, „filtr miękkości lub pończochę na obiektyw” czy fakt, że „blask jest tematem”.

Bownik, „Wyobraź sobie czasy, w których wszystkie rekordy już padły”, Galeria Arsenał, fot. Maciej Zaniewski

Kopanie

W porównaniu z Bownikiem Orski jest skupiony, minimalistyczny, stosuje redukcję. Pięć wielkoformatowych, czarno-białych fotografii w drewnianych ramach, rozwieszonych wokół niewielkiej sali, przedstawia tytułowe „Dziury w ziemi”. Tak malarz powiesiłby pewnie cykl abstrakcyjnych obrazów. Każda dziura w podobnym kształcie, powiększona za pomocą fotografii, tworzy dośrodkowe kompozycje w różnych odcieniach czerni i szarości, płaskie, ale z sugestią głębi. Dziury – obrazy podobne w kształcie, ale subtelnie inne.

Wiadomo, że Orski sam wykopał te dziury tylko po to, by je sfotografować. Możemy sobie wyobrazić te nocne wędrówki z łopatą do lasu. Potem uwiecznił je na negatywach dziesięciokrotnie mniejszych od samych dziur. Wreszcie – powiększył je do wielkości dwumetrowych fotografii, oprawionych w solidne drewniane ramy, obiekty mające swoje wymiary i ciężar. Rozwieszone wokół białej sali tworzą rodzaj kaplicy.

Niemal abstrakcyjne fotografie srebrzą się i szarzą jak smog nad polskimi miastami. Ale przywołują też szereg skojarzeń, z filmów czy z historii, od których nie sposób się uwolnić. To obrazy zakodowane w naszej pamięci. Czy to widoki zabezpieczonych przez policję scen zbrodni, płytkich grobów, czy to jakichś tajemniczych skrytek, pospiesznych ucieczek. Bo nawet jeśli wiemy, że artysta wykopał te dziury tylko po to, by je sfotografować, uparcie powraca pytanie, które sugerowałoby jakąś bardziej skomplikowaną narrację – kto te dziury wykopał i po co? Te skojarzenia są tym bardziej sugestywne, że w wielkoformatowych, pionowych fotografiach zmieściłby się dorosły człowiek.

Bownik, „Wyobraź sobie czasy, w których wszystkie rekordy już padły” (detal pracy i detale z wystawy), Galeria Arsenał, Białystok, fot. Maciej Zaniewski

I chociaż w wywiadach Orski zaprzecza, by chodziło mu o wywoływanie takich skojarzeń, na wystawie umieścił też wiersz Paula Celana „Ziemia była w nich”. „Ja kopię, ty kopiesz, i robak też,/ A co nam śpiewa, mówi: kopiecie”. Ten wiersz o nieustannym kopaniu też jest niby abstrakcyjny, wręcz surrealistyczny, nonsensowny, niby niewinny, ale jednoznacznie przywołujący na myśl epokowe zbrodnie. Wiersz Celana jest po prostu holokaustowy. Ci, którzy „mają w sobie ziemię”, kopią swój własny grób. A niby wszystko to wyrasta z prostego fotograficznego zadania, jakie postawił przed sobą artysta.

*          *         *

Obie wystawy służyć więc mogą za rodzaj wykładu o tym, jak powstaje obraz fotograficzny i jak obrasta znaczeniami na różnych etapach pracy – od koncepcji po wystawę. Ciekawe, że ostatecznie to sama wystawa staje się głównym tematem. Jak fotografie grają ze sobą w przestrzeni i jak artysta może w przestrzeni galerii reżyserować doświadczenie widzów.

To fotografia w momencie, o którym mówi tytuł wystawy Bownika. Tych czasów, „w których wszystkie rekordy już padły”, nie trzeba sobie wyobrażać. To czasy, w których żyjemy, wszak nie raz już ogłaszano końce historii. Jeśli nie mamy już po co się ścigać, co jeszcze pozostaje do zrobienia? Te „wszystkie rekordy” to chociażby historia fotografii, powiększający się z zawrotną prędkością zasób zdjęć wykonanych przez ludzkość, zwycięzcy corocznych konkursów World Press Photo. I ani świat się nie zawala, ani w niczym to nie przeszkadza takim artystom jak Bownik czy Orski.