Segregowane suche
fot. Simon Collison / CC BY-NC-ND 2.0

13 minut czytania

/ Sztuka

Segregowane suche

Marcin Wicha

Po '89  żaden redaktor nie schodził już do zecerni. Nikt nie jeździł po szczotkowe odbitki. Kontakt z klasą robotniczą zastąpiły rozmówki w studiu graficznym, pełnym obrotowych foteli i komputerów Apple. Był to początek dematerializacji prasy, na długo przed internetem

Jeszcze 3 minuty czytania

1.

Przez większość swojej historii gazety wyglądały fatalnie. Były szpetnym wytworem epoki przemysłowej. Albo gorzej, bo nie ratowała ich nawet racjonalna brzydota maszyn lub żeliwnych konstrukcji, brzydota, która uderza w poczucie estetyki, ale zarazem budzi podziw, inspiruje artystów, pokazuje przyszłość.

Tylko czasami dziennikowa kolumna miała wyraźny środek ciężkości („WOJNA!”) i przejrzystą kompozycję. Na co dzień czytelnicy dostawali tapetę nieczytelnych ilustracji i niechlujnych tekstów. Plątaninę tytułów, mieszaninę różnych krojów i wielkości pisma. I jeszcze poutykane rysuneczki, winiety, ozdobniki.

W XX wieku codzienne gazety były karykaturą typografii. I na dodatek brudziły palce.

2.

To logiczne, że redakcje przypominały fabryki. Swoją drogą, musieliśmy zapomnieć, jak wyglądał prawdziwy przemysł, żeby przywyknąć do określeń w rodzaju „Fabryka woni” lub „Fabryka słów i idei”. W młodzieżowej powieści „Emil i detektywi” (z 1929 roku) można przeczytać:

„Budynek redakcji był ogromny. Prawie tak duży jak komenda policji. Na korytarzach panował taki gwar i bieganina, jak gdyby odbywał się bieg z przeszkodami. (…).

Po zrobieniu zdjęcia pan Kästner zabrał go do zecerni – był tam taki hałas, jakby trzaskało tysiąc maszyn do pisania – oddał jakiemuś mężczyźnie kartki napisane pod dyktando przez ładną blondynkę i powiedział, że zaraz wróci”.

Pierwsze polskie wydanie „Emila” ukazało się jeszcze przed wojną. Tłumacz – takie były obyczaje – przeniósł akcję z Berlina do Krakowa. Łatwo więc sobie wyobrazić, że opisana scena miała miejsce w Pałacu Prasy, pompatycznej siedzibie koncernu IKC przy ulicy Wielopole.

Przekrój budynku ujawniał hierarchię: na dachu urządzono taras, gdzie goście redakcji pozowali do zdjęć z panoramą miasta w tle. Niżej mieścił się imperialny gabinet naczelnego. Niżej piętra pełne dziennikarzy, rzędy biurek, tłumy stenotypistek bębniących w klawisze. Na samym dole pracowali drukarze. Tam stały linotypy, skrzyżowanie maszyny do pisania z lokomotywą. A także prasy rotacyjne wyrzucające każdej nocy ćwierć miliona egzemplarzy „Kuriera”.

Zdjęcia z Pałacu zamieścił inżynier Eugeniusz Porębski w książce „Cuda techniki” (1928), zapewniając przy okazji, że „nasze drukarstwo znacznie wyprzedziło zagranicę, a szczególniej Niemcy, które są bądź co bądź, kolebką drukarstwa”.

3.

Parę lat temu do dawnego Pałacu Prasy wprowadziła się jakaś firma komputerowa. Warszawska drukarnia „Życia Warszawy” też czeka na swój los: pusta skorupa z ciemnymi oknami. Jeszcze pamiętam, jak wieczorami wydobywał się stamtąd pomruk, stłumiony warkot. Ściany drżały, jakby w środku trzymali jakiegoś zwierzaka. Można było nabrać przekonania, że gazeta czerpie energię z drukarni. Karmi się jej siłą, oderwana od maszyn straci całą moc.

Można powiedzieć, że chodziło o własność środków produkcji.

4.

Po drugiej wojnie państwo zapewniło sobie monopol na wszelkie urządzenia poligraficzne, od rotacji do powielaczy. Nawet maszyny do pisania poddano ścisłej kontroli, a zdobycie najskromniejszego choćby powielacza stało się pierwszym celem wszelkich konspiracji (nic nowego: już w historii Stawrogina i studenta Szatowa zakopana drukarenka odegrała kluczową rolę).

Jednocześnie, zgodnie z logiką systemu, budowano ogromne kombinaty poligraficzne obsługujące różne tytuły. Dziennikarze zamienili się tam w petentów, w natrętnych gości.

W „Pamiętnikach drukarzy” znajdujemy opis, który pokazuje początki tego procesu. Rzecz dzieje się w Łodzi w 1945 roku, a tekst powstał w 1955, co tłumaczy jego socrealistyczną ekspresję:

„«Jeszcze jeden telefon!» – na głos dzwonka ostro reagują nerwy towarzysza S. Zmęczony sięga po słuchawkę. – «Zapewne znowu prośba o przyspieszenie druku». (…)

– Towarzyszu majorze, to jest niemożliwe do przeprowadzenia. Mamy w mieście tylko jedną 32–stronicową maszynę rotacyjną, która drukuje kilka dzienników, całą «kupę» tygodników, dwutygodników…”

A chwilę potem:

„Tow. S. podniósł słuchawkę i połączył się z zecernią.

– Towarzyszu T., jak z gazetami?

– Dyrektorze, niech to cholera weźmie – grzmiał głos w słuchawce. – Jakby się wszyscy umówili, wszyscy pchają się na linotypy i w żaden sposób nie możemy przepchnąć ani jednej całej gazety. (…). Zróbcie coś z tymi – pożal się Boże – redaktorami, bo mnie szlag trafi. Sami nic nie umieją, a słuchać nie chcą. Ważniaki!”.

5.

Jeszcze w maju 1989 roku „Gazeta Wyborcza” zamieściła życzenia z okazji Dnia Drukarza:

„Dziękujemy załodze Domu Słowa Polskiego, która okazała tyle życzliwości i wyrozumiałości wobec naszych błędów wynikłych z braku doświadczenia. Dziękujemy linotypistom i metrampażom, którzy zgłosili się na nasz apel i po pracy w swoich drukarniach przychodzą do DSP pomóc naszej gazecie (…)”.

W PRL druk wyniósł się do wielkich zakładów, gdzieś na Wolę czy Pragę. W epoce transformacji powędrował do fabrycznych hal na obrzeżach miast. I dalej, aż zniknął hen za siedmioma górami, w specjalnych strefach ekonomicznych.

Żaden redaktor nie schodził już do zecerni. Nikt nie jeździł po szczotkowe odbitki. Nie dyżurował w redakcyjnym boksie Domu Słowa Polskiego. Górny pokład został na swoim miejscu. Maszynownia zniknęła. Towarzyszy sztuki drukarskiej wyparli graficy, operatorzy, informatycy. Kontakt z klasą robotniczą zastąpiły rozmówki w studiu graficznym, pełnym obrotowych foteli i komputerów Apple.

Niektórzy starsi dziennikarze przejawiali jeszcze pewien klasowy dystans.

– Czy jest jakiś wolny łamacz? – wołał publicysta Z.

– Połamać to ja ci mogę ręce – warczał grafik znad klawiatury i, dziwnym trafem, polityczne analizy redaktora Z. jakoś nigdy nie chciały się zmieścić (dziś publikuje na jednym z portali).

A potem ktoś kręcił PDF-a („Skręć PDF-a!”), ktoś wołał „Światełko!” – ten okrzyk rozbrzmiewał, nawet gdy proces naświetlania klisz przeszedł do historii. I tylko czasami dzwonił telefon z produkcji: „Jak to «zsyłamy się wcześniej»? Dlaczego? I co z tego, że gołoledź?”.

Był to początek dematerializacji prasy, na długo przed internetem.

6.

W latach 90. zaczął się czas składu komputerowego i nastąpiła epoka wielkiego porządkowania. Teksty nie musiały się już tłoczyć i przepychać. Ustawiały się równo jak grządki w warzywniku.

W złotych czasach prasy codziennej żaden absolwent ASP nie stał między redaktorem („Dajcie to na pierwszą stronę”), a metrampażem czy zecerem. Teraz pojawili się dyrektorzy artystyczni. Pod ich okiem gazety piękniały. Piękniały i słabły.

Co nie oznacza, że dizajn wykończył prasę. Gazety przełomu wieków przypominały ostatnie żaglowce albo zeppeliny. Były szczytowym osiągnięciem odchodzącej technologii. Jak zwykle: doskonałość kroczyła przed upadkiem.

7.

Kto jeszcze pamięta męki metalowego składu? Wystarczyło, że tekst był za krótki i w kolumnie pojawiała się dziura. Nieraz trzeba ją było zatykać jakimś poręcznym przysłowiem lub aforyzmem. Spotkałem się nawet z opinią, że wprowadzenie w Niemczech cyfrowego składu zakończyło erę popularności Stanisława Jerzego Leca.

A jaką męką było wówczas przykrawanie tekstów! Dopiero po przejściu na skład komputerowy technika skracania rozkwitła. Edytorzy mogli „skracać po przymiotnikach”. Urywać słowa w dowolnym miejscu artykułu.

– Napisz to na siedem tysięcy znaków – zaproponował mi pewien redaktor.

– Przecież zmieści się tylko pięć.

– Mistrzowską lakoniczność zapewnię we własnym zakresie – odparł.

8.

Z pierwszego, jeszcze przedkomputerowego, layoutu „Gazety Wyborczej” najlepiej zapamiętamy winietę. Była pionowa. Sterczała jak wystawiony paluch. Sygnalizowała, że tytuł różni się od wszystkich innych dzienników drukowanych w Domu Słowa Polskiego. Właściwie, od wszystkich innych pism drukowanych na wschód od Łaby.

Winieta prężyła się i wciągała brzuch, żeby zająć jak najmniej miejsca potrzebnego na wiadomości, wciąż jeszcze redagowane telegraficznym stylem podziemnych gazetek. Jak w songu Witolda Dąbrowskiego: „więc nie będzie komendy spocznij / pożyjemy sobie na baczność”.

Komenda „spocznij” padła w 1995 roku. Na wniosek kioskarzy, winieta GW obróciła się o 90 stopni. Zajęła właściwe dla wszystkich winiet miejsce na górze. Teraz już można było po pańsku szastać marginesami.

Najwyraźniej musiało minąć kilka lat demokracji, żeby zaakceptowano i doceniono wolne przestrzenie w gazecie. Hasło „światło elementem graficznym” przyszło wraz utrwaleniem wolności słowa. Nawiasem mówiąc, jeśli usłyszycie grafika wypowiadającego tę formułę, możecie w ciemno przyjąć, że kiedyś, w innym życiu, pracował w „Rzeczpospolitej”.

9.

W tym historycznym pierwszym layoucie był jeszcze jeden zdumiewający – przynajmniej z dzisiejszej perspektywy – szczegół: pieczołowitość, z jaką oddzielano informację od komentarza. Opinie odkreślano pionową kreską i dla pewności wyróżniano kursywą (italik przypomina pismo odręczne, więc ma w sobie coś osobistego). Był z tym problem. Jak to ujął pewien dziennikarz, zresztą zupełnie innego tytułu: „Kursywy nikt nie czyta”. Miał rację, więc z czasem porzucił pisaninę, został gwiazdą radia i telewizji.

Natomiast zatarcie granicy między opisem i komentarzem stało się z czasem największą siłą mediów.

10.

Czy tytuł zapisany w dwóch liniach rzeczywiście jest ładniejszy niż tytuł w jednym wierszu?
Czy lead rozbity na dwa zdania i podzielony linią wygląda lepiej niż pojedynczy wyimek?
Czy zdjęcia i szpalty tekstu dążą do jakichś idealnych proporcji? Może szukają złotego podziału?
Układają się w ciąg Fibonacciego? A wszystko na kawałku papieru, który jutro powędruje do kubła z napisem „segregowane suche”.
Właściwie po co dawać zdjęcia na pół kolumny? Żeby czytelnik mógł obejrzeć każdą cegłę rumowiska? Każdy detal wyretuszowanej fizjonomii? A może chodzi o uczucia, jakie wywołuje obraz? „Zdjęcia to emocje, a litery to tylko litery” – nauczał pewien ekspert.
W rzeczywistości trwała wojna o terytorium. Zdjęcia rosły po to, żeby teksty były krótsze. Rosnące obrazy zapewniały mistrzowską lakoniczność artykułów.
Projektantom nie chodziło o urodę. W gazetowym layoucie ukrywali kod DNA gazety. Makieta to próba narzucenia właściwego, pożądanego sposobu pisania. Wzorca, ramy i sztancy dla przyszłych tekstów. Określenia ich rozmiaru, formy, charakteru („Pisz same fakty, opinie dasz w ramce”). Inna rzecz, że system nie został domknięty i nad każdą stroną toczyły się negocjacje.

– Nie dałoby się zmniejszyć litery? A może wyrzucić obrazek i dać więcej tekstu? Przecież tego nie da się już bardziej skrócić – mówili dziennikarze. Po latach większość z nich zamieszkała na Twitterze.

Wystarcza im 140 znaków.

11.

W tym wszystkim krył się pewien paradoks. Brzydota dawnych dzienników oddawała chaos i pośpiech nowoczesnego życia. Określenie „gorący skład” świetnie to wyrażało.

Doskonałość formy, osiągnięta u progu XXI stulecia, niosła nudę. Istotę problemu dostrzegli wydawcy brukowców, ale było już za późno.

Wiele osób sądzi, że redagowanie tabloidu jest proste. Wymagało jednak zabicia w sobie większości dziennikarskich odruchów. „Robimy gazetę złożoną z samych wyjątków” – zapowiadali projektanci „Faktu”. Żadnego porządkowania, żadnego układania, objaśniania. Zamiast tego – więcej emocji. I więcej szczegółów.

Znakiem rozpoznawczym polskiego tabloidu stały się kółka ze zdjęciami, pieszczotliwie nazywane bablami („bubble”). To był świat widziany w detalu. Uchwycony w lunecie snajpera albo pod mikroskopem. Kawałki układanki, które tylko czekają, żeby wskoczyć na swoje miejsce („ludzie to świnie”, „wszyscy, panie, kradną”).

Myślę, że „Fakt” to pomnik projektowania przełomu stuleci. Żaden inny projekt tak bardzo nie przypominał rodzimego krajobrazu, w wersji sprzed uchwalenia ustawy krajobrazowej. To ostateczny dowód, że ten rzekomy brak reguł w praktyce oznacza tępą nudę kilku powtarzalnych rozwiązań. I licytację przymiotników.

12.

„Telegraf, linotyp, maszyna rotacyjna i środki nowoczesnej komunikacji podały sobie ręce, by wielkie zdarzenia stawały się dostępne w jak najkrótszym czasie” – zachwycał się inżynier Porębski w „Cudach techniki”.

Sojusz linotypu i środków nowoczesnej komunikacji trwał kilkadziesiąt lat. Potem nastąpiło zerwanie przymierza i Koniec Prasy Drukowanej. Tylko czy może istnieć prasa niedrukowana? Przecież w samym słowie „prasa” tkwi „urządzenie do wywierania nacisku na jakiś materiał lub przedmiot”.

„Minister podał się do dymisji pod naciskiem prasy” – to jeszcze potwierdzenie siły. „Ustąpił pod presją mediów” brzmi już jak relacja z seansu spirytystycznego.

Oddajcie maszynę na złom. Jaka siła stanie za nami, gdy jej zabraknie? Jeśli nie „PRESS”, to co napiszą reporterzy na swoich pomarańczowych kamizelkach? „Publikuję w sieci”? „Mam tłumy followersów”?