Laska Dehnela i dwieście guzików

12 minut czytania

/ Sztuka

Laska Dehnela i dwieście guzików

Karol Sienkiewicz

Pomada zawstydza polskie instytucje. Queerowe archiwum założył w pojedynkę artysta, festiwal zaistniał dzięki akcji crowdfundingowej. Materiał aż się przelewa. A polskie muzea milczą

Jeszcze 3 minuty czytania

Kasety wideo z hasła tegorocznej Pomady „Sex, kłamstwa i kasety wideo” są zbiorem z własną historią. To gejowskie porno, do tego stare, nieaktualne, podniecające już tylko koneserów vintage. Kolekcja kaset wideo należała do artysty Krzysztofa Junga, po jego śmierci ocalił ją Grzegorz Kowalski. A potem przekazał młodszym kolegom. Dziś znajdują się w Queer Archives Institute, queerowym archiwum, które prowadzi Karol Radziszewski. Radziszewski jest spiritus movens Pomady, weekendowego queer-festiwalu, który w tym roku mógł się odbyć dzięki internetowej zbiórce i wysiłkowi stosunkowo niewielkiego zespołu.

Podczas drugiego pomadowego wieczoru wspólne oglądanie porno poprzedziła rozmowa Radziszewskiego i Adama Adacha, malarza, a kiedyś bywalca w salonie Junga, gdzie delektowano się przywożonymi z Zachodu filmami i dyskutowano o różnicach między porno francuskim i niemieckim. Prawdziwe perły z lamusa. Ale wszystko na poważnie. Panowie zasiedli w głębokich fotelach jak Raczek i Kałużyński, a Adach nawet założył z tej okazji muszkę. Potem kasety wyszły z szafy, a penisy z rozporków aktorów porno sprzed lat.

Program Pomady, od performansów po filmy Carlosa Motty, skupiał się jednak na queerowaniu historii i potrzebie queerowych archiwów. W końcu porno-kasety Junga też już zostały zarchiwizowane. Epicentrum festiwalu stała się wystawa „Dziedzictwo” pokazana w jednej z sal na szóstym piętrze Pałacu Kultury i Nauki. Kuratorzy „Dziedzictwa” udowodnili, że nie trzeba nawet wielkich dzieł, wystarczy otworzyć książki, a prace niemożliwe do wypożyczenia na tego rodzaju imprezę – wydrukować, i wszystko razem ułożyć w rodzaj wizualno-tekstowego queerowego kolażu. Tymczasem w ten sam weekend w Tate Britain w Londynie zamykała się wystawa „Queer British Art 1861–1967”, szeroko zakrojony projekt opowiadający o brytyjskiej sztuce z queerowej perspektywy.

Przebudzone ciała

Pomada 7. – Sex, kłamstwa i kasety wideo

Queerowy festiwal , 29 września – 1 października 2017, różne lokalizacje, Warszawa
 
„Dziedzictwo”, wystawa zorganizowana przez Queer Archives Institute w ramach Pomady 7. Kuratorzy wystawy: Michał Grzegorzek, Karol Radziszewski, Wojciech Szymański,  sala im. Miłosza, VI p. PKiN, 29.09. – 1.10.2017

 

Już w pierwszej sali wystawy „Queer British Art 1861–1967” prężył się nagi młodzieniec, „Leniuch” Frederica Leightona z 1885 roku. Leighton uchwycił moment, w którym piękny młody mężczyzna zrzuca z siebie resztki snu. Bo nie ubranie – najwyraźniej spał nago. Napina mięśnie czerpiąc przyjemność ze swego ciała. Orientacja seksualna Leightona była przedmiotem spekulacji, ale artysta skutecznie zamaskował ją w sferze prywatności. W jego sztuce seksualność czasami wręcz wybucha. A może to sugestia homoerotycznego spojrzenia, które ewidentnie dzielę z autorami wystawy w Tate.

Inna kopia tej rzeźby stoi w londyńskiej Royal Academy of Arts wśród prac brytyjskich akademików. Kiedy się porówna kilkuakapitowe podpisy w obu miejscach, widać, jak bardzo mogą się od siebie różnić. Zresztą w Akademii otworzyła się właśnie ogromna retrospektywa Jaspera Johnsa, jednego z filarów amerykańskiej sztuki współczesnej. Chociaż wiadomo, że Johns jest gejem i przez wiele lat pozostawał w związku z Robertem Rauschenbergiem, w jego sztuce ta sfera nie znajdowała odzwierciedlenia. Dzisiaj jego obrazy-tarcze i obrazy-flagi interpretowane są często jako rodzaj parawanu.

Noc z kasetami, Dom Funkcjonalny, fot. B. Górka.

Daty, w których zamyka się brytyjska wystawa, są może z punktu widzenia sztuki arbitralne, ale nie przypadkowe. Od 1861 roku za akty homoseksualne nie karano już na Wyspach śmiercią. W 1967 roku nastąpiła dekryminalizacja homoseksualizmu. W tym okresie, od sztywnej epoki wiktoriańskiej do powojennego rozluźnienia, nienormatywna seksualność stała się częścią mainstreamowej kultury, ale często na zasadzie pewnego ukrycia, zakodowania. Wystawa te dzieła rozkodowuje.

Dlatego część obiektów i dzieł sztuki nie zdradza swej queerowości na pierwszy rzut oka. Trzeba wczytać się w opisy, poznać ludzkie losy, dokopać się ukrytych znaczeń za warstwą niedomówień. Jeśli oglądamy wnętrza angielskich salonów Bloomsbury, kuratorzy pytają – co się w tych wnętrzach działo. Ale są też historie procesów sądowych, cenzury, społecznego wykluczenia. Doświadczył tego i Oscar Wilde, skazany za sodomię (na wystawie pokazywane są m.in. drzwi jego celi), i Simeon Solomon, pionier gejowskiej sztuki, którego aresztowanie w publicznej toalecie praktycznie zakończyło jego karierę. Koledzy prerafaelici odwrócili się do niego plecami. Tak się kończy, gdy policja wchodzi do toalety.

Moją uwagę najbardziej przyciągnęły zaś dwa niezwykłe artefakty – okładki bibliotecznych książek i pudełko guzików. Na przełomie lat 50. i 60. Kenneth Halliwell i Joe Orton podkradali książki z londyńskiej biblioteki i queerowali ich okładki, przekręcając tytuły i doklejając nowe elementy w dwuznaczne okładkowe kolaże. Para Denis Wirth-Miller i Richard Chopping kolekcjonowała zaś guziki – pamiątki po swych romansach z żołnierzami, stacjonującymi niedaleko ich domu. Te guziki to pożywka dla wyobraźni – w pudełku po ciastkach jest ich ponad dwieście.

Ale wystawa pokazuje przede wszystkim, że sztuki brytyjskiej po prostu nie byłoby bez takich postaci jak Aubrey Beardsley, Gluck (artystka/artysta odrzucająca/y kategorie genderowe) czy zamykające wystawę w Tate gwiazdy Francis Bacon i David Hockney.

Co kupuje minister 

Na warszawskim „Dziedzictwie” na główną bohaterkę wystawy urosła Maria Konopnicka, autorka „Roty” i „Szkolnych przygód Pimpusia Sadełko”. Jej biała gipsowa rzeźba znalazła się w centrum wystawy. Nic w niej erotycznego. Wygląda bardziej na matronę. Bo nie tylko o seks tu chodzi. Ale nie odmawiałbym seksu Konopnickiej. Zresztą tuż obok na postumencie z drewnianych palet obwąchiwały się dwie zwierzęco-ludzkie figury. Liliana Piskorska uszyła je z kawałków futer. Tytuł tej fetyszystycznej rzeźby mówi wszystko – to „Autoportret z kochanką”. W kącie zaś z postumentu wyłania się fragment męskiego torsu, niezwykle sensualna rzeźba Krzysztofa Malca, erotyczna i trupia zarazem.

Polskie queerowe historie może nie są aż tak bogate jak brytyjskie, ale „Dziedzictwo” pokazało, jak jest ich wiele, że nie jest to margines, lecz mainstream. Wystawa nie ograniczyła się też ramami czasowymi. Queerowe wątki sięgały polskich królów. „Skłonny do rozkoszy męskich” miał być przecież Władysław Warneńczyk. Bolesław II Śmiały – zdaniem Długosza – „popadł w haniebny i plugawy grzech sodomski, naśladując godne potępienia zwyczaje Rusinów, u których to zboczenie było pospolite”. „Chociaż nie ma pewności co do tożsamości psychoseksualnej władcy, pewnym faktem pozostaje homofobia księdza Długosza”, komentowali kuratorzy.

Ale tuż obok można było zobaczyć reprodukcję słynnej „Damy z łasiczką”. Wszak orientacja Leonarda jest wciąż przedmiotem gorących dyskusji. I my też dzięki hojnemu gestowi ministra Glińskiego mamy swego Leonarda w zbiorach nomen omen narodowych. Większość bohaterów wystawy to jednak nasi swojscy pisarze i pisarki, artyści i artystki, kompozytorzy i naukowczynie, tworzący trzon naszej narodowej kultury. To niemal niekończąca się homo-litania: Konopnicka, Szymanowski, Janion, Gombrowicz, Witkowski... Obok krawatów Iwaszkiewicza prężą się laski współczesnego dandysa, Jacka Dehnela.

Ale jest tu też młodziutki Władysław Moes, pierwowzór Tadzia ze „Śmierci w Wenecji” Tomasza Manna, chłopca, w którym zakochuje się Gustav Aschenbach. I Ewa Hołuszko, transseksualistka, która – jeszcze jako Marek Hołuszko – była legendą antykomunistycznej opozycji. Na swoich obrazach Karol Radziszewski tworzy panteon nieheteronormatywnych postaci z polskiej historii – na wystawie zaprezentował portrety lekarki Zofii Sadowskiej i pisarza Jerzego Andrzejewskiego.

„Dziedzictwo”, fot. B. Górka

Hasztag to za mało

Queerową wystawę w najważniejszym brytyjskim muzeum sztuki i skromną, crowdfundingową, niespełna trzydniową ekspozycję w Pałacu Kultury powinny dzielić lata świetlne. Tymczasem reprezentują podobne strategie pracy z materiałem historycznym i ujawniania queerowych historii w kulturze i sztuce.

I Pomada, i brytyjska wystawa posługują się pojęciem „queer”, chociaż w nieco inny sposób. W przypadku Tate Britain chodziło o uniknięcie współczesnych określeń tożsamościowych, takich jak gej, lesbijka, LGBT, które bohaterom z końca XIX i początku XX wieku byłyby pewnie obce. Queer, jako termin znacznie pojemniejszy i mniej sprecyzowany, świetnie nadaje się do opowiadania o przeszłości. Pomadowe „Dziedzictwo”, które łączy perspektywę historyczną i współczesną, to już znacznie poważniejsza queerowa deklaracja – swego rodzaju odrzucenie współczesnych kategorii tożsamościowych w imię seksualnej wolności, tożsamościowej płynności i nienormatywnej wspólnoty. Nie ma tu tęczowych flag. Jest queerowa praktyka, w życiu i w sztuce.

Z jednej strony zazdroszczę więc Brytyjczykom, z drugiej – doceniam luźną atmosferę Pomady. To ten sam wysiłek, ten sam trend, podobne strategie, nawet jeśli w Polsce – co tu dużo mówić – znajdujemy się na innym etapie społecznego rozwoju. Zresztą, tym bardziej trzeba docenić wysiłek osób tworzących Pomadę. Nie byłoby Pomady i „Dziedzictwa”, gdyby nie Karol Radziszewski i założony przez niego Queer Archives Institute, dokumentujący i zbierający artefakty queerowej historii w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Przepaść między oboma projektami leży gdzieś w postawie państwa i jego instytucji, archiwów i muzeów. Bo gdy w Wielkiej Brytanii queerowa historia – i powszechna, i historia sztuki – jest oficjalnie ujawniana i instytucjonalizowana, nad Wisłą to wciąż niestety zaledwie przypis, odrzucany, wstydliwy, niechciany.

Dziedzictwo, fot. B. Górka

Stąd też interwencyjno-ironiczny tytuł wystawy – „Dziedzictwo”. Wszak w Krakowie wciąż trwa „#dziedzictwo”, wystawa, która mimo mającego przyciągać młodzież hasztagu w tytule, jest bastionem konserwatywnie rozumianej, natywistyczno-katolickiej polskości. Gdy wrzucałem zdjęcia z Pomady na Instagram, też tagowałem ją „#dziedzictwo”, więc wychodziło na to samo.

Ale ten tytuł, bez hasztagu, traktowałbym jako przytyk nie tylko pod adresem krakowskiego Muzeum Narodowego, lecz pod adresem wszystkich muzeów, instytutów, galerii. Jeśli nie liczyć „Ars Homoerotica” przygotowanej w Muzeum Narodowym w Warszawie przez Pawła Leszkowicza wiele lat temu, za krótkiej dyrektury Piotra Piotrowskiego, polskie instytucje wciąż milczą. Pomadowe „Dziedzictwo”, wystawa do-it-yourself, pokazało, że koncepcja „muzeum krytycznego” Piotrowskiego nigdy się na dobrą sprawę nie przyjęła.

Tymczasem „Dziedzictwo” to właściwie gotowiec, który podsuwa się pod sam nos decydentom sztuki. Tę niedużą wystawę można traktować jako szkic szeroko zakrojonej ekspozycji, wymagającej innych nakładów, przestrzeni, nieco bardziej pogłębionych badań. Każda gablota z „Dziedzictwa” mogłaby być osobną salą. Wystarczy reprodukcje i książki z gablot zastąpić dziełami sztuki. Tak jak to robi Tate Britain. Najwyższy więc czas, by polskie muzea też porzuciły swe queerowe dziewictwo.