ARCHIWA: Zapiski z błękitnego notesu
archiwum filmowe Jerzego Płażewskiego, fot. Anna Bielak

11 minut czytania

/ Film

ARCHIWA: Zapiski z błękitnego notesu

Rozmowa z Jerzym Płażewskim

Kolekcjonuję zapiski na temat filmów od 70 lat. Swoje miejsce w katalogu ma ponad 14500 filmów. Notatki na temat konkretnego filmu potrafię znaleźć w ciągu 30 sekund

Jeszcze 3 minuty czytania

ANNA BIELAK: Skąd pragnienie i potrzeba budowania archiwum? Dzisiejszym krytykom towarzyszy poczucie, że nie są w stanie ogarnąć wszystkiego, że żyją w epoce powszechnego nadmiaru. 
JERZY PŁAŻEWSKI: Ja nie mam takiego poczucia. Na początku lat 50. w Polsce nie było żadnych książek o kinie. A przed wojną istniała stosunkowo nieliczna, ale zasługująca na uwagę grupa krytyków filmowych. Ci, którzy byli żydowskiego pochodzenia, zostali wykończeni przez hitlerowców. Poza nimi o kinie pisali autorzy, którzy wyemigrowali i po wojnie nie wrócili już do Polski. Nie chcieli żyć i pracować w ówczesnym ustroju. Zacząłem pisać w latach 40. i moje „Szkice filmowe”, wydane w 1952 roku, były pierwszym tekstem analitycznym o kinie w Polsce. Znałem dobrze francuski i rosyjski, więc zanim zaczęły się pojawiać książki filmowe po polsku, uczyłem się, czytając zagraniczne pozycje. Dopiero w latach 50. autorzy recenzji zaczęli uwzględniać szersze zagadnienia i pisać o twórczości wybranych narodów, reżyserów lub aktorów. Książki o kinie zaczęły się robić modne. Zbierałem je od początku.

Prawdziwy początek pana drogi to jednak historia. Zajmowanie się nią w latach 40. nie sprzyjało budowaniu uczciwego obrazu dziejów. Na polu kinematografii było łatwiej?
Próbowałem pisać o historii po 1945 roku jako eks-redaktor konspiracyjnego pisma młodzieży szkolnej „Młody Nurt”. Po jakimś czasie odkryłem, że pisanie o filmie jest dużo łatwiejsze niż pisanie o historii II wojny światowej. Moją jedyną powieścią była wydana w 1952 roku „Szabla i pióro: rzecz o jenerale Hauke-Bossaku” – dowódcy podczas powstania styczniowego. Jego rodzina była prorosyjska. On sam, z nadania cara, swojego czasu dowodził oddziałami rosyjskimi na Kaukazie. Starał się polepszyć stosunki Rosjan z Czeczeńcami i został usunięty ze stanowiska. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe, zdezerterował z armii carskiej i stanął po stronie Polaków. Sądziłem, że cenzorzy, którzy oceniali tekst, będą bardzo krytyczni wobec wątku powstańczego. Tymczasem okazało się, że ogromne kontrowersje wzbudziło życie Hauke-Bossaka na Kaukazie. Uświadomiłem sobie wtedy, że cenzura jeszcze długo nie przestanie ingerować w teksty polityczno-historyczne. Łatwiej będzie ją uwieść i zwieść, jeśli będzie się pisać o kinie. I miałem rację. Cenzorskie ingerencje w recenzje filmowe były niewielkie. Co prawda próbowano nakłaniać krytyków do pisania o filmach hołdujących ZSRR; odradzano zajmowanie się kinem zachodnioeuropejskim czy hollywoodzkim. Zakazać pisania nikt nam jednak nie mógł. O filmach można było mówić prawdę, budować klarowny obraz rzeczywistości i uczciwe archiwum przeszłych wydarzeń.

Jerzy Płażewski

Urodził się w 1924 roku w Siedlcach. Podczas II wojny światowej był redaktorem naczelnym pisma „Młody Nurt” (1942–1944). Od 1949 roku pracował w tygodniku „Film” i pisał do „Życia Literackiego”. W latach 1956–1957 kierował miesięcznikiem „Film na Świecie”. W 1960 założył w Warszawie Kino Dobrych Filmów „Wiedza” i kierował nim do 1985. W 1965 obronił pracę doktorską z filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1968 był kierownikiem działu zagranicznego miesięcznika „Kino”. Jest w dalszym ciągu członkiem redakcji tego pisma. Autor wielu publikacji poświęconych kinu, był jurorem na festiwalach w Cannes, Berlinie i wielu innych. Dwukrotny laureat Nagrody im. Karola Irzykowskiego, w 2008 roku odznaczony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Jaką strukturę ma pana archiwum?
Archiwum filmowe tworzę od około siedemdziesięciu lat. Kolekcjonuję zapiski na temat filmów znaczących coś szczególnego dla kultury. Kiedy później chcę coś objaśnić lub porównać jeden tytuł do drugiego, sięgam po spis rzeczy [Jerzy Płażewski otwiera szufladę biurka i wyjmuje pierwszy z czterech notesów, w których mikroskopijnym tytułom filmowym przypisane są pięciocyfrowe numery katalogowe]. Swoje miejsce w katalogu ma ponad 14,5 tysiąca filmów. Notatki na temat konkretnego filmu potrafię znaleźć w ciągu trzydziestu sekund [na drewniany stolik trafia niebieski zeszyt w twardej oprawie]. Szukam tytułu w małym notesie, gdzie zapisuję wszystko alfabetycznie. Tytuły w znanych mi językach zapisuję w oryginale, ale chińskie lub węgierskie po polsku. Sprawdzam przypisany danemu tytułowi numer i odnajduję go w jednym z zeszytów. Każdy zawiera zapiski od–do, dajmy na to od numeru 1200 do 1400. Odnajduję tytuł, obok niego widnieje nazwisko reżysera i notatki. Nie zapisuję streszczeń filmów, ale dygresje, bon moty i ulotne wrażenia. Najłatwiej się o nich zapomina i można się bez nich obyć, ale dzięki nim jest potem łatwiej pisać i stworzyć atmosferę, która najlepiej oddaje film.

Archiwum Jerzego PłażewskiegoArchiwum Jerzego Płażewskiego, fot. Anna Bielak

Często robię notatki w trakcie oglądania filmu, ale wyrzucam je po napisaniu recenzji. Wydaje mi się, że przestają być potrzebne.
Przechowywanie notatek jest bardzo potrzebne. Daleko lepiej napisać recenzję, która porusza okołofilmowe tematy, przywołuje skojarzenia i inne filmy pod jakimiś względami podobne lub ukazujące przeciwstawny punkt widzenia, niż opisywać wyłącznie bieżący tytuł. Ludzie, którzy widzieli filmy, do jakich odnosi się krytyk, łatwiej przyswajają treść nowego. Łatwiej im też ocenić, czy jest on dobry czy zły, potrzebny lub niepotrzebny. Zacząłem robić zapiski na początku lat 50. Filmów obejrzanych wcześniej nie zarchiwizowałem od razu. Tytuły sprzed roku 1952 zaczęły się pojawiać w katalogu z czasem, kiedy w rozmaitych okolicznościach miałem okazję do nich wrócić. Uwzględniam starsze tytuły, kiedy wiem, że mam do czynienia z filmami, które można uznać za prekursorskie dla jakiegoś nurtu lub gatunku.

NOWE OTWARCIE I FESTIWAL NINA WERSJA BETA

Między 25 a 27 września 2015 w nowym, otwartym w końcu maja przy Wałbrzyskiej 3/5 budynku Narodowego Instytutu Audiowizualnego odbędzie się festiwal, którego tematem będą CYFROWE OPOWIEŚCI. Jeden z wątków będzie dotyczył archiwów afektywnych – żywego zbioru, który wzbudza emocje i zaangażowanie. Na jesieni ukaże się także książka „Leksykon archiwów afektywnych”, pod redakcją Giulii Palladini, Marca Pustianaza oraz Katarzyny Tórz (wydawnictwo: NInA & Słowo/obraz terytoria), która nie ma być naukowym zbiorem tekstów na temat archiwum jako pojęcia, lecz notatnikiem – kolekcją spotkań z archiwami, rozumianymi jako praktyka angażująca.

Co jeszcze, prócz pana notatek, znajduje się w archiwum?
Zbieram recenzje, czasopisma, katalogi, książki na temat konkretnych zagadnień i kinematografii narodowych – te napisane przez innych autorów i własne. Swoich mam dwadzieścia jeden, ale liczę, że na rynek zdąży jeszcze trafić dwudziesta druga pozycja traktująca o festiwalach filmowych, w których uczestniczyłem jako juror lub krytyk. Często sięgam do tej biblioteki. Dzięki niej przypominam sobie rozmaite informacje na temat filmów festiwalowych lub dystrybuowanych w Polsce. Choć cytuję w recenzjach nie tylko filmowe książki, to właśnie je uważam za szczególnie cenne. Trzeba je znać lub je sobie przypominać.

Rozmawiamy w pokoju, w którym wszystkie ściany od podłogi po sufit zapełnione są książkami, katalogami i starymi woluminami. Ma pan w swojej bibliotece tytuł szczególnie bliski sercu ?
Trudno wybrać coś takiego, ale kiedy teraz próbuję to zrobić, przychodzą mi do głowy książki Bolesława Michałka. Sądzę, że był to największy z polskich krytyków. Dzięki swoim szerokim zainteresowaniom – a pisywał o filmie polskim i zagranicznym – zawsze podsuwał widzom wybitne dzieła.

Panu pomysł pisania o kinie podsunął jednak Tadeusz Konwicki.
Tak, Tadeusz Konwicki był w owym czasie nie tylko pisarzem, ale i – od 1946 roku – sekretarzem redakcji tygodnika „Odrodzenie”, który był wówczas głównym pismem literackim w Polsce. Byłem w tym czasie sekretarzem redakcji „Świata Młodych”, do którego swoje recenzje przynosił Konwicki. Któregoś dnia Tadeusz powiedział: „Ciągle przynoszę do ciebie teksty, a do mojego «Odrodzenia» nie ma komu pisać! Napisz!”.

archiwum filmowe Jerzego Płażewskiego, fot. Anna Bielak

Kto dzisiaj pisze o kinie? Postać krytyka filmowego bardzo się zmieniła, pod wieloma względami na gorsze.
Dziś nie tylko kino, ale i krytyka filmowa jest w gorszym stanie, niż w latach 60. i 70. To dekady, które uważam za najlepsze w kinematografii. Później masę tematów i form wyczerpano. Teraz realizuje się kiepskie, nieoryginalne filmy, które nie zasługują na uwagę i o których trudno napisać coś ciekawego. Antonioniego, Bergmana czy Buñuela serdecznie wspomina się do dzisiaj. Nawet najlepsze rzeczy są daleko mniej wybitne niż te sprzed lat. Moja żona, z którą najczęściej chodzę do kina, mówi, że wszystkie dobre filmy już zrobiono i teraz kręci się już tylko ich kolejne wersje. Myślę, że współcześni krytycy zdają sobie sprawę, że muszą pisać o utworach mało wybitnych.

Jerzy PłażewskiJerzy PłażewskiZ tego względu dzisiejsze recenzje są inne niż dawniej? Czego bym się dowiedziała, gdybym przeczytała zarchiwizowane tu magazyny?
Dzisiejsze recenzje są krótsze. Do kin wchodzi znacznie więcej filmów (w czasach PRL-u na ekrany trafiało około 120 filmów rocznie, dziś ta liczba się potroiła), ale paradoksalnie pisze się mniej. Krytycy nie realizują się ani w szukaniu oryginalnych pomysłów na teksty, ani w budowaniu ciekawych, szerokich kontekstów. Ograniczają się do pisania o treści danego filmu, nieomal sprowadzają się wyłącznie do gwiazdkowania. Umiejętność wyrażania opinii to też sztuka, ale nie ma wiele wspólnego z pisaniem. Dzisiejsze teksty krytyczne w większości mniej zasługują na uwagę niż te dawne. Zawód krytyka jest też daleko mniej interesujący. Sale na pokazach prasowych są często dość szczelnie wypełnione, ale spośród obecnych tam – krytyków jest niewielu. Teraz nawet w takich pismach jak „Polityka” ukazują się recenzje na jedną stronę maszynopisu. Do „Gazety Wyborczej” piszą wybitni krytycy, ale też często nie muszą szukać kontekstów, bo nie jest to od nich wymagane.

Jednym z owych nielicznych cenionych przez pana krytyków jest piszący dla „Gazety Wyborczej” Tadeusz Sobolewski, który ma w przyszłości odziedziczyć pana legendarne archiwum.
Tadeusz Sobolewski to krytyk niezmiernie pracowity i bardzo dużo piszący. Uważam, że zasługuje na to, żeby pewne rzeczy odpisać ode mnie. Jest szansa, że jakaś ilość moich zapisków pomoże mu w rozszerzaniu perspektywy pisania o kinie.

A my, młodzi krytycy? Trochę gubimy się w nadmiarze wrażeń.
W 1967 roku napisałem samodzielnie „Historię filmu”. Obecnie byłoby to niemożliwe. Jeśli ktoś dzisiaj chciałby coś podobnego napisać, musiałby się cofnąć o kilkadziesiąt lat – do okresu kina niemego, filmów przed- i powojennych oraz uzupełnić wiedzę z epok kolejnych. To zadanie niewykonalne dla jednego autora. Trzeba by było oglądać filmy dwadzieścia godzin na dobę! Mnie się udało, bo można powiedzieć, że przeszedłem historię kina wraz z jej rozwojem.