W uznaniu zasług
fot. Marek Krzyzanek

W uznaniu zasług

Karol Sienkiewicz

Oglądając finałowe wystawy – Spojrzenia, Samsunga, Gepperta – zadaję sobie pytanie, czy artystyczne konkursy spełniają swoją rolę

Jeszcze 3 minuty czytania

„Spojrzenia 2011. Nagroda Fundacji Deutsche Bank”, Zachęta, Warszawa, wystawa czynna do 13 listopada 2011.
„Samsung Art Master”, CSW, Warszawa, wystawa czynna do 20 listopada 2011.
„10 Konkurs Gepperta. Co robi malarz?”, BWA Wrocław, wystawa czynna do 27 listopada 2011.



Gala finałowa „Spojrzeń”. Laureaci:
Konrad Smoleński (pierwsza nagroda)
Honza Zamojski (druga nagroda)
fot. Marek Krzyzanek
Równolegle w dwóch warszawskich instytucjach odbywają się konkursy dla młodych artystów, oba sponsorowane przez obcy kapitał – bogate firmy, których nazwy powracać będą w dalszej części tekstu: „Spojrzenia” – konkurs o nagrodę Deutsche Banku (kapitał niemiecki) – organizuje co dwa lata Zachęta, konkurs „Samsung Art Master” (kapitał koreański) – co roku Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski.

„Spojrzenia” od pięciu edycji rządzą się niezmiennymi regułami. Najpierw zbiera się dziesięcioosobowe jury, każdy juror zgłasza po dwa nazwiska, a w drodze głosowania wyłania się siódemkę finalistów. Ci zostają zaproszeni do udziału w wystawie, a osobne jury wyłania spośród nich zwycięzcę. W poprzednich latach byli to Elżbieta Jabłońska (2003), Maciej Kurak (2005), Janek Simon (2007) i Wojciech Bąkowski (2009). W tym roku, podobnie jak dwa lata temu, nagroda przypadła artyście związanemu z poznańskim „Penerstwem” – Konradowi Smoleńskiemu, który otrzymał 15 tysięcy euro. Drugą nagrodę, trzymiesięczną rezydencję we Florencji, dostał Honza Zamojski.

Uczestnicy „Spojrzeń” to artyści znani, funkcjonujący w obiegu. Jury bierze pod uwagę ich dotychczasowy dorobek. Ograniczeniem jest wiek – nagroda przyznawana jest twórcom do 35 roku życia.
Samsung Art Master adresowany jest do artystów nieco młodszych – studentów lub świeżo upieczonych absolwentów uczelni artystycznych, którzy sami nadsyłają prace na konkurs. Artyści ci często debiutują dopiero w murach poważnej instytucji. To w Samsungu po raz pierwszy mogliśmy oglądać prace Anny Molskiej („Jesus Loves Me”) czy Piotra Żylińskiego. W tym roku po raz pierwszy Samsung przebiega w dwóch etapach. Najpierw wyłoniona została dziesiątka finalistów, a zwycięzców poznamy 14 listopada.

Tymczasem we Wrocławiu już wyłoniono zwycięzców konkursu dla młodych malarzy im. Eugeniusza Gepperta. Pierwszą nagrodę otrzymała Agnieszka Polska.

Wernisaż wystawy „Samsung Art Master”, CSW

Wystawy

Konkursowe wystawy prezentują skrajnie odmienny stosunek kuratorów do zadania, przed którym stanęli – stworzenia ekspozycji z prac artystów, na których wybór niekoniecznie mieli wpływ. Dlatego kurator Samsunga, pracujący w CSW Stach Szabłowski, przywołuje surrealistyczną zabawę – „wybornego trupa”. Zabawa polega na tym, że uczestnicy dopisują kolejne wyrazy zdania, nie znając tego, co napisał poprzednik. Przypadkowy efekt przynosi często zaskakujące i budujące nowe znaczenia zestawienia, jak to zawarte w zbitce słów „wyborny trup”. Takie „niespodziewane spotkania” przynosi zdaniem Szabłowskiego także wystawa konkursowa.

Od tej koncepcji odcina się Daniel Muzyczuk, kurator tegorocznej edycji „Spojrzeń” w Zachęcie, na co dzień związany z CSW Znaki Czasu w Toruniu. Siódemce artystów nominowanych do nagrody Deutsche Banku narzucił własną koncepcję i narrację. W efekcie, podczas gdy wystawę w Zamku Ujazdowskim ogląda się spokojnie i z przyjemnością – przy całej niedoskonałości tego typu pokazów, częstych artystycznych porażkach, ale też ciekawych i zaskakujących odkryciach – o tyle osoby o słabych nerwach na wystawę „Spojrzeń” w Zachęcie w ogóle nie powinny się wybierać. Zresztą wiekszość oglądających nie zdaje sobie prawdopodobnie sprawy z nieprzystawalności prezentowanych prac i teoretycznego parasola, którym przykrywa je kurator – po prostu nie wiedzą o jego istnieniu. Ale po kolei.

„Spojrzenia”, widok wystawy, film Piotra Wysockiego 
fot. Marek Krzyzanek


W Zachęcie część prac poddano eksperymentalnej „synchronizacji”. By sobie nawzajem nie przeszkadzać, filmy wyświetlane są w odstępach czasu. O tym, ile czasu pozostało do poszczególnych projekcji, informują liczniki na czarnych ekranach. Wystawę mamy więc czytać-oglądać jako narrację, od – do, jednak nie wiadomo w jakiej kolejności. Ale też nie wszystko da się wyłączyć, a Piotr Wysocki nie zgodził się, by jego film wyświetlać raz na dwie godziny. Najbardziej irytuje zgaszone światło w wąskim korytarzu z pracami Artura Malewskiego – zapala się co godzinę tylko na 10 minut. W tym wypadku nie ma specjalnie czego żałować, ale konkurs to konkurs, a w sali z pracami Adama i Anny Witkowskich oraz Honzy Zamojskiego światło nie gaśnie. Poza tym synchronizacja synchronizacją, ale w momencie, gdy włącza się instalacja Smoleńskiego, nie da się oglądać nie tylko żadnej innej pracy na tej wystawie – w tym subtelnej instalacji wizualno-dźwiękowej Anny Zaradny – ale też chyba niczego w całej Zachęcie. Bardzo cenię wybuchowość Smoleńskiego i cieszy mnie jego wygrana, ale jego praca w kontekście całej ekspozycji okazuje się nieco arogancka.

Będąc młodym kuratorem

Daniel Muzyczuk słusznie zaczyna swój tekst w katalogu od słów „egoizm” i „megalomania”. Najpierw snuje rozważania na temat roli kuratora i tworzenia wystaw zbiorowych, wyważając już dawno otwarte drzwi, a następnie przedstawia własną koncepcję tego, o czym ma być „jego” wystawa, by w końcu wpisać w jej ramy prace artystów. W centralnym miejscu stawia siebie, pełno tu zaimków dzierżawczych: „mego wywodu”, „moich politycznych poglądów”, „mojego prawniczego wykształcenia”, „moich fascynacji”, „mojej roli”, „moich autorytarnych zapędów”.

Muzyczuk mówi: „Nie interesują mnie proste rozwiązania”. Wychodząc od sceny z „Sans soleil” Chrisa Makera, kurator snuje erudycyjne (a przynajmniej pełne cytatów i dygresji) rozważania o narracji, szczęściu i czerni ekranu. „Dość chwiejny związek czerni i poszukiwania szczęścia wyłania się z tych kapryśnych rozważań”, stwierdza w końcu, ale brnie dalej, na siłę włączając w ten dyskurs prace artystów: „Pozwoliłem, aby prace mówiły za mnie”.

„Spojrzenia”, widok wystawy, film zwycięzcy Konrada Smoleńskiego
fot. Marek Krzyzanek

Na wystawie odnosi się jednak wrażenie, że czerń, o której pisze Muzyczuk, mająca symbolizować szczęście, pojawia się głównie w przerwach między wyświetlaniem poszczególnych prac wideo, i jest efektem grającej na nerwach „synchronizacji”.

Spojrzenia

Wybujałe ambicje kuratora to nie jedyna słabość „Spojrzeń”. Gdzieś po drodze, od czasu pierwszych edycji, konkurs utracił swą świeżość. Nie reprezentuje już poziomu z czasów, gdy w jednej wystawie brali udział tacy twórcy jak Althamer, Dawicki, Bodzianowski, Ołowska, Sosnowska, Wójcik. Dziś „Spojrzeniom” zarzuca się, że nagroda nie promuje młodych twórców, lecz artystów zbliżających się do granicy 35 lat. Ale konkursem dla debiutantów jest przecież Samsung. „Spojrzenia” mają szansę, poza wsparciem artystów, odegrać istotną rolę w upowszechnianiu sztuki współczesnej w ogóle. Taki jest też cel konkursów. „Spojrzenia” powinny poprawić nie tylko swój prestiż, ale i prestiż dziedziny.

Podstawowy problem „Spojrzeń” leży w tym, że konkursowi brak napięcia, nie odbija się w nim rzeczywista sytuacja na scenie artystycznej. Na przykład zupełnie niezauważeni zostali tu malarze z trendu „zmęczonych rzeczywistością”, wypromowani przez Kubę Banasiaka. Do nagrody nigdy nie był nominowany Jakub Ziółkowski. Konkursowe wystawy są mało zróżnicowane, a wybór jury ma znaczenie chyba już tylko dla samych artystów. Bo co za różnica, czy wygra Wysocki, Smoleński, czy Zaradny? Tymczasem takie napięcie od lat obserwujemy w brytyjskiej Turner Prize czy berlińskiej Preis der Nationalgalerie für Junge Kunst, wygranej w tym roku przez Cypriena Gaillarda.

„Spojrzenia”, Honza Zamojski na tle swojej pracy
fot. Marek Krzyzanek

Ratunkiem dla „Spojrzeń” byłaby zmiana reguł konkursowych. Należałoby rozważyć ograniczenie ilości nominowanych artystów (np. do czterech nazwisk) oraz możliwość typowania twórców już kiedyś nominowanych, którzy w konkursie nie zwyciężyli, a może nawet i tych, którzy zwyciężyli. Tak, by nagrodę otrzymywał twórca, który najwięcej w ostatnim czasie osiągnął, który jest na fali, a nie otrzymuje jej „w uznaniu zasług”. Wtedy wygrana Smoleńskiego coś naprawdę by znaczyła.

Poznań i okolice

O wygranej Smoleńskiego i Zamojskiego dowiedzieliśmy się z werdyktu odczytanego podczas uroczystej gali przez Wojtka Bąkowskiego, który przewrotnie zerwał ze znanym z teleturniejów sztucznym budowaniem napięcia i od razu – wbrew programowi – przeszedł do głównej nagrody. Werdykt po raz kolejny dowodzi wiodącej roli Poznania jako ośrodka młodej polskiej sztuki. Tę wiodącą rolę pełnią artyści „Penerstwa” i – szerzej – studenci poznańskiej Akademii, wykształceni w pracowniach twórców debiutujących w latach 80.: Leszka Knaflewskiego, Piotra Kurki czy Mirosława Bałki. Najbliżej im chyba do Knaflewskiego, z którym łączy ich zwłaszcza muzyka i korzenie punkowe (w przypadku Smoleńskiego to już pink-punk). W tym „totalnym” działaniu – ponad sztucznymi granicami dyscyplin – leży zresztą siła Bąkowskiego i Smoleńskiego.

Gala finałowa „Spojrzeń”, Wojtek Bąkowski ogłasza werdykt jury, 
po prawej Hanna Wróblewska, dyr. Zachęty, fot. Marek Krzyzanek

Z kolei najciekawsze odkrycia tegorocznego Samsunga to artyści operujący w sferze prywatności, jako pole swych działań wykorzystujący najbliższe otoczenie – przyjaciół, rodzinę, samych siebie. Warto zatrzymać się chociażby przy pracach Jasia Domicza z Poznania (!), choć wolę, gdy snuje on opowieści, niż gdy ogranicza się do zbioru prostych gagów („Każda droga to dwie drogi”). Sylwia Czubała wyciąga kompromitujące nagranie wideo swej matki sprzed lat, na którym ta tańczy do muzyki zespołu Kraftwerk. Córka tworzy do niego pendant, odtwarzając samodzielnie tę sytuację („Pod okiem matki”). O relacjach mężczyzn z różnych pokoleń opowiada instalacja wideo Wojtka Pustoły („Dołek”).

Jaś Domicz, „Każda droga to dwie drogi”, „Samsung Art Master”

Geppert

Innym artystycznym wydarzeniem tej jesieni jest wrocławski konkurs Gepperta, który co dwa lata gości w lokalnym BWA. Geppert z założenia adresowany jest do malarzy, ale już od kilku edycji koncepcja malarskości się tu rozmywa i nadyma, do tego stopnia, że „malarskość” konkursu śmieszy. Właściwie mogłoby się tu znaleźć wszystko. Jednym z laureatów poprzedniej edycji był na przykład Piotr Wysocki, a malarskości doszukano się w jego filmach. W tym roku zwyciężyła Agnieszka Polska z filmem, który z malarstwem na pewno nie ma nic wspólnego. Przypomina sytuację strajku na krakowskiej ASP w 1956 roku („How the Work is done”). Obrazy rekonstrukcji artystka łączy z rozważaniami na temat cieknącego szkła. I nic z tego nie wynika.

Bartosz Kokosiński, „Obraz pożerający
scenę domową”, 2011
Konkurs Gepperta
Na wystawie przeważają jednak klasycznie pojmowane obrazy. Emulsje na płótnie. I, jakby zgodnie z hasłem tegorocznej edycji „Co robi malarz?”, mnożą się strategie „zmagania się z malarstwem”. Ciekawe efekty na tym gruncie osiąga jedynie Bartosz Kokosiński. Z jego podwiniętych blejtramów wysypują się śmieci – eksponaty z tandetnych martwych natur czy landszaftów, m.in. wypchane zwierzęta. Na wystawie mamy więc do czynienia albo ze zmaganiem się z „malarskością” albo z jej poszukiwaniem w czymkolwiek.

Utyskując na malarstwo, przypominam sobie tekst Charlesa Esche z 2001 roku, który pisał, że malarstwo osiadło w „sferze bezpieczeństwa”: „Cmokamy w rzekomej admiracji lub wyrażamy nieukontentowanie. A gdzie podziała się polityka malarstwa? Jego zwyczajność? Jego szybkość reagowania? Dzieje się tak, jakby mówienie o obrazie, odpowiadanie na niego tak, jak można by odpowiedzieć na przekaz fotografii, było w jakiś sposób poniżej wartości malarstwa. […] Obrazy żądają, by nie przejmując się historią sztuki, nie tracić jednocześnie przyjemności płynącej z obrazu i możliwości jego wykorzystania”.

Szkoda, że konkurs Gepperta, przy tak szerokiej definicji malarskości, ignoruje podstawowe zadanie malarstwa (jako medium), czyli produkowanie obrazów. Zamiast oczekiwać od artystów odpowiedzi na pytanie „Co robi malarz?”, organizatorzy konkursu powinni najpierw zadać je sobie.