Nasze dobra i majątki
Zofia Chomętowska ©FAF_Chomętowscy

16 minut czytania

/ Sztuka

Nasze dobra i majątki

Karol Sienkiewicz

Dwie wystawy, w Białymstoku i w Warszawie, traktują o sztuce jako dobru wspólnym, w jej skomplikowanych relacjach z historią i nostalgią. Ekspozycje łączy osoba kuratorki, Agnieszki Tarasiuk

Jeszcze 4 minuty czytania

„Majątek” w Królikarni, oddziale Muzeum Narodowego w Warszawie dedykowanym rzeźbie, którym kieruje Agnieszka Tarasiuk, to subtelny komentarz do aktualnej sytuacji instytucji. Jej budynek – zgrabny pałac w parku na szczycie skarpy wiślanej – jest od kilku lat zagrożony reprywatyzacją. Trwają procesy sądowe, w których potomkowie dawnych właścicieli starają się o odzyskanie – właśnie – majątku. Na wystawie możemy zobaczyć ten majątek przed wojną – na krótkim fragmencie filmu właściciele Królikarni pojawiają się w swym naturalnym środowisku. Moda z międzywojnia i cmoki w policzki – dziedziczka wita się z dziedziczką. Nie bez kozery śpiewano, że „lata 20., lata 30., kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem” oraz że „po latach zatęsknicie za naszym pięknym życiem”. Były jeszcze schody, które „wyjść nie mogą z mody”. W Królikarni też jest trochę schodów i centralna rotunda z kopułą, gdzie instynktownie zadziera się głowę, by na chwilę zastygnąć w zachwycie, zamknąć oczy, poczuć się jak były właściciel, a potem ogarnąć wszystko władczym wzrokiem – moje!

Siedziba Galerii Arsenał w Białymstoku nie jest tak wystawna, chociaż to też zabytkowy budynek, mimo że w cieniu okazałego Pałacu Branickich. Kilka lat temu Arsenał przejął również na cele wystawiennicze nieczynną elektrownię, znajdującą się nieopodal. Tuż przed Wielkanocą galeria obchodziła okrągłą, pięćdziesiątą rocznicę istnienia, chociaż niektórzy liczą czas działalności galerii od momentu, gdy jej dyrektorką została Monika Szewczyk, do dziś miłościwie panująca. Przeprowadzając galerię przez różne sztormy, Szewczyk zbudowała nie tylko jej renomę, ale też ważną w skali kraju kolekcję sztuki najnowszej. Strategia Arsenału przypomina ryzyko kolekcjonera z niewielkim portfelem – Szewczyk zaprasza i kupuje dzieła artystów często na samym początku kariery.

 

„Zbiory wspólne”, kuratorka: Agnieszka Tarasiuk, Arsenał, Białystok, do 3 maja 2015.

„Majątek”, kuratorka: Agnieszka Tarasiuk, Królikarnia, Warszawa, do 16 maja 2015.

Ale na swój jubileusz Arsenał czyni inny bardzo znaczący gest – galeria nie świętuje w pojedynkę, lecz wpisuje swoją kolekcję (i swoją działalność) w kontekst zbiorów innych instytucji działających w regionie, niekoniecznie związanych ze sztuką. Kuratorką „Zbiorów wspólnych” jest Agnieszka Tarasiuk, bądź co bądź Podlasianka i z „uk” w nazwisku.

Sztuka to za mało

Tytuł „Zbiory wspólne” należy rozumieć dwojako. Po pierwsze, Tarasiuk zestawia ze sobą obiekty ze zbiorów kilku instytucji: różnych działów Muzeum Podlaskiego, muzeów w Tykocinie, Choroszczy, Wigrach, a nawet Muzeum Przyrodniczo-Leśnego w Białowieży, które – kto był, ten wie – specjalizuje się w taksydermii (eksponaty martwych, wypchanych zwierząt). Kanwą pozostaje jednak kolekcja samego Arsenału; niektóre obiekty wśród stałych bywalców na pewno obudzą wspomnienia dawnych i całkiem niedawnych wystaw, jak tekturowy model instalacji, którą w 2006 roku wykonała tu Monika Sosnowska.

Po drugie, sama struktura wystawy opiera się na konstruowaniu „zbiorów wspólnych” – jak w matematyce na nauczaniu początkowym. W poszczególnych salach galerii Tarasiuk zestawia obiekty według jakiejś łączącej je cechy. Układa je na szarych, niby-betonowych postumentach, wszystkie na równych zasadach – sztuka, prawie sztuka i niesztuka razem. Szczegółowe listy obiektów, wraz z ich dokładną proweniencją, wypisane dużą czcionką na ścianach, sprawiają, że oglądanie zamienia się w zabawę – każdy musi sam połączyć obiekt z opisem, a także odkryć, co takiego decyduje o utworzeniu z tych przedmiotów wspólnego zbioru. Raz będzie to po prostu figuracja, raz rozumiana szeroko katastrofa (to tu królują wypchane zwierzęta), raz opresyjna historia.

Najciekawiej jest jednak w największej arsenałowej sali, gdzie Tarasiuk zebrała dzieła sztuki i obiekty (zazwyczaj narzędzia), które w procesie umuzealnienia lub zaanektowania przez sztukę utraciły swą pierwotną funkcję. Albo przynajmniej tak tu wyglądają. Wszystko zamienia się w abstrakcję; i tylko czasem przedziera się pierwotny, narzędziowy charakter tych przedmiotów. Królują tu z jednej strony obiekty wybrane ze zbiorów etnograficznych regionu, z drugiej – praca Konrada Smoleńskiego „The End of Radio” z kolekcji Arsenału, w której tłum mikrofonów, tu – antropomorficznych, zamienia się w mikrogłośniki. Przeznaczenia wiejskich przyrządów sprzed kilkudziesięciu lat nie sposób już dziś odgadnąć bez podpowiedzi. Okazuje się, że rodzaj wiatraka to motowidło, wysoki drąg z wystającą „pętelką” służył do nauki chodzenia, piękna okrągła forma ze sznurkami to natomiast sidło na ptaki – Muzeum Podlaskie zakupiło je w 1950 od mieszkańca wsi Złotoria. W podpisach padają też inne nazwy – Chraboły, Czarna Wieś, Krynickie. Ale obok coś całkiem miejskiego, prostokątny kawałek asfaltu zamienia się w minimalistyczną, abstrakcyjną rzeźbę. To praca Ukrainki, Żanny Kadyrowej, konkuruje z równie ciekawym „kęsem żelaza” – pozostałością po eksploatacji rudy przez wigierskich kamedułów.

Po drugiej stronie galerii robi się jednak mniej zabawnie. Refleksja muzealnicza przechodzi tam bowiem w historyczno-apokaliptyczną. Oto dokumenty z rodzinnego archiwum rodziny białostockich Żydów, zwykłe papiery pozostałe po zwykłym życiu (listy w jidysz, pocztówki, pożyczki, sądy polubowne), sąsiadują z filmem Artura Żmijewskiego „Nasz śpiewnik”, w którym polscy Żydzi, dziś mieszkający w Izraelu, przypominają sobie polskie piosenki. Jeszcze krok dalej natkniemy się na nazistowską propagandę antysemicką z czasów wojny (dwujęzyczną – po polsku i rosyjsku), o tym jak amerykańscy Żydzi deprawują „dziewczęta chrześcijańskie”. W tej fantazji zgodnie z „żydowską modą” owe dziewczęta musiałyby chodzić „prawie nago”. Czy trafiało to na podatny grunt?

„Zbiory wspólne”, Arsenał w Białymstoku

W proch się obrócisz

W Białymstoku Tarasiuk postępuje ze sztuką z nieskrywaną dezynwolturą, która wyznawców integralności dzieł przyprawi pewnie o palpitacje serca. To, co miało wisieć, leży. Sztuka „wysoka” spotyka swoją „niską” siostrę. Gablotę Slavena Tolja, w której artysta umieścił tylko wentylator („Bubo-Bubo Maximus”), zamieszkują dodatkowo dwa wypchane liski. Katastroficzne rzeźby Huberta Czerepoka, Izy Tarasewicz czy Tomasza Mroza dzielą ciasną przestrzeń z wypchanymi ptakami, królikiem, wilkiem i łoszakiem, wyraźnie nadjedzonymi zębem czasu i niemogącymi utrzymać się na własnych nogach. Wilk wydaje się wręcz rozpadać. Kiedyś powiedzielibyśmy, że to motyw wanitatywny, dzisiaj raczej, że posthumanistyczna refleksja o materialności archiwów i kolekcji. Niestety Tarasiuk nie udało się namówić na współpracę Muzeum Historii Medycyny i Farmacji działającego przy białostockim Uniwersytecie Medycznym, po sąsiedzku z Arsenałem. „Katastrofę” uzupełniałyby wtedy preparaty w formalinie, a narzędzia-abstrakcje – dawne medyczne utensylia.

Wystawa „Majątek” w Królikarni, efekt pracy zespołu złożonego z badaczy, artystów i kuratorki, cała jest o rozpadzie. Destrukt wita nas już na schodach. Potem rzeźby są jeszcze bardziej w rozsypce. Dosłownie. Bo zaczyna się wręcz od pyłów, kryształków, drobnych ziarenek. Kiedyś były to marmurowe rzeźby, które zdobiły ziemski majątek Döhlau w Prusach Wschodnich (dzisiejsze Dylewo w gminie Grunwald), należący do rodziny von Rose. Większość zamówiono u włoskiego rzeźbiarza Adolfa Wildta. Pod koniec drugiej wojny światowej przechodził tędy front. Rzeźby ostrzelano, rodowa siedziba spłonęła – zapadały się stropy, rzeźby spadały z postumentów, ogień i wysoka temperatura dokończyły dzieła zniszczenia. Potem wszystko znalazło się na polskich „ziemiach odzyskanych”. Mniej uszkodzone rzeźby trafiły na początku lat 50. do Muzeum Narodowego w Warszawie.

Ale historia toczy się szybciej, niż się wydaje. Kilkanaście lat temu w Dylewie przeprowadzono dokładne badania archeologiczne. Ułomki rzeźb potraktowano tak, jakby należały do antycznej cywilizacji przysypanej wulkanicznym popiołem. Znaleziska skatalogowano i zapakowano w skrzynie. Ostatecznie znalazły się w depozycie warszawskiego muzeum. Takie wykopki zawsze mają w sobie coś z ekshumacji. Widać to wyraźnie na „Majątku”. Marmurowe głowy wydają się spalone żywcem. Brązowe popiersie Dantego jest tak stopione, jakby połowę twarzy poety zjadał jakiś nowotwór. Herma z popiersiem ojca rodu Franza Rose zdradza zabawy czerwonoarmistów – precyzyjnie odstrzelono jej nos i uszy.

Równolegle do tego romantyzmu poniemieckich ruin toczy się tu inna narracja. W salach, w których oglądamy resztki rzeźb z kolekcji rodziny von Rose, na ścianach wiszą zdjęcia polskiej fotografki Zofii Chomętowskiej. Pochodząca z bogatej rodziny artystka fotografowała swój ogromny – nawet jak na ówczesne standardy – kresowy majątek na Polesiu. Interesowało ją zwłaszcza życie chłopów na poleskich mokradłach. Na niewielkich fotografiach oglądamy przedwojenne obrazki wiejskie; wszystkie jakby pogrążone w sentymentalnej mgiełce. Dalej jednak pojawia się kilka filmów, które Chomętowska (z domu Drucka-Lubecka) kręciła amatorską kamerą Pathé Baby. I tu właśnie znajdujemy scenki z życia arystokracji. Spotkania na schodach i korty tenisowe. Królikarnia należała do ciotki Chomętowskiej, Marty Krasińskiej. Takie nazwiska nawet dzisiaj budzą respekt. Ach, nazywać się Lubecki albo Lanckoroński! Od razu życie wydawałoby się łatwiejsze.

Majątek, fot. Igor Omulecki

Dwie tęsknoty

Granice zmieniły się 75 lat temu. Dawno przestaliśmy mówić o „ziemiach odzyskanych” i na szczęście trudno nawet znaleźć takich, którzy snują  mrzonki o przyłączeniu Wilna czy Lwowa (chociaż to do tych głęboko zakopanych polskich resentymentów odwołują się rosyjscy nacjonaliści, proponując Polsce rozbiór Ukrainy). Ale jednocześnie polskie media drżą na każdą wypowiedź Eriki Steinbach. Tymczasem na wystawie – i na tym osadza się cała jej koncepcja – spotykają się dwie równoległe nostalgie: niemiecka za Prusami Wschodnimi i polska za Polesiem. Każdy ma swoje „kresy” i cudem uratowane resztki. Rodzina von Rose uciekała, pozostawiając za sobą pożogę, Chomętowska ratowała swe negatywy z płonącej powstaniowej Warszawy. W pierwszej sali obok sproszkowanego, „ugotowanego” marmuru z Dylewa znalazła się też zniszczona klisza fotograficzna, która również rozpadła się w pył – pod wpływem gorącego argentyńskiego klimatu (po wojnie Chomętowska wyemigrowała z Polski i osiadła w Ameryce Południowej). Od kilku lat spuścizną po artystce opiekuje się Fundacja Archeologia Fotografii. Ar-che-o-lo-gia! Przypadek?

„Majątkowi” towarzyszy publikacja z wyborem tekstów pod redakcją Jana Sowy, dzięki któremu ta poetycka wystawa nabiera pewnej ostrości. Akumulację kapitału na Polesiu czy w Prusach Wschodnich, którą reprezentują rzeźby Wildta i fotografie Chomętowskiej, Sowa zestawia z niewolniczymi stosunkami pracy, sytuacją chłopów, polskim projektem kolonialnym na Ukrainie. To ostrzeżenie, by nie dać się uwieść urokowi destruktów czy malowniczości fotografii. W katalogu „Majątku” znajdziemy m.in. fragment nieprzetłumaczonej jeszcze na polski znakomitej książki Svetlany Boym „The Future of Nostalgia”. Bo o przyszłość nostalgii tu chodzi – co z nią zrobić i jak z nią żyć, no i jak postępować z tymi materialnymi resztkami. Wiadomo już, że destrukty z Dylewa trafią do Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, instytucji geograficznie majątkowi najbliższej. Nie trafią tam jednak rzeźby niezniszczone, które przyjechały do Warszawy tuż po wojnie.

Cudza tęsknota jawi się zazwyczaj jako potencjalne zagrożenie. Jak silnie owe tęsknoty-groźby panują nad naszym życiem publicznym, świadczy chociażby to, że przez 25 lat od zmiany ustroju nie doczekaliśmy się ustawy reprywatyzacyjnej, która systemowo rozwiązywałaby problem roszczeń – dzisiaj rozwiązywany ad hoc przez wyspecjalizowane kancelarie prawne. W jednej z sal Królikarni obok zdjęć Chomętowskiej, ukazującej przedwojenne życie pałacu i wojenne zniszczenia Warszawy wisi też zbiór dokumentów, ilustrujących historię pałacu – od wojny, przez odbudowę we wczesnym Peerelu, po powołanie do życia Muzeum im. Xawerego Dunikowskiego. Wynika z nich m.in. szczególny paradoks – oto w 1944 roku właścicielka chciała rozebrać ruiny pałacu, ale sprzeciwił się temu niemiecki konserwator zabytków, który przewidywał możliwość odbudowy budynku po zakończeniu działań wojennych. Gdyby rodzinie Krasińskich udało się pałac „odzyskać”, nie oznaczałoby to wcale, że znów tu zagoszczą rauty i korty. Nawet jeśli lata tak zwanej świetności pałacu „dla wzruszeń są pretekstem”.

Odbitki Z. Chomętowskiej / Fundacja Archeologia Fotografii

Tarcie

Tęsknota za przeszłością ma tu więc cierpki posmak. W pałacowej rotundzie wystawiono posąg Zeusa – kopię greckiej rzeźby, którą wykonano w latach 30. równocześnie z kopią, która uświetniała igrzyska olimpijskie w Berlinie w 1936 roku. Taką rzeźbą-kluczem „Zbiorów wspólnych” w białostockim Arsenale jest zaś brązowy Hermes, który przysiadł sobie w sali figuracji, ale widać go też z innych, amfiladowo połączonych pomieszczeń. Odlany przed wojną w Szczecinie, prawdopodobnie przebył drogę na wschód z wracającą do domu Armią Czerwoną. Porzucony gdzieś na Podlasiu, już miał być przetopiony na dzwon dla białostockiego kościoła, ale od parafii w porę odkupiło go regionalne muzeum.

Takich tarć na obu wystawach jest wiele. Pobrzmiewają za delikatnymi, poetyckimi wręcz zestawieniami prac i obiektów, które najpierw uwodzą, by po chwili ujawnić swą przewrotną naturę. „Majątek” ma też swą hipnotyzującą kulminację w instalacji dźwiękowej – utworze Michała Libery „Bildung”, który rozlega się w pałacowej rotundzie. Dominują tu właśnie tarcia – kamienia o kamień. Libera nakłada na siebie nagrania z Carrary, z dylewskich destruktów, a także nagrania głosu Sibylle Friedberg, potomkini rodu von Rose, która wspomina przedwojenne Dylewo, ale też czyta fragmenty „Krytyki władzy sądzenia” Kanta – o sztuce i przyrodzie, sądach o pięknie i kształtowaniu się materii, stygnięciu i materializacji. No właśnie, piosenka ci nie da zapomnieć.

Zofia Chomętowska, Polesie ok. 1930 ©FAF_ChomętowscyZofia Chomętowska, Polesie ok. 1930 © FAF_Chomętowscy

„Zbiory wspólne” i „Majątek”, chociaż tak zanurzone w historii, dotyczą tematów bardzo aktualnych. Nawet prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf zauważyła ostatnio, że w III RP „szeroko rozumiana własność prywatna jest święta, dobro publiczne – lekceważone” („Gazeta Wyborcza” z 13 kwietnia). W Arsenale i Królikarni mówi się po prostu o dobru wspólnym. Taki projekt rozrysowuje też w swej nowej książce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!” Jan Sowa. Chodzi o kierunek „w stronę dobra wspólnego”. Obie wystawy (ale i wcześniejsze „Skontrum” kuratorowane przez Tarasiuk w Królikarni w 2011 roku) też go wyznaczają, chociaż to zaledwie potencjał pewnego myślenia czy instytucjonalnej zmiany. Przejście od majątku do dobra wspólnego (także jako cyrkulacji wiedzy, którą dziś w muzeum obrastają te spalone rzeźby) odbywało się przez dramat: pożary, przesiedlenia, archeologiczne ekshumacje. Ale ta praca dokonuje się też dziś, w muzeum i galerii. Łatwo to przeoczyć. I może zamiast kolejnego odcinka „Downton Abbey” warto wybrać się do „naszych” pałaców i galerii. Póki jeszcze nas tam wpuszczają.