Kurs nieczytania. Protest
Harry Scheihing / CC BY-NC-SA 2.0

16 minut czytania

/ Literatura

Kurs nieczytania. Protest

Łukasz Żurek

W ostatnich latach w polskim dyskursie następuje powrót centrali: coraz ostrzejsza polaryzacja między pozycjami, z których pisze się o kulturze, co skutkuje zamknięciem się na cieniowanie, na inne głosy, samą możliwość ich zaistnienia

Jeszcze 4 minuty czytania

„Mogę (…) tylko zapewnić (…), że moja «naiwność» (…) wynika z figury piętrowej, jaką jest ultranowoczesna podejrzliwość wobec podejrzliwości”.
Agata Bielik-Robson

Tekst Jana Polkowskiego „«Lalka»: pamflet na polskość” („w Sieci” 2015, nr 9) wzbudził śmiech zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Znany poeta zmienia się w nim bowiem w śledczego tropiącego antypolskość, serwilizm oraz afirmację oświeceniowego terroru w „Lalce” Bolesława Prusa. Tekst jest pełen uproszczeń, przekłamań oraz, co gorsza, czytelniczej złej woli, wynikającej z ideologicznego nastawienia Polkowskiego. Rzeczową krytykę artykułu przeprowadził Jerzy Sosnowski na swoim blogu, nie będę więc zajmował się nią w tym miejscu.

To, co mnie interesuje, dotyczy szerszego zjawiska niż sam pamflet na „Lalkę”. Jak to możliwe, że tak kuriozalna interpretacja mogła powstać w 2015 roku w Polsce? Nie satysfakcjonuje mnie odpowiedź, że tekst Polkowskiego jest przykładem na postępujące zidiocenie przynajmniej części polskiej prawicy intelektualnej. Zamyka ona bowiem temat, w efekcie czego wypowiadający ją może z pogardą spoglądać na „ciemnogród”. A przecież równie zabawny byłby tekst, w którym, w ramach zemsty na Polkowskim, lewicowy krytyk próbowałby wykazać, że „Lalka” ukazuje np. przemoc patriarchatu, kleru oraz reakcyjnej arystokracji, że to dzieło – jak przyjęło się powtarzać – „na wskroś współczesne”. Nierozsądna wydaje mi się również uspokajająca sugestia, że to jedynie felietonowe potyczki z wysokonakładowej prasy lub popularnych portali. Jak pokazują przykłady sporów o Sienkiewicza, Gombrowicza, Herberta czy Miłosza, również one wpływają na recepcję danego autora. Sprawa jest więc poważniejsza, niż się wydaje.

Nie przypadkiem ów kuriozalny tekst „«Lalka»: pamflet na polskość” ukazał się w niecały tydzień po tym, jak przez polskie media przetoczyła się kłótnia wokół „Idy” Pawła Pawlikowskiego. W ostatnich latach w polskim dyskursie o kulturze zaobserwować można to, co Przemysław Czapliński opisywał w „Powrocie centrali”: coraz ostrzejszą polaryzację między pozycjami, z których pisze się o kulturze, co w efekcie skutkuje m.in. zamknięciem się na inne głosy, na samą możliwość ich zaistnienia. W skrócie: krytyk związany z „DoRzeczy”, „wSieci” lub „Rzeczpospolitą” najczęściej powie z grubsza to samo o każdej książce i o każdym filmie, podobnie jak krytyk pisujący regularnie dla np. „Krytyki Politycznej” czy „Gazety Wyborczej”. Źródeł tego zjawiska należy szukać w sporach o kanon i krytykę literacką z lat 90. (np. w sporze o „Absolutną amnezję” Izabeli Filipiak), jednak szczególnie ostre zarysowywanie się tej zcentralizowanej opozycji zaobserwować możemy mniej więcej od czasu katastrofy smoleńskiej. To od tego wydarzenia, mocą performatywu Jarosława Marka Rymkiewicza, utrwalonego ostatnio przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, „znowu są dwie Polski”.

Jeśli krytycy lewicowi i prawicowi zajmują przeciwstawne pozycje przy okazji dyskusji o sztuce „krytycznej”, nie dzieje się jeszcze nic złego. Chociaż, jak twierdzi Joanna Krakowska, takie myślenie oznacza koniec krytycznego potencjału sztuki, skoro jej ostrze wymierzone jest w tylko jeden światopogląd. Wspomniany wcześniej casus „Idy” pokazuje za to, że współczesny film, który chce opowiedzieć indywidualną historię, używając jedynie jako tła tematyki stosunków polsko-żydowskich, musi zmierzyć się z zarzutami albo o antypolskość i wybielanie stalinizmu, albo o estetyzm, eskapizm i powielanie antysemickich klisz. Po otrzymaniu Oscara film Pawlikowskiego został absolutnie wykluczony, nie przyznaje się do niego ani lewica, ani prawica. Jak mówiła w rozmowie z Cezarym Michalskim Agnieszka Holland, przypadek „dyskusji” o „Idzie” pokazuje zasadniczą przemianę w naszym myśleniu o sztuce, jaka zaszła w ostatnich kilku latach. Polega ona na tym, że coraz częściej „nie sposób już (…) odbierać i rozumieć innych języków niż te rządzące się gramatyką sporu ideologicznego lub quasi-politycznego”.

Michel Foucault pisał kiedyś o „szantażu Oświecenia”, o sytuacji, w której można być tylko za Oświeceniem (i wtedy automatycznie podpadamy pod zdrowy racjonalizm lub terror postępowości) albo przeciw projektowi Oświecenia (wówczas trafiamy w domenę wiary lub zabobonu). Coś podobnego obserwujemy w naszej kulturze w ostatnich latach. Nieraz w gronie znajomych sam uczestniczyłem w burzliwej dyskusji, w której określona wypowiedź na przykład na temat książki była automatycznie podczepiana pod daną opcję polityczną. Zupełnie tak, jak gdybyśmy oduczali się innego spojrzenia na kulturę, stwierdzając z góry, że jest ono archaiczne.

To oduczanie się możliwości zmiany w interpretacji najgorzej wpływa na recepcję literatury, która miała nieszczęście powstać kilkadziesiąt lub kilkaset lat przed XXI wiekiem. Sienkiewicz może wówczas stać się ojcem założycielem polskiego zapóźnienia cywilizacyjno-kulturowego, a Prus partnerem „antypolskiej”, kawiarnianej lewicy. Jak celnie zauważył Łukasz Pawłowski, polska lewica i polska prawica, z pozoru tak różne, upodabniają się do siebie w momencie, gdy mówią o kulturze. Łączy je bowiem wspólny imperatyw napędzający całą maszynkę retoryczną politycznej krytyki: „Zapomnij o tych elementach kultury, które uważasz za niewłaściwe i szkodliwe. Dowartościuj te, które uważasz za słuszne i użyteczne”.

Problemem nie jest jednak sam fakt, że polityka i – szerzej – polityczność wchodzą do sztuki i dyskursu o niej. Najbardziej rzetelna interpretacja „Idy”, jaką czytałem, to interpretacja prowadzona właśnie z perspektywy politycznej. Gorzej, że centrum myślenia o kulturze, nowa centrala, tak łatwo rozdaje role, a my się na to zgadzamy, nie szukając innych dróg w myśleniu i pisaniu o kulturze. Doskonale wiemy, jak wypowiadać się na dany temat i jakie tematy poruszać, aby zyskać uznanie w oczach krytyków politycznych. W efekcie możemy nagle stać się Michałem Sutowskim, który nie rozumie, jak pisarka Małgorzata Halber może wypowiadać sprzeczne ze sobą poglądy, skoro jasno wykazano, że nie może.

Nie sposób z tej centrali po prostu wyjść. Nie bronię mitycznego konsensusu, nie uważam również, że w światopoglądowym sporze między lewicą a prawicą prawda „leży pośrodku”. Opisanie podobieństw łączących polityczną krytykę może natomiast osłabić nieco „przezroczystość” i „naturalność” praktyk zubażających myślenie. „«Lalka»: pamflet na polskość” posłuży mi tutaj jedynie jako przykład „powrotu centrali”. Zagęszczenie chwytów retorycznych i erystycznych obecnych w tym tekście sprawia, że staje się on (nieświadomie) karykaturą całej politycznej krytyki.

„Mówię, jak jest”

W tekście Polkowskiego uderzył mnie jego radykalny prezentyzm. Dzieło Prusa, pomimo opisywanego kontekstu zaboru rosyjskiego, w gruncie rzeczy nie jest dla autora czymś, co powstało w określonym czasie, miejscu, w określonej poetyce itd. „Lalka” przydaje się do opisania choroby trawiącej jego zdaniem polską kulturę od setek lat – choroby, którą zdaniem Polkowskiego zauważyć można również w recepcji powieści Prusa. Jak pisze, „Polska humanistyka w wypadku Prusa pieczołowicie pielęgnuje peerelowskie tradycje poddańcze, uprawiając raczej ideologiczną publicystykę niż badania (…)”. „Ideologiczna publicystyka” to według autora interpretacje „Lalki”, w których nikt nie zarzucił temu utworowi antypolskości, czyli, o ile mi wiadomo, cała tradycja badań nad powieścią Prusa. Dopiero Polkowski jest tym, który ma odwagę, aby powiedzieć prawdę o ideologicznym wymiarze przygód Wokulskiego, sam oczywiście zacierając ideologiczność swojej własnej pozycji. Próba polemiki z tą co najmniej słabą interpretacją byłaby przez Polkowskiego rozumiana jako „rozmywanie pojęć”, „nihilistyczne anything goes”, aby na końcu zostać podciągnięta pod antypolskość, serwilizm itd. Koło krytycznej nadświadomości niełatwo jest zatrzymać. Autor „Cantus” sądzi zapewne, że – żeby zacytować popularny na polskiej prawicy kanał youtube’owy – „mówi, jak jest”.

Ta fraza („mówię, jak jest”) towarzyszy zarówno krytykom prawicowym, jak i lewicowym. Ci pierwsi wypowiadają ją zazwyczaj w imię obrony „prawdy”, zakłamanej przez „polityczną poprawność”, najczęściej nie dostrzegając, że bronią ponadhistorycznych wartości na potrzeby doraźnej polityki. W przypadku lewicy sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Świadomość kulturowego charakteru tego, jak postrzegamy świat, podzielana przez lewicę wyrastającą z uniwersytetów, uniemożliwia bowiem obronę tej samej prawdy, w którą wierzy – naiwnie lub i nie – prawica. Lewica najczęściej zatem „mówi, jak powinno być”. Zawsze można bowiem bronić różnorako pojmowanej „sprawiedliwości”, wielkiego hasła, które usprawiedliwia robienie z danego tekstu literackiego alegorii palącego problemu społeczno-politycznego. Zdarzają się jednak przypadki takich wypowiedzi o kulturze, jak wywiad, który Artur Żmijewski przeprowadził z Janem Ołdakowskim. Znany artysta udaje w nim, że broni „obiektywizmu” oraz „weryfikacji hipotez, danych, opinii”. Widać tu jak pod mikroskopem to, co Agata Bielik-Robson określiła kiedyś jako „cyniczny rozum ideologii” (pożyczam to określenie jako termin, nie pojęcie). Żmijewski nie wierzy bowiem ani w obiektywizm, ani w weryfikację hipotez, a już na pewno nie wierzy w to, że „polityka to nie nauka”. Gdy trzeba jednak zdyskredytować swojego wroga w imię „mówienia, jak powinno być”, można ustawiać się po stronie ratio, w którą się nie wierzy.

„Przerost formy nad treścią”

Polkowski tak pisze pod koniec swojego tekstu: „«Lalka» jest zlepiona z dwóch książek: ze wspaniale napisanego melodramatu ozdobionego mistrzowsko opisanymi scenkami rodzajowymi i ze zbudowanego na kłamstwie ideologicznego pamfletu na okupowaną Polskę”. Z jednej strony mamy więc u Prusa kunszt literackiej kompozycji i języka, z drugiej zaś – ideologiczną treść zasługującą na naganę. Można się domyślić, że ta pierwsza, należąca do domeny uwodzącej człowieka estetyki, stanowi jedynie przykrywkę dla tej drugiej, tak jak słodka polewa może skrywać truciznę.

Opozycja formy i treści, zdawałoby się wygnana wraz z narodzinami nowoczesnej teorii literatury, powraca w recenzjach z nurtu krytyki politycznej. Krytycy prawicowi często powołują się na nią, by zdiagnozować postulowaną przez nich słabość literatury tworzonej przez kulturalny Salon, jej niezdolność do opisywania rzeczywistości. Przykładów jest wiele – według Andrzeja Horubały Jerzy Pilch od lat daje „ujście swemu słowotokowi, ślizgając się po powierzchni zdarzeń serio” a „Sońka” Ignacego Karpowicza to książka „niebezpiecznie uwodząca” swoją formą. A zatem: „postmoderniści” zajmują się sobą i swoim językiem, a rzeczywistość jest albo fałszowana przez dyktaturę politycznej poprawności, albo pozostaje nieprzedstawiona.

Niczym innym niż kolejną reprodukcją opozycji formy i treści jest również głośna krytyka „wierszy, które żadną miarą nie ochronią nas od zimna, wierszy zbudowanych jedynie z przeglądających się w sobie słów” przeprowadzona przez Andrzeja Franaszka. Krakowski krytyk bronił w swoim tekście uniwersaliów poezji – jej obowiązku wyrażania tych samych wartości, co klasycystycznie odczytany Miłosz – przeciwko zalewowi wierszy, które, rzekomo, nie mówią o niczym innym niż o sobie samych. W tym wypadku „postmoderniści” przypominają swoje internetowe karykatury, są nihilistami i ironistami zajętymi formą bez treści. Zdaniem Franaszka poezja polska upadła i tylko nieliczni bronią jeszcze jej życiodajnego źródła, czyli – w skrócie – klasycyzmu w wydaniu „Zeszytów Literackich”. Jeśli ktoś nie przepada za tym rodzajem poezji, to po prostu się myli.

Lewicowe zniechęcenie do „przerostu formy nad treścią” wyraził z kolei Igor Stokfiszewski we wstępie do „Zwrotu politycznego”. Idąc za analizami Fredrica Jamesona, który w postmodernistycznym pluralizmie zauważył logikę późnokapitalistycznego wolnego rynku, krytyk diagnozuje upadek „mauzoleum ponowoczesnego liberalizmu”. Stokfiszewski, nie dbając o różnice w stanowiskach poszczególnych pisarzy i artystów, zaliczył do niego właściwie całość kultury powstałej po 1989 r.; drwi bowiem zarówno z „metafizycznej bujdy, egzystencjalnych paroksyzmów”, jak i „symulującej awangardę dekonstrukcji”. Wymowa jest prosta i ma posmak szantażu: albo jesteś z nami, a zatem poprzez literaturę zaangażowaną lewicowo budujesz „nową uniwersalną wspólnotę na bazie różnic, które wydają się przygodne”, albo naiwnie bawisz się językiem, a zatem (nieświadomie lub świadomie) jesteś po stronie neoliberalnej hegemonii. Manifest Stokfiszewskiego znacząco oddziałał na kulturę ostatniej dekady, co pokazuje m.in. zapis rozmowy, którą Aldona Kopkiewicz przeprowadziła ze Szczepanem Kopytem, Konradem Górą i Kirą Pietrek. Poeci i poetka zgodnie stwierdzili, że jedyną alternatywą dla obecnych nurtów klasycystycznych i awangardowych jest poezja zaangażowana społecznie, reagująca na palące problemy. Czy takie deklaracje mogą zrodzić coś innego niż poetyckie moralizatorstwo, odpowiednik prozy Sylwii Chutnik i Joanny Bator lub Marcina Wolskiego i Rafała Ziemkiewicza? Wątpię.

Co przeszkadza mi we wszystkich opisanych wyżej poglądach? To, jaką wyznaczają mi pozycję w stosunku do tekstów kultury. Według Kingi Dunin ktoś taki, jak ja, któremu „Ida” (upraszczając sprawę) trochę się podobała, a trochę nie, podpada pod jedną z czterech kategorii: Chama, Polaka, Żyda lub Estety. Niezgoda na znajdowanie się w którejkolwiek z nich nic nie znaczy – krytyczna nadświadomość wie bowiem lepiej, kim jestem oraz co i jak powinienem czytać/oglądać.

Najpoważniejszą bolączką życia we współczesnej centrali – znacznie słabszej, zaznaczmy dla zachowania proporcji, niż ta PRL-owska – jest właśnie to, że skutecznie zabezpiecza się ona przed cieniowaniem, dookreślaniem stanowisk, przed idiomatycznością głosu. Mówiąc metaforycznie: nie ma w niej miejsca na kogoś, kto bez klasowego/estetycznego/narodowego poczucia winy czyta Rymkiewicza i Witkowskiego. Nie ma w niej miejsca na paradoks, którego nie mogłaby znieść dialektyka. Zgadzam się z Tadeuszem Sławkiem, gdy pisze, że coraz mocniej utrwala się obraz rzeczywistości, „w której albo przynależymy do bezwzględnie skonfliktowanych ugrupowań narzucających swym zwolennikom sformatowany obraz świata, albo – co jeszcze groźniejsze – wyłączamy się z uczestniczenia w czymkolwiek, nie znajdując dla siebie miejsca w tak skonstruowanym świecie”.

Mówimy o kulturze coraz prościej i powierzchowniej, coraz prostsze wyznaczając jej zadania. Coraz częściej uznajemy, że wyjściem dla rozkiełznanego „ja” jest albo jego zamknięcie się na świat, na wspólnotowość, albo zapisanie się do jednego z politycznych obozów. Nie widzę na razie możliwości na wprowadzenie zmiany w tej centrali. Nie mam jednocześnie zamiaru się na nią zgadzać. Najchętniej w zakończeniu zacytowałbym fragment z „Polski” Świetlickiego („[…] odczekuję ironiczną, gorzką / chwilę, krzywię się / i triumfalnie zaprzeczam”), gdyby nie to, że i ten gest byłby odczytany jako podanie ręki określonej opcji politycznej. Koło krytycznej nadświadomości niełatwo jest zatrzymać.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.