Katechetka

18 minut czytania

/ Sztuka

Katechetka

Karol Sienkiewicz

Ada Karczmarczyk to artystka-misjonarka. W pstrokatych teledyskach głosi drogę do światła. Na razie trafiła w objęcia hipsterskiej prawicy

Jeszcze 5 minut czytania

W holu Zachęty zebrał się elegancki tłum. Kelnerzy na tacach roznoszą wino musujące. Za chwilę poznamy laureatów nagrody Deutsche Banku „Spojrzenia”. Przy schodach stoi wysoka, szczupła dziewczyna z nadzieją w oczach. Wyraźnie wyróżnia się strojem. Sukienka mini, białe rajstopy, czarne błyszczące kozaki na wyjątkowo wysokim obcasie, jakieś koronki. Tak nie ubiera się typowa artystka. Nie pasuje ani do stereotypu ekscentrycznej „dziewczyny z ASP”, ani tym bardziej do tradycyjnej kuratorskiej czerni. Jej wizerunek bliższy jest obiegowym wyobrażeniom o małomiasteczkowej nastolatce niż perukowemu glamourowi Lady Gagi.

Ada Karczmarczyk otrzymuje drugą nagrodę, wchodzi po schodach na podwyższenie, odbiera dyplom i kwiaty, dziękuje. Najpierw jakby nieśmiało – to nie jest przemówienie gwiazdy, z czasem nabiera pewności siebie. Mówi, że kiedyś obiecała sobie, że jeśli wejdzie do świata sztuki, to na własnych zasadach. I właśnie dokonało się. Na konkursowej wystawie zaprezentowała teledysk, w którym w duchu ekumenizmu wciela się w trzy odłamy chrześcijaństwa: katolicyzm, prawosławie i protestantyzm. „Kościół jest kobietą”, dowodzi śpiewająco. Bo Karczmarczyk to artystka wizualna i piosenkarka w jednym

Ada Karczmarczyk,  „Bóg i dziewczyna”  Galeria Arsenał, Poznań, do 28 lutego 2016.Ada Karczmarczyk, „Bóg i dziewczyna”, Galeria Arsenał, Poznań, do 28 lutego 2016Jadwiga Sawicka napisała kiedyś: „Nawracanie / oswajanie / tresowanie”. Ada Karczmarczyk to pierwsza artystka, która swą artystyczną misją uczyniła ewangelizację i powiększanie frekwencji w świątyniach. Tyle że używa do tego metod raczej Kościołowi obcych. Chce być perswazyjna i „mieszać w głowach”.

Śpiewać każdy może

Karczmarczyk potrafi śpiewać, ale niezbyt profesjonalnie – lata świetlne dzielą ją od jej idolek, Madonny czy Lady Gagi. Jak przyznaje, nie ma wykształcenia muzycznego. Ciekawe, jak wypadłaby w eliminacjach do „Mam talent”. Karczmarczyk sama pisze muzykę i słowa, ale oparte na prostych syntezatorowych rytmach i nieskomplikowanych rymach. Potrafi też klecić teledyski, ale chałupniczą, domową metodą. Przypomina internetowy fenomen Marzii Gaggioli, Włoszki chełpiącej się tym, że śpiewa po polsku, chociaż nie mówi w naszym języku. Sama kręci też teledyski. Podbiła polski internet tekstami z translatora Google, specyficznym akcentem i takimi hitami jak „Słońce świeci”, „Wynoś się”, „Wróć do mnie” czy szczerym wyznaniem „I don’t speak polsku”. Jej produkcja jest tak żenująca, że aż zabawna.


Piosenki Gaggioli i Karczmarczyk są dosyć proste i trudno pozbyć się ich z głowy; potrzeba muzycznego antidotum. Z rozśpiewaną pseudopoliglotką łączy Karczmarczyk umiłowanie do prowincjonalnego bling-blingu, ale też pozytywny przekaz piosenek. Gaggioli śpiewa głównie o miłości: „I don’t speak polsku, na, na, na, by powiedzieć, jak bardzo kocham”. Karczmarczyk określa siebie jako neofitkę i ewangelizatorkę, śpiewa o drodze do Boga: „Architekcie wielkiego serca, poprowadź mnie do raju wejścia”.

Łączy je też internet. Gaggioli zdecydowanie wygrywa z Karczmarczyk na ilość wyświetleń. Ani jednej, ani drugiej nie wróżę jednak kariery Justina Biebera. Karczmarczyk podkreśla, jak ważny jest dla niej internetowy kontakt z odbiorcami. Internetowymi ścieżkami chce ze swą misją dotrzeć do młodzieży. Napisała nawet balladę „Dzieci Internetu”: „Jesteśmy wielkim narodem… Budujemy kulturę w przestrzeni cyfrowej”.

Karczmarczyk zdaje się w mniejszym stopniu doceniać fakt, że ukończyła Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu. Jej kariera rozwijała się dosyć typową trajektorią: od uczelni artystycznej, przez konkursy dla młodych twórców, udział w wystawach zbiorowych, indywidualne pokazy, po „Spojrzenia”. Karczmarczyk na YouTubie jest jeszcze internetowa, w galerii – już postinternetowa.

Po nominacji do „Spojrzeń” zainteresowały się nią jednak wysokonakładowe media. Znalazła się na okładce „Wysokich Obcasów”, a jakiś czas później – „Frondy Lux”. Rozmowy z nią publikował „Art & Business” i internetowe portale. Zainteresowały się nią telewizje. Może się poczuć jak celebrytka – wywiady i sesje fotograficzne, serdecznie witam pana, panie dziennikarzu. Gdy się z nią spotykam, nie sprawia jednak wrażenia gwiazdy. Raczej szczerej, pracowitej dziewczyny, której bardzo na czymś zależy. Chętnie wchodzi w dyskusję, opowiada z pasją. O wielu kwestiach mówi, że dopiero się nad nimi zastanawia, powoli wchodzi w temat. Ćwiczy głos i czyta lektury z zakresu teologii; interesuje ją rola kobiet w Kościele oraz religijne przywództwo. Ma duże aspiracje. Nie wszystkie jednak zdradza, nie chce zapeszać.


W wywiadach poznajemy jej automitologię. Curriculum vitae Karczmarczyk to historia o młodzieńczych platonicznych miłościach, kryzysie, depresji i stopniowym dochodzeniu do Boga. Spowiednik podpowiedział jej, by o swoim nawróceniu zaczęła śpiewać. Tak narodziła się Adu, jej sceniczna kreacja, piosenkarka ewangelizująca przez piosenki, których raczej nie wykona przyparafialna schola. Gdyby działała tylko w internecie, nie wiadomo, czy udałoby się jej szerzej wypłynąć. Karczmarczyk raczej wyciągnęła wnioski z projektu Katarzyny Kozyry „W sztuce marzenia stają się rzeczywistością”. Kozyra udowodniła, że w polu sztuki śpiewać każdy może.

Różowy krzyż

Zainteresowanie redakcji „Frondy Lux” postacią Karczmarczyk rozpoczęło jej flirt ze środowiskami konserwatywnymi, mimo równoczesnego potępienia przez bardziej radykalne odłamy prawicy („prawy.pl”). Kolejnym etapem tego flirtu jest otwarta w lutym wystawa „Bóg i dziewczyna” w poznańskim Arsenale.

Miniretrospektywa wciśnięta jest w dolną salę Arsenału, czyli korytarz między holem wejściowym i kawiarnią. Została zaprojektowana jako przejście przez kolejne kulisy pomalowane w różne odcienie różu. Kulisy otwierają się w kształt krzyża. Krzyż = Bóg, róż = dziewczyna. Wystrój ma charakter powierzchownego remontu za pomocą spreju – na dowód przy wejściu pozostawiono zużyte puszki. Jakby religijna nastolatka dostała do ręki kolorowe farby i udekorowała swój pokój.

Wystawa to rodzaj izby pamięci dedykowanej gwiazdce pop. Mamy tu jej teledyski, stroje, rekwizyty sceniczne, wycinki prasowe, powiększoną okładkę „Frondy Lux” z jej zdjęciem, a na samym końcu – wypisy z internetowych komentarzy: „Jezus się na krzyżu przekręca”, „Ada na prezydentkę!”, „Fajna dupa z ciebie”, „#przejarany_marią”; głosy uwielbienia obok mało wyszukanych inwektyw. Wystawa dedykowana jest więc artystycznej kreacji – Adu, dziewczyny, którą pociąga sława, błyskotki i Bóg.

Niemal wszystkie teledyski Karczmarczyk opierają się na jakimś zgrzycie, wizualnym lub słownym. W adresowanym do Boga „Mistrzu wszystkich mistrzów” wciela się w misjonarkę, mając za chórek dwie czarne dmuchane lalki z sex-shopu. Ich szeroko otwarte usta, gotowe na seks oralny, wydają się śpiewać razem z Adu. Przesłanie „Idź do światła” Karczmarczyk uzupełnia słowami „i nie pierdol”. „Chlej do dna nadzieję, jaraj transcendencję”, zachęca.

W słowach piosenki „Jaraj się Marią” trudno nie dostrzec podwójnego dna. Zresztą raper Tede odpowiedział bardziej dosadnie – „Najaraj się Marią” („miękkie narkotyki, ale no dygi-dygi”). Adu musiała sprecyzować. Zdissowała Tedego utworem „Co ty wiesz o Marii”: „Gdy byłeś małym pozerem, ja wdychałam z modlitw kleje”. Na teledysku za pomocą infantylnych naklejek-plastrów usuwa szramy z wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej.


Jej misjonarstwo niesie dosyć proste przekazy: „idź do światła”, „niszcz szatana”; Adu zniechęca do używek i propaguje wstrzemięźliwość cielesną, np. w piosence „Czysta pipa”, jej najpopularniejszym jak dotąd utworze na YouTubie (ponad 150 tys. wyświetleń), rodzaju fantazji o chorobach wenerycznych. Nad tym wszystkim unosi się zaś przykazanie miłości.

Początkowo miłość w jej pracach miała charakter platonicznych, szczeniackich miłostek – niestrawna wystawa Karczmarczyk „Tylko mnie kochaj” w Arsenale w Białymstoku, złożona z serduszek i odbitych ust, była kwintesencją nastolatkowego kiczu. Potem artystka kochała się platonicznie w Oskarze Dawickim. Dzisiaj jest to miłość do Boga. Pobrzmiewa tu echo zakonnic oddających się Panu i przyjmujących egzotyczne imiona. Z wczesnego okresu pozostał nieprofesjonalny sznyt, który jest znakiem rozpoznawczym Karczmarczyk.

Zrób to sam

Dlaczego jednak Adu miała szansę zaistnieć poza blogiem i YouTube’em? Twierdzi, że środowiskom prawicowym proponuje nową formę, a galeriom sztuki – treść. Obecność na obu polach zawdzięcza raczej nietypowej mieszance. Kuratorów przyciągają zawarte w jej utworach przeciwieństwa: tematyka religijna i pop, ewangelizacja i ostre słownictwo, wreszcie – próba rozbicia monolitycznego obrazu Kościoła za pomocą modnego postinternetu. Hipsterska prawica łapie sią Adu, bo nie ma specjalnie z czego wybierać. Karczmarczyk dołączyła do wąskiego grona artystów posługujących się strategiami sztuki współczesnej i – na pierwszy rzut oka – podzielających prawicowe poglądy. Wreszcie doczekali się konserwatywnej skandalistki!

Co do jednego nie mogę się z Karczmarczyk zgodzić. Język jej sztuki nie jest, jak twierdzi, awangardowy. Bliżej jej do Marzii Gaggioli niż większości artystów współczesnych, nie mówiąc o historycznej awangardzie, której twórcy często odwoływali się przecież do duchowości czy metafizyki, chociaż nie w wersji katolickiej. W odróżnieniu od Malewicza jej język nie jest trudny w odczytaniu czy zrozumieniu. Wręcz przeciwnie. Dwuznaczności w jej utworach są dosyć oczywiste, wyłapie je byle uczeń gimnazjum. Bo jej język pochodzi raczej z rejestrów internetowego do-it-yourself. Celowo czy nie, staje się karykaturą muzycznego mainstreamu.

Ceną, jaką płaci Karczmarczyk za proponowany dysonans poznawczy, jest dwuznaczność przekazu. Adu nigdy nie będzie pewna, czy jej idea przyjmowana jest na serio, czy prześmiewczo. Atrakcyjność Gaggioli opiera się na nieświadomym kiczu. Karczmarczyk, nawet jeśli świadomie używa podobnych narzędzi, sięga po obosieczny miecz. Z jednej strony trafia do odbiorcy, a z drugiej skazuje się na niezrozumienie. A sztuka bierze ją w dodatkowy cudzysłów.

Katecheza

Karczmarczyk odwołuje się do innych artystek. Dokonuje katolickiej egzegezy teledysków Madonny, Lady Gagi, Katy Perry i Nicki Minaj. Szkoda tylko, że jej „katechezy” przybierają formę plakatów do czytania, a samych teledysków nie można na poznańskiej wystawie obejrzeć. W mniej lub bardziej prostych fabułach wideoklipów i – rzadziej – w tekstach piosenek Karczmarczyk doszukuje się chrześcijańskich treści.


Katy Perry w teledysku do piosenki „California Gurls” pokonuje różne przeciwności i nie daje się nabrać na czyhające na nią pułapki, jak w grze planszowej. Karczmarczyk widzi tu „metaforę planu zbawczego Boga, który poprzez uwolnienie ludzi od grzechu daje im możliwość wejścia do Królestwa Niebieskiego”. „Niekończąca się imprezka” zamykająca teledysk ma symbolizować „upragnione życie wieczne”. W wideoklipach Madonny („Give me all your luvin'”) i Lady Gagi („Marry the night”) Karczmarczyk dostrzega nawet paralele z własną misją pop-ewangelizacyjną. Jeden z gestów, naśladowanie strzału z pistoletu, odczytuje jako „metaforę tego, że szokowanie ma dwie strony i niekoniecznie musi służyć złu. Tomizm mówi, że to, co prawdziwe, jest dobre, ale może być źle użyte przez człowieka”.

W poznańskim Arsenale same prace Adu spotykają się z podobnie zaskakującym komentarzem. Pod koniec wystawy umieszczono prezentację autorstwa pracowniczki galerii, Jadwigi Siatki, ujawniającą okultystyczne przekazy w teledyskach gwiazd popu, a także samej Adu. W wideoklipach gwiazd ma pojawiać się symbol Baphometa, „androgynicznego bóstwa utożsamianego z szatanem”. Robi się zabawniej, gdy wywód skręca w stronę „generowania okultystycznych treści w teledyskach poprzez multiplikację i nakładanie obrazów w zwierciadlanym odbiciu”. Szatan ujawnia się w efektach wizualnych teledysków Beyoncé czy Lady Gagi, a nawet w rozwianych włosach naszej rodzimej Justyny Steczkowskiej. Mam wrażenie, że ostatnio śladów okultyzmu szuka się z większą pasją niż złotego pociągu.

W tej samej prezentacji „Msza święta” Karczmarczyk jawi się jako masoński rytuał. Tylko że – jak w plamach Rorschacha – tam gdzie ktoś widzi diabła, ja mogę dostrzec rusałkę pawik. Gdy pytam Karczmarczyk o masońskie i okultystyczne podteksty w jej pracach, artystka zaprzecza: „Szatana nie ma. Nie jest moją intencją zasiewanie szatana”. Ale dodaje, że „daje wolność interpretacji”. Sama nie blokuje przecież negatywnych komentarzy pod swoimi utworami w internecie.

Nawracanie

Dla eksperymentu spróbowałem potraktować ewangelizatorską misję Adu poważnie. Ja, ateusz i libertyn, pozwoliłem się kusić. Adu mówi, że propaguje katolicką duchowość. Co ma mi jednak do zaproponowania? Dosyć płaski, infantylny obraz Kościoła z lekcji katechezy dla przedszkolaków. Marią warto się jarać. OK, ale dlaczego? W grze planszowej z jednego z plakatów Karczmarczyk można kierować się ku Bogu lub ku szatanowi. Ale świat, w którym żyję, jest przecież bardziej zniuansowany.

Nie mi też oceniać cudze nawrócenia. Na razie jednak prace Adu są zbiorem odniesień do religii na poziomie reklamy pasty do zębów. Jeśli rzeczywiście Adu utożsamia się z Kościołem katolickim, to z jaką częścią jego nauki? Czy przyjmuje ją bezkrytycznie?

Mówi raczej o tym, by odpowiednio wykorzystywać sławę. Gwiazdy dzieli na te, które niosą przesłanie pozytywne (Lady Gaga, Katy Perry) lub mroczne (Lana Del Rey, Amy Winehouse). Czy chce reformować Kościół od środka? Mówi, że nie. Że będąc katolicką ewangelizatorką, sama stoi z boku instytucji Kościoła: „Kapłaństwo dawałoby mi o wiele mniejsze możliwości niż ewangelizowanie poprzez sztukę”.

Widoki wystawy  „Bóg i dziewczyna” w Arsenale, 2016

W wywiadzie dla „Art & Businessu” Karczmarczyk, przyciskana przez rozmówczynię, formułuje jednak pewne wątpliwości: chętnie widziałaby kobiety jako kapłanki, no i może Kościół powinien się otworzyć na homoseksualistów. Ale podkreśla, że woli skupiać się na bardziej uniwersalnych wartościach. Tymczasem Madonna, Lady Gaga czy Katy Perry, na które chętnie powołuje się Karczmarczyk, to bardziej wojowniczki o prawa LGBT niż chrześcijańskie misjonarki.

Miłość i bunt

Arsenał w Poznaniu, kierowany przez zdeklarowanego konserwatystę Piotra Bernatowicza, trudno zaliczyć do „hipsterskiej” prawicy. Wczesną jesienią prezentował wystawę „Strategie buntu”, na której pokazano prace takich artystów jak Jacek Adamas, propagujący koncepcję „awangardowego konserwatyzmu” Zbigniew Warpechowski czy autor obraźliwych antyfeministycznych i homofobicznych plakatów Wojciech Korkuć.

W katalogu, który się właśnie ukazał, Bernatowicz przestrzega przed „modyfikacją życia społecznego”, czyli przemianami, które zachodzą w społeczeństwach zachodnich, a u nas kreuje się je jako zagrożenie dla typowo polskich wartości. Dlatego wyjątkowo dużo miejsca poświęca się w katalogu takim zagadnieniom jak feminizm, LGBT, gender. Karolina Staszak, redaktorka naczelna „Arteonu”, pisze, że „gender jako ideologia wyznaczająca standardy relacji międzyludzkich to proces ciągłej dekonstrukcji podmiotu, a co za tym idzie porządku społecznego”. Bernatowicz twierdzi, że homoseksualizm wykreślono kilkadziesiąt lat temu z indeksu chorób, by „dzięki usunięciu społecznego stygmatu, pozwolić skuteczniej pomóc tym, którzy potrzebują opieki psychiatrycznej”.

Zastanawia mnie, czy Adę Karczmarczyk można by zaliczyć do poznańskich „zbuntowanych”. Sama mówi, że nie chce być przypisywana do jednego obozu, że chce „tworzyć pomost między środowiskami”. Karczmarczyk nie hołduje katolickim kanonom estetycznym, ale wyznaje dosyć tradycyjne wartości. Jej przekaz jest pozytywny, zbuntowany w duchu nastolatki.

Adu jest jednak mało precyzyjna, a zarazem ignoruje polityczną rolę Kościoła i polityczność w ogóle. Dlatego łatwo można by ją wykorzystać, wpisując w skrajnie odmienne narracje – zarówno propagandę pro-life, jak i atak na kościelne hierarchie. Jest jednak coś, co trudno w jej sztuce zignorować: ten straszny gender, również w niejednoznacznym wydaniu. Karczmarczyk z jednej strony ucieleśnia katolicką, reglamentowaną kobiecą seksualność (popęd sublimowany w kiczowatej religijności), a z drugiej strony przyjmuje nienormatywną jak na Kościół katolicki rolę kobiety – na koncertach przebiera się za papieżycę, kapłankę. A od kiedy Ewa dała Adamowi jabłko, w Kościele kobieta może co najwyżej zmyć podłogę i podlać kwiatki.

Jednak przy całej jej kontrowersyjności czy ocieraniu się o profanację, Karczmarczyk to cały czas bardziej szkolna katechetka niż religijna przywódczyni. Zwariowana zakonnica w przebraniu. Jako zjawisko artystyczne jest napompowana. Zaczęła nawet śpiewać piosenki okolicznościowe na zamówienie galerii: z okazji 50-lecia Galerii Arsenał w Białymstoku („Zakochaj się w Arsenale”) czy na otwarcie wystawy „Miłosny performans” w Galerii Labirynt w Lublinie.

W instytucjach sztuki Adu ze swą misją doszła do ściany. Powtarza się jak czkawka. Ale Karczmarczyk ma większe ambicje – muzyczne, gwiazdorskie, misjonarskie. By je spełnić, musi jednak wyjść z cudzysłowu sztuki i skonfrontować się z jakimś innym, bardziej masowym obiegiem. Czy jej nieprofesjonalny styl w połączeniu z religijną treścią przyjmie się w popkulturze? „Mam kilka hitów na czarną godzinę”, zdradza.