Przedwczesny bilans

Karol Sienkiewicz

Wystawa Orłowskiego w CSW przypomina pokazy najlepszych dyplomów, mocnych, piątkowych, może z wyróżnieniem, a nawet z gwiazdką i słoneczkiem, ale jednak dyplomów

Przedwczesny bilans

Jeszcze 2 minuty czytania

Przedwczesny bilans

Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie kontynuuje serię indywidualnych wystaw artystów na granicy młodości. To artyści, którzy debiutowali parę lat temu, samodzielnie lub w grupach, i głównie pochodzą z Poznania. To jeszcze nie wystawy wyznaczające szczytowy punkt kariery – na to są za młodzi. CSW raczej sprawdza, gdzie zaprowadziły ich pierwsze próby. Zgodnie z męską dominacją ostatnich lat, na dużą wystawę indywidualną w CSW mogą liczyć niemal wyłącznie młodzi mężczyźni. Po Normanie Leto, Grzegorzu Droździe i Piotrze Bosackim przyszła pora na Franciszka Orłowskiego. Orłowski zdecydował się na formułę retrospektywy. Czy dobrze na tym wyszedł? Na razie przekonuje poniekąd niewyraźnie: „Tu na dole jest jeszcze dużo miejsca”.

Tu na dole jest jeszcze dużo miejsca

Wystawa Franciszka Orłowskiego, kurator: Marek Goździewski, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa, do 10 stycznia 2016.

Wystawa Orłowskiego niemal w całości pogrążona jest w półmroku. Lektura podpisów i wyjaśnień czasami sprawia trudności. Półmrok tłumaczy fakt, że spora część prac powstała w technice wideo. Obiekty wydobyte są z ciemności punktowym oświetleniem. Pogłębia to jednak wrażenie, że prace te niewiele łączy. Nawet na własne potrzeby jako widza nie potrafię stworzyć narracji, która pomogłaby mi nanizać je w jakiś logiczny ciąg.

Orłowski od kilku lat sprawnie porusza się w lokalnym obiegu. Łączony jest z twórcami wykształconymi w Poznaniu, w większości wychowankami pracowni Leszka Knaflewskiego czy Mirosława Bałki. Jednocześnie to twórca osobny i nieco młodszy od chłopaków z Penerstwa. Nie dane mu było kąpać się w aurze penerskiego osiedlowego romantyzmu ani nawet do niej nie aspirował. Wystawa w CSW zdradza inne dążenia.

Nie ma sorry

Pamiętam, jakie wrażenie robiła praca Orłowskiego na wystawie „Nie ma sorry” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w 2008 roku. Muzeum nie miało jeszcze do dyspozycji Emilki. W pasażu między blokiem przy Pańskiej a salonem meblowym przy Emilii Plater Orłowski postawił samochód osobowy, który równo obłożył asfaltem. Wyglądało to tak, jakby maszyna asfaltująca jechała równo po wszystkim, co napotkała na swojej drodze, a ktoś nieopatrznie zostawił swoje auto w pasażu. Nie ma sorry. To był mocny debiut.

Widok wystawy w CSW

Potem jednak nigdy nie udało się Orłowskiemu powtórzyć tego sukcesu, chociaż bardzo się starał. A to wymieniał się ubraniami z bezdomnym, a potem szył z uzyskanego w ten sposób materiału namiot czy zasłonę przebieralni (dziś uleciał już z nich trudny do zniesienia zapach ludzkiego brudu). A to w jednopensówkę wmontowywał mikrozdjęcie bezrobotnych w Londynie, by następie wpuścić monetę w obieg. A to przerabiał oponę samochodową tak, że jej bieżnik wypisywał rzucone przez Jana Pawła II hasło: „Niech zstąpi duch twój!”. Już te trzy przykłady pokazują, jak daleko od siebie potrafią być prace Orłowskiego, całkiem bliskie sobie czasowo.

Osobną kategorię na wystawie stanowią: dziwne miejsca, osobliwe historie, zbiegi okoliczności. Ciekawość zawiodła Orłowskiego do skansenu, w którym sfilmował w czerni i bieli, jak nieużywane przedmioty sprzed lat odkurzane są za pomocą nowoczesnego sprzętu, rodzaj absurdu rzeczywistości („Studium pamięci”, 2014). Podczas rezydencji w Japonii wspólnie z Janem Szewczykiem nagrał chłopców puszczających kaczki w kałuży na dnie ogromnego zbiornika retencyjnego, przypominającego architekturę z filmów sci-fi („Mizukiri”, 2014). Na wieży kościelnej Orłowski dostrzegł zaś symboliczny potencjał. Serce dzwonu okręcił kołdrą, dzięki czemu zamiast tradycyjnych donośnych dźwięków słyszymy skrzypienie drewnianej konstrukcji („Serce”, 2007). I ta przewrotna dźwiękowa interwencja okazuje się najlepszą z pokazywanych tu prac.

Artysta pracujący

Odnosi się wrażenie, że to ekspozycja grupowa, a nie indywidualny pokaz młodego artysty. Co każe z kolei zadać Orłowskiemu pytania: Skąd przychodzisz? Kim jesteś? Dokąd zmierzasz?

Orłowski wciąż poszukuje swojej drogi. Jak Irena Kwiatkowska, żadnej pracy się nie boi. W każdym odcinku występuje w innej profesji. Raz jest artystą zaangażowanym, raz postkonceptualistą. W jednej sali oglądamy jego film paradokumentalny, w innej typowy wideo-art utrzymany w konwencji dłużyzn. Jakby odpowiadał na zadania stawiane przez profesorów w różnych pracowniach. Jakby wciąż był piątkowym uczniem i ścigał się po stypendium, tylko nie do końca wiedział, po co to wszystko.

Nie zgłębiwszy danego tematu, Orłowski przeskakuje na inny kwiatek. Nawet zaangażowany jest tylko trochę. Wymianę ubrań z bezdomnym można uznać za akt odwagi, a nawet ładny altruistyczny gest, ale jego obiekty i dokumentacja akcji nie mówią wiele o problemie bezdomności, poza tym co wiedzą stali użytkownicy komunikacji miejskiej.

01 „Pocałunek miłości”, 2008, dzięki uprzejmości CSW Zamek Ujazdowski 02 „Drobne”, 2010, dzięki uprzejmości artysty  03 „ Akupunktura”, 2015, kadr z filmu 04 Franciszek Orłowski + Jan Szewczyk, „Mizukiri”, 2014

Pod ostrzałem

Najnowszą pracą Orłowskiego, przygotowaną specjalnie na wystawę w CSW, jest film opowiadający historię z poznańskiej akademii z lat 70., gdy jeden ze studentów, a później pracowników uczelni nawiązał współpracę z jednostką wojskową. Żołnierze pomagali uprzątnąć pracownię rzeźby, regularnie zabierając na poligon gipsowe akty. Służyły do ćwiczeń strzeleckich. „Akupunktura” (2015) to już niemal dokument, znacznie dłuższy od innych prac wideo artysty, z jasną narracją i gadającymi głowami.

Orłowski odtwarza starą historię w dzisiejszych realiach, co pozwala mu też na porównanie edukacji w szkole artystycznej i akademii wojskowej. Filmowi brakuje jednak finezji. Dającą się zawrzeć w jednym zdaniu ciekawostkę artysta rozciąga w półgodzinny dokument, do tego pachnący akademicką poprawnością. Adepci sztuki mówią o kontrapoście, kadetów zmusza się do posługiwania wojskową terminologią. „Jesteście parę miesięcy w wojsku i wypadałoby używać wojskowego nazewnictwa”, słyszą od dowódcy.

Gdyby mi ktoś powiedział, że „Akupunktura” to praca Bąkowskiego, nie uwierzyłbym. Nie dałbym się nabrać, że ten film nakręcił Doroszuk, Molska czy Agnieszka Polska, którzy również siedem lat temu uczestniczyli w „Nie ma sorry”, wystawie mającej ambicję wyławiania nowych artystów. Ale jest w tym filmie coś, co upodabnia go do typowej produkcji uczelni artystycznych. Mamy tu dziwną historię. A nic ich lepiej nie pisze niż samo życie. Dziwna historia prowadzi artystę do światów odległych od siebie jak galaktyki, między którymi można doszukiwać się różnic i podobieństw. Wreszcie artysta może odtworzyć kluczowy moment historii – ostrzelanie rzeźb na poligonie. Moment niemal wiejący grozą, ale przede wszystkim – atrakcyjny filmowo.

Dorobek

Wystawa Orłowskiego przypomina pokazy najlepszych dyplomów, mocnych, piątkowych, może z wyróżnieniem, a nawet z gwiazdką i słoneczkiem, ale jednak dyplomów. Stąd łapanie się ciekawostek, szukanie chwytliwych tematów, prace wykonywane na rezydencjach.

Podstawowym błędem wystawy jest przyłożenie konwencji retrospektywy do artysty, którego bez mrugnięcia okiem można zaliczyć do młodych. Orłowski zamiast chwalić się dorobkiem, lepiej wypadłby na wystawie skromniejszej i bardziej spójnej. Może nawet wystarczyłoby pokazać „Akupunkturę” w zamkowym Project Roomie, zamiast przypominać prace dobrze znane z wystaw indywidualnych i grupowych z ostatnich lat. Spice Girls śpiewały kiedyś o tym, co trzeba zrobić, by zostać ich kochankiem: „If you wanna be my lover…”. Wystawa Orłowskiego kreśli artystyczne ego wannabe, który szuka przepisu na to, jak zostać profesjonalistą w świecie sztuki.