Masz dziś wolne
C.T. Jasper, Joanna Malinowska / fot. B. Górka

14 minut czytania

/ Sztuka

Masz dziś wolne

Karol Sienkiewicz

W epicentrum tegorocznego Biennale w Wenecji znalazł się stary dobry „Kapitał” Marksa, ale – jak zwykle – wiele rzeczy kręci się tu po prostu wokół kapitału

Jeszcze 4 minuty czytania

Hasło tegorocznego Biennale Sztuki w Wenecji, rzucone przez kuratora Okwui Enwezora, brzmi „Wszystkie przyszłości świata” – „All the World’s Futures” to tytuł przygotowanej przez niego wystawy. Jej serce bije na Arenie, scenie z widownią zbudowanej w Centralnym Pawilonie w Giardini. Na tej scenie odbywają się działania i performanse, to tu też codziennie dwójka aktorów odczytuje kolejne strony trzech tomów „Kapitału” Karola Marksa (w reżyserii artysty i filmowca Isaaca Juliena).

„Kapitał” promieniuje też na inne prace. W wielu miejscach wystawy pojawia się wątek pracy prekarnej czy ekonomicznego wyzysku: od wstrząsających relacji z chińskich fabryk, przez czarno-białe fotografie dokumentujące pracę przymusową angolskich więźniów, po postinternetowe i komiczno-bezcelowe filmy Miki Rottenberg. Ale sama wystawa jest rozmyta, wielowątkowa, schlebia regułom świata sztuki, jakby na siłę próbując godzić jego sprzeczności. Sporo tu też malarstwa (ale niektórzy z malarzy inspirują się Marksem), a Enwezor składa kilka artystycznych hołdów dla wielkich i zmarłych, m.in. Haruna Farockiego, Chrisa Markera czy Roberta Smithsona. W porównaniu z propozycją Massimiliana Gioniego sprzed dwóch lat, „Wszystkie przyszłości świata” są o wiele mniej spójne, ale za to wydają się bardziej zintegrowane z – tradycyjnie zaniżającymi poziom całej imprezy – wystawami w pawilonach narodowych.

Biennale Sztuki w Wenecji

kurator wystawy głównej: Okwui Enwezor, Wenecja, do 22 listopada 2015.

Polski Pawilon: C.T. Jasper, Joanna Malinowska, Halka/Haiti. 18°48’05” N 72°23’01” W, kuratorka: Magdalena Moskalewicz.

Recytacja „Kapitału” to zaledwie gest. Sam Enwezor w jednym z wywiadów przyznaje, że zwiedzanie Biennale bardziej przypomina skanowanie niż skupioną percepcję – to raczej próba wyłapania tego, co aktualnie dzieje się w sztuce, co zajmuje dziś artystów. Bo nikt też nie usłyszy „Kapitału” w całości ani nawet w dłuższej części, zostaną nam wyrwane z kontekstu skrawki. Ale „Kapitał” to nie Biblia. Może zresztą ciekawiej byłoby dziś posłuchać czegoś bardziej na czasie – chociażby Thomasa Piketty’ego, autora bestsellerowego „Kapitału w XXI wieku”, dopiero co przetłumaczonego na polski przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Piketty analizuje rosnące od dekad dysproporcje w posiadaniu – ciekawe więc, gdzie taka lektura (także w kontekście procesów ekonomicznych stojących za sztuką) zaprowadziłaby kuratora Biennale.

Isaac Julien  DAS KAPITAL Oratorio / Photo by Andrea Avezzù Courtesy: la Biennale di VeneziaIsaac Julien DAS KAPITAL Oratorio / Fot.Andrea Avezzù, Courtesy: la Biennale di Venezia

Liczba mnoga

Brytyjczyk Jeremy Deller, przy wyjściu z Pawilonu Centralnego wywiesza baner z napisem „Cześć, masz dzisiaj wolne” (Hello, today you have day off). Myślisz sobie: no tak, to o mnie. Przechadzanie się po Biennale, wśród kanałów i zabytków, to jakby na to nie patrzeć – wakacje, nawet dla tych w podróży służbowej. Szybko okazuje się jednak, że tekst przewrotnie zacytowany przez Dellera jest esemesem, który otrzymał pracownik od swego pracodawcy. I nie chodziło o ekstra urlop, tego dnia po prostu nie był potrzebny, a w efekcie – nie zarobił. Dellera interesują stosunki pracy. Dlatego wystawia też nakładane na rękę urządzenie produkowane przez Motorolę, służące do śledzenia szybkości i efektywności pracy w magazynach firmy Amazon. Jeśli pracownik nie trzyma się normy, gadżet daje mu ostrzeżenie. Te współczesne przejawy choroby kapitalizmu epoki postprzemysłowej Deller zestawia z dziewiętnastowiecznym wyzyskiem: zdjęciami kobiet zatrudnionych w przemyśle ciężkim czy ludowymi pieśniami przekazującymi informacje o katastrofach w kopalniach. Wszystkiemu przygrywają odgłosy z fabryk z nagrań w szafie grającej, równie jak te dźwięki nostalgicznej. W pewnym sensie Marks spotyka tu Piketty’ego. Wnioski nie nastrajają pozytywnie.

Z kolei Steve McQueen w hipnotyzującym dyptyku wideo przywołuje postać młodego chłopaka o imieniu Ashes, którego poznał przy okazji kręcenia filmu w Grenadzie. Gdy reżyser powrócił tam kilka lat później, dowiedział się, że rybak padł ofiarą gangu narkotykowego. To dziwne uczucie – patrzymy na jego tryskające erotyczną energią, radosne ciało i wiemy, że od dawna nie żyje, słuchamy bowiem historii o jego śmierci. Czy to też jakaś wizja przyszłości?

Prawdziwą perełką „Wszystkich przyszłości świata” jest zaś film Soni Leber i Davida Cheswortha „Zaum Tractor”, nakręcony w południowej Rosji i okolicznych poradzieckich republikach. Traktory orzą tu w rytm „Święta wiosny” Strawińskiego, a na tle radzieckich modernistycznych budynków recytuje się poezję w nieistniejącym języku zaumnym, wymyślonym przez rosyjskich poetów – futurystów. To wizja przyszłości z przeszłości, jakich zresztą wiele. Stąd pewnie liczba mnoga w tytule wystawy Enwezora.

Jeden procent

Dla większości prekariuszy świata sztuki kilkudniowa wycieczka do Wenecji to spory wysiłek finansowy. Na „Wszystkich przyszłościach świata” widzów Biennale prześwietla Hans Haacke, zapraszając ich do wypełnienia ankiety. Jej pytania skaczą od informacji o życie osobiste do pytań o przekonania: Ile masz lat? Czy sądzisz, że Muzeum Guggenheima ponosi moralną odpowiedzialność za niewolnicze warunki pracy przy budowie swej franczyzy w Emiratach? Jaka jest twoja orientacja seksualna? Czy powinno się zamknąć więzienie w Guantanamo? Aktualne wyniki ankiety wyświetlane są na ekranie. Niektóre zaskakują. Gdy zwiedzałem Biennale kilka dni po otwarciu, zwróciły moją uwagę dane dotyczące zarobków: aż jeden procent deklarował roczne zarobki przekraczające pięć milionów euro. Pięć milionów euro! Zgrywusy czy kolekcjonerzy na wernisażu? No i jak się ma ten jeden procent do urządzenia stosowanego w magazynach firmy Amazon?

Enwezor zaprosił też na Biennale Gulf Labor Coalition, organizację artystów i aktywistów, badającą, nagłaśniającą i krytykującą powiązania zachodnich muzeów, kapitału naftowego i tragicznych warunków pracy budowlańców sprowadzanych do Kataru czy Emiratów z Azji. To GLC jakiś czas temu ogłosiła bojkot Guggenheim Abu Dhabi. Na razie na wystawie wisi ukazujący te powiązania baner przygotowany przez aktywistów, ale na lipiec i sierpień zapowiadane są prezentacje raportu GLC na Arenie Biennale.

Łatwiej jest zrobić ankietę (jak Haacke) niż zbadać, co dzieje się po drugiej stronie wystawy – sprawdzić, gdzie leży kapitał i kto tu kręci lody. Większość prac przygotowanych na Biennale w końcu też znajdzie się na jakimś rynku. Korespondent „New York Timesa”, Scott Reyburn, porównał nawet prezentacje malarstwa na wystawie Enwezora (m.in. Marlene Dumas czy Georga Baselitza) do wystaw w komercyjnych galeriach, zaznaczając, że „finansowe porozumienia z prywatnymi marszandami stojące za tymi obrazami są równie nieprzejrzyste jak woda w weneckich kanałach”. Sporo mówi się też o konsekwencjach o miesiąc wcześniejszego niż zazwyczaj otwarcia imprezy. Na otwarciu w Wenecji nie pojawiło się ponoć sporo ważnych amerykańskich kolekcjonerów (wolą przyjechać do Europy na targi w Bazylei). Z drugiej strony – prace artystów pokazywanych w Wenecji już można nabyć w Miami.



Wojny, ludobójstwa, panujący

Tymczasem w kuratorskiej retoryce pawilonów narodowych sporo nadętych deklaracji, piękno- i pustosłowia, pokoju i dobra w mdlącej dawce. Teksty towarzyszące wystawom czasami czytać trzeba między wierszami. Pijar, sztuka, polityka i spore pieniądze spotykają się chociażby w pawilonie Ukrainy, szklanym kubiku zbudowanym na nabrzeżu między Giardini i placem św. Marka. Obecność ukraińskich artystów w Wenecji w całości zasponsorował oligarcha i kolekcjoner Wiktor Pinczuk (jego zainteresowanie sztuką miało być pomysłem speców od wizerunku) i to jego twarz wita czytelników towarzyszącego zbiorowej wystawie „Hope” folderu. Pinczuk mówi, że pawilon „Hope” jest jednocześnie o wojnie, jak i „nowej Ukrainie”, czyli tej proeuropejskiej, dumnie uczestniczącej w globalnych procesach.

Ale przeczytane, jakby to była cyrylica, „Hope”, po angielsku – nadzieja, jest bliskie ukraińskiemu „hore” – biada, rozpacz. Bo i wizje ukraińskich artystów nie napawają optymizmem. Na przykład Żanna Kadyrowa tworzy serię prac z gazet z całego świata opublikowanych w pierwszą rocznicę aneksji Krymu przez Rosję. Każdemu tytułowi odpowiada kolaż – tłum gazetowych postaci. Kadyrowa ironicznie pokazuje, jak łatwo przechodzimy z niektórymi faktami do porządku dziennego, ale jej praca to także komentarz do miejsca kobiet w mediach i w życiu publicznym – pod tym kątem gazety arabskie nie różnią się wiele od europejskich.

Nad pawilonem Ukrainy wciąż wisi jednak rosyjski cień. Indyjska grupa Raqs Media Collective, rozmieszczając na terenie Giardini serię rzeźb na postumentach z inskrypcjami – cytatami z George’a Orwella, przypomina o nieuchronności abdykacji. Większość z tych rzeźb to wydmuszki – pozbawione ciał draperie królewskich płaszczy, rzeźby zdekapitowane czy pozbawione twarzy. Ta przed pawilonem Rosji, w którym zagościł wysokobudżetowy moskiewski konceptualizm w wykonaniu Iriny Nakhowej, nieprzypadkowo daje się jednak rozpoznać – to nieco zniszczony, ale wciąż podobny do siebie prezydent Putin. Jego popiersie już jest jakby odpiłowane od reszty figury i wydaje się, że wystarczy je delikatnie pchnąć, by spadło. Towarzyszy mu inskrypcja z Orwella: „W końcu nie mogąc tego dłużej znieść, sam odszedł”. Między artystami i narodami dochodzi więc czasem do cichej dyskusji. Ale już specjalny rosyjsko-angielski numer „The Art Newspaper”, rozdawany w pawilonie Rosji, pełen jest przemilczeń. Gazeta, opiewając sukcesy kobiet artystek, wymienia wprawdzie Olgę Czernyszewą i tę o pseudonimie Gluklya jako artystki biorące udział w Biennale, zapomina jednak wspomnieć o krytycznej wobec rosyjskiej rzeczywistości społeczno-politycznej wymowie ich prac prezentowanych na „Wszystkich przyszłościach świata”.

Na wystawie Enwezora nie mogło przecież zabraknąć aktualnych wydarzeń. Pawilon Ukrainy łączy z nią (pokazywana w obu miejscach) praca Mykoły Rydnego „Blind Spot” (ślepy punkt), w której obrazy z Ukrainy Wschodniej zostają w większości zaciemnione, jakby to właśnie działo się z dochodzącymi stamtąd informacjami. Rirkrit Tiravanija zapłacił tajskim rysownikom, by przerysowali zdjęcia demonstracji z całego świata. Na filmie Shivy K oglądamy, jak ze złomu po zniszczonym amerykańskim sprzęcie wojskowym wytopiony zostaje dzwon pokryty perskimi motywami. Ale już nagroda dla wyjątkowo nierównej, wręcz słabej wystawy Armenii w ormiańskim klasztorze na wyspie św. Łazarza, wydaje się koniunkturalna, bo rocznicowa – w tym roku przypada setna rocznica rzezi Ormian, „reklamowanej” tu jako „pierwsze ludobójstwo XX wieku”.



Od Moniuszki po sytuacjonistów

Jak na tym tle prezentuje się wystawa w pawilonie Polski? Jako wenecka średnia. Joanna Malinowska i C.T. Jasper (do niedawna znany jako Christian Tomaszewski), para polskich artystów mieszkających w Nowym Jorku, zabierają polską „Halkę” na Haiti, do wioski Cazale. Część jej mieszkańców jest potomkami polskich legionistów, którzy zamiast stłumić powstanie niewolników, przyłączyli się do nich i potem zostali na wyspie. Moniuszko pisał „Halkę” w połowie XIX wieku, mniej więcej w czasie, gdy krystalizowały się idee Marksa. To opera o nierównościach klasowych i klasowych nieprzystawalnościach. Malinowska i Jasper wzięli ze sobą na Haiti kilku muzyków i śpiewaków. Film zbudowany jest z jednego, szerokiego kadru, opera rozgrywa się pośrodku drogi, flankowanej przez lokalną publiczność, wliczając w to nieodzowną kozę na sznurku. Do opery przygrywa orkiestra z Port-au-Prince, stolicy Haiti – nie wiem, czy nieporadnie, czy po prostu po swojemu – a całość otwiera polonez odtańczony przez lokalną czarnoskórą młodzież.

Z zachodnioeuropejskiej perspektywy i polsko-góralska opera, i Haiti, wypadają równie egzotycznie. Polska perspektywa każe się jednak przyjrzeć temu przedsięwzięciu bardziej krytycznie. Bo nie wystarczą deklaracje artystów, że jechali do Haiti z prezentem, czyli operą Moniuszki, by wyciszyć kolonialny kierunek całej wycieczki (chociaż polski projekt kolonialny skierowany był raczej na wschód). No i polskość znowu jawi się w szlacheckim przebraniu, w kontuszach i żupanach. Taka niedzisiejsza, licealna, przerysowana, ale za to w sztafażu czarnoskórych Haitańczyków. I z kozą na sznurku. W haitańskiej biedzie oglądamy historię nierówności z perspektywy bliższej południowoamerykańskim telenowelom, gdzie świat dzieli się na – nie wiadomo dlaczego – tragicznie biednych i – nie wiadomo dlaczego – bajecznie bogatych, niż marksizmowi. Haiti, jeden z najbiedniejszych krajów na świecie, zniszczony do tego trzęsieniem ziemi, na własny pawilon w Wenecji po prostu nie stać, ale wioska Cazale dostała w prezencie operę.

Kontrpropozycją dla polskiej ekspozycji może być pawilon Belgii, po drugiej stronie Giardini. Belgowie też na pewno mają swoje „Halki”, ale Vincent Meessen i kilku zaproszonych przez niego artystów badają afrykańsko-europejskie relacje na nieco innym poziomie dyskursu, i bardziej aktualne. Na filmie Meessena poznajemy chociażby historię protest songu kongijskiego sytuacjonisty Josepha M’Belolo Ya M’Piku, napisanego przez niego w maju 1968 roku i wzywającego do jedności mas i teoretyków.

W skali Biennale, wielkie tematy łatwo się dewaluują. Lepiej wypadają momenty, w których artyści skupiają się na indywidualnych historiach, jak Steve McQueen czy Jaanus Samma w pawilonie Estonii, który rekonstruuje losy kierownika radzieckiego kołchozu, skazanego za pederastię. Najlepiej czułem się zaś w pawilonie Wielkiej Brytanii, jednym z niewielu miejsc na Biennale pomyślanym z oddechem i bez ścisku co po niektórych mięśni. Sarah Lucas z właściwą sobie niesfornością, posługując się stałymi motywami ze swojej twórczości, zbudowała przestrzeń naładowaną erotyką i humorem. W żółtych pomieszczeniach rozstawiła swoje rzeźby, wariacje erotyczno-jedzeniowo-zwierzęco-sportowe. W autokomentarzu pisze, że skoro reprezentuje Wielką Brytanię, zastanawiała się, jak mógłby się na jej wystawie pojawić Union Jack, brytyjska flaga, ostatecznie jednak zastąpiła go „Spot Painting” – w regularnie rozłożonych kropkach znajdują się tu obrazy z pism pornograficznych. Na wystawie są też koty z obwisłymi rajstopowymi cycami i kremowe erekcje Maradony.