Życiem pisane

Życiem pisane

Karol Sienkiewicz

Co się stanie, gdy do sztuki dorzucimy literaturę? Koszmar widza? Dwie wystawy w Warszawie za punkt wyjścia obierają tekst literacki, z różnymi efektami. „Życie. Instrukcja” w Zachęcie i „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej

Jeszcze 4 minuty czytania

Już cztery dekady temu amerykański pisarz Tom Wolfe, naśmiewając się z izolacji świata sztuki, wysmażył antykonceptualną polemikę „The Painted Word”. Jego zdaniem dwudziestowieczna sztuka została do tego stopnia zdominowana przez teorię, że stała się w mniejszym stopniu medium wizualnym, a bardziej medium literackim. Dzieła sztuki – twierdził – funkcjonują jedynie jako ilustracja do tekstu. Do dziś to częsty zarzut, z którym mierzą się i galerie, i sami artyści.

Osobiście nie mam problemu z czytaniem na wystawach. Zdobyłem tę umiejętność jako kilkulatek i korona mi z głowy nie spadnie, jeśli w galerii przeczytam kilka akapitów. Poza tym, od wieków, o ile nie tysiącleci, malarze i rzeźbiarze inspirowali się literaturą. Kto nie czytał Owidiusza, nie wiedział, na co patrzy.

„Życie. Instrukcja”, kuratorka: Jadwiga Sawicka, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa, do 23 kwietnia 2017.
„Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst”, kuratorka: Natalia Sielewicz, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Warszawa, do 2 kwietnia 2017.

Próba wprowadzenia literatury do galerii to jednak zadanie trudne, wręcz karkołomne. Tymczasem dwie wystawy w Warszawie za punkt wyjścia obierają tekst literacki, z różnymi efektami. „Życie. Instrukcja”, przygotowana w Zachęcie przez Jadwigę Sawicką, artystkę znaną ze swych tekstowych obrazów, narzuca sztuce systematyzację zaczerpniętą od francuskiego pisarza Georges'a Pereca. Jego proza patronuje całej ekspozycji, a literatura staje się klamrą dla sztuki. „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, kuratorowane przez Natalię Sielewicz, to zupełnie inny przypadek. Tu chodzi o sam język. Tekst ma być śluzą, przez którą do sztuki (i nie tylko) przedostaje się intymność. Wystawa w MSN-ie to projekt emancypacyjny.

Kategoryzacje

Szeroko zaplanowane przedsięwzięcie w Zachęcie zadziałało na mnie tylko połowicznie. Przede wszystkim wystawa zachęciła mnie do lektury książek Georges'a Pereca. A czytanie Pereca i o Perecu daje z kolei bodziec do pisania. Pisania czegokolwiek, chociażby do szuflady, chociażby o tym, co właśnie widzi się za oknem. To pisarz inspirujący do tego, by samemu stać się autorem.

„Życie” zaliczyłbym jednak do kategorii wystaw irytujących. To nie najgorzej, bo są jeszcze wystawy nudne albo po prostu głupie. Ale czy to dobrze, że od wystawy ciekawszy okazuje się towarzyszący jej katalog? „Życie” denerwuje swoją zamkniętą strukturą. Zachęta powtarza błąd, który w zeszłym roku popełniło CSW, gdzie Stach Szabłowski kuratorował spektakularnie nieudaną „wystawową trylogię” zatytułowaną „Villa Straylight”, której koncepcja opierała się na cyberpunkowej powieści „Neuromancer” Williama Gibsona. Dla większości widzów koncepcja kuratora pozostała zagadką, której nawet nie mieli ochoty rozwiązywać. Pomysł Sawickiej jest prostszy. Opiera się na czterech kategoriach, którymi Perec w jednym ze swoich tekstów szufladkował swą zróżnicowaną twórczość. Ale nawet te kategorie, czyli: „socjologiczne”, „ludyczne”, „autobiograficzne” i „fabularne”, wymagają wyjaśnienia.

Bo „socjologiczne” dotyczy postrzegania codzienności, „autobiograficzne” odnosi się do własnej historii, „fabularne” – do przyjemności snucia opowieści, „ludyczne” zaś – do metody pisania, rozwijanej przez Pereca i jego kręgu pisarzy z grupy OuLiPo. To pisanie ograniczone „przymusami”, niejawnymi regułami konstrukcyjnymi, jak na przykład palindrom (Perec napisał palindrom liczący 1247 słów). Zebrane na wystawie prace zostały po prostu przyporządkowane tym czterem kategoriom. Socjologiczne będą więc na przykład zdjęcia Andrzeja Tobisa. W części autobiograficznej dominuje wielki rysunek Mariusza Tarkawiana – pośrodku artysta przedstawił się jako płód. W części fabularnej obejrzymy stary film Johana Grimonpreza toczący się wokół porwań samolotów. Część ludyczna będzie zaś najtrudniejsza w odbiorze – tu bowiem artyści bawią się ograniczeniami formy.

„Życie. Instrukcja”, widok ekspozycji, Zachęta, fot. Marek Krzyżanek

Czytelnia

Nie rozumiem jednak, jak to się stało, że dzieła sztuki i działania artystycznopodobne opisywane w katalogu są ciekawsze od tych pokazywanych na wystawie. Tu kuratorce powinna się zapalić czerwona lampka. Mam na myśli na przykład – w części „autobiograficznej” katalogu – esej Marcina Szczygła o dziennikach Janiny Turek, mieszkanki Krakowa. Turek przez większość swego życia ze skrupulatnością księgowej notowała, co jadła, co dostawała w prezencie, jakie prezenty dawała, kogo spotkała „mimochodem”, wizyty zapowiedziane, wizyty niezapowiedziane... Sama kuratorka pisze zaś w części „ludycznej” katalogu o słynnym filmie „The Clock” Christiana Marclaya, dwudziestoczterogodzinnym montażu scen filmowych z zegarami, którego można używać jako zegarka. Widziałem i zeszyty Turek, i film Marclaya na różnych wystawach, ale nie w Zachęcie. Tu tylko o nich czytam.

Gorzej, że do samych dzieł Perecowskie kategorie niewiele wnoszą. Wręcz przeciwnie – sprowadzają je do pozycji w rubryce. Typologizacje sztuki rzadko wypalają. A kategorie Pereca przełożone na wystawę wypadają dosyć banalnie. Gdy Perec używał ich w odniesieniu do własnej twórczości, miało to pewną lekkość. W Zachęcie i w kontekście sztuki robi się pokracznie, niezgrabnie. Ja zatrzymałbym się na najciekawszej części socjologicznej i spróbował ją rozwinąć.

Sawicka pisze wprawdzie, że wystawa „może być oglądana jako zestaw interesujących, nieco obsesyjnych prac, bez znajomości zasady, według której została zbudowana”. Ale nie po to kuratorzy przygotowują wystawy tematyczne, a widzowie nie po to je oglądają, by traktować je jako „zbiór obsesyjnych prac”. Skomplikowana obudowa merytoryczna, którą widz musi sobie tłumaczyć na podstawie fragmentów prozy Pereca jednak drażni. W tym wypadku tekstu robi się za dużo.

Do tego jest jeszcze całkiem spora część wystawy nazwana „Czytelnią”. To stoły z książkami i prace, przygotowane głównie przez studentów Sawickiej z Rzeszowa, bezpośrednio inspirowane prozą Pereca. Znajdziemy tu na przykład obraz, który Perec opisuje w książce „Gabinet kolekcjonera”. To już nie jest „obsesyjna praca”. To po prostu ilustracja do tekstu Pereca, bez której ten tekst się świetnie obywa.

Ciekawe jednak, że na wystawie książki pojawiają się w każdej sali – ale to książki artystyczne, często konceptualne. W części autobiograficznej natkniemy się więc na publikacje Michaela Landy’ego i Sophie Calle. O ile jednak nikt nie będzie siedział i czytał w całości książki Landy’ego, będącej spisem wszystkich przedmiotów, które posiada, o tyle już książki Sophie Calle przeznaczone są do czytania. Więc znowu widz się tylko zirytuje, że ma do czynienia z czymś, czego tak naprawdę poznać nie może.

Życie. Instrukcja, widok ekspozycji, Zachęta, fot. Marek Krzyżanek

Domowa Wenus

„Ministerstwo Spraw Wewnętrznych” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej też wychodzi od literatury i literackich fascynacji kuratorki, Natalii Sielewicz. Oraz – dodajmy – literackich mód. Ostatnio na tapetę powróciła bowiem książka Chris Kraus „I Love Dick”, wydana dwadzieścia lat temu i nigdy na język polski nietłumaczona. Powróciła między innymi dlatego, że zainteresował się nią Amazon i nakręcił pilot serialu, którego premiera zapowiedziana jest na maj (tytułowego Dicka zagra sam Kevin Bacon). Dick to mężczyzna, do którego wzdycha zarówno narratorka, jak i jej mąż. A narratorka to nie kto inny jak Chris Kraus, bo książka łączy fikcję i pamiętnikarstwo. Wszystko zanurzone jest zaś w bardzo inteligenckich kręgach Kalifornii. Zresztą po „I Love Dick” chętniej sięgają teoretycy niż zwykli miłośnicy literatury. O walorach literackich samej książki, chociaż na swój sposób radykalnej, wciąż toczy się dyskusja.

Kraus określa swą książkę jako „fenomenologię samotnej dziewczyny”. „Samotna dziewczyna” i „smutna dziewczyna”, ta z manifestu artystki Audrey Wollen, zdominowały dyskusję wokół wystawy, głównie za sprawą tekstów Zofii Krawiec i późniejszych z nimi polemik. To, co ignorują te dyskusje, to prosty fakt, zauważony już dawno przez psychoanalityków, że nasze fantazje nie muszą pokrywać się z naszymi poglądami. Wręcz przeciwnie, często stoją z nimi w jawnej sprzeczności. Podobnie strategie aktywistów nie zawsze idą w parze z antynormatywnymi teoriami. Dlatego intymność to grząski grunt.

Już przełożenie swojej intymności na język jest zadaniem niezwykle trudnym. Wollen, artystka aktywna w galerii i na Instagramie, z jednej strony wciela się w przedstawienia kobiet w dawnej sztuce (aktów), z drugiej – zajmuje uprzedmiotawianiem kobiet dziś. To tradycja Cindy Sherman, chociaż Wollen jako „smutne dziewczyny” wskazuje raczej Virginię Woolf i Lanę del Rey. „Chciałabym być osobą, a nie chodzącą fotografią nagiej dziewczyny. Ale nie miałam tego wyboru. Byłam traktowana jedynie jako fotografia nagiej dziewczyny długo zanim sama zaczęłam fotografować się nago”, mówi Wollen w jednym z wywiadów, stając po stronie „dziewczyn, które płaczą w autobusie”.

Przewrotność jej projektu w pełni ujawniła się, gdy padła ofiarą appropriation art Richarda Prince’a. Artysta włączył jej zdjęcie do zbioru internetowych erotycznych selfie, zawłaszczonych przez niego. Bo Wollen w swych działaniach instrumentalizuje własne uprzedmiotowienie. Gdy trafia do zbioru Prince’a, staje się jego ofiarą. W pracy prezentowanej na wystawie w MSN-ie sięga po obraz Diego Velazqueza „Wenus przy lustrze” i opisuje historię zaatakowania go tasakiem przez kanadyjską sufrażystkę Mary Richardson. To co umyka recenzentkom i nieudanym naśladowczyniom Wollen (jak instagramowa postać tworzona przez Zofię Krawiec), to pewna ironia wynikająca właśnie ze świadomości trudnej do uniknięcia pozycji. Skoro dzieje się to tak czy owak, pozwólcie mi przywdziewać taką maskę, na jaką mam ochotę – zdaje się mówić Wollen. Spóźniona o jakieś dwa lata polska dyskusja o selfie-feminizmie grzęźnie w normatywnościach – co wypada, a co nie.

Z Instagrama Audrey WollenZ Instagrama Audrey Wollen

Poeci – instalatorzy

Nawet kuratorskie podejście Sawickiej i Sielewicz jest skrajnie odmienne. Gdy zachętowska instrukcja do życia przypomina magazyn czy katalog z pracami, Sielewicz stawia na nonszalancki bałagan. Niektóre prace leżą bezpośrednio na podłodze, inne są zawieszone wysoko pod sufitem, tak że całe „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych” wydaje się jedną wspólną instalacją. Z niej warto wyłowić prace Wollen, Eileen Myles czy Cécile B. Evans.

Podtytuł wystawy, „Intymność jako tekst”, nie dotyczy tylko literatury wysokiej czy poezji, która zdominowała całą ekspozycję, lecz każdej próby opowiedzenia o własnej intymności, chociażby w mediach społecznościowych. Wystawa mówi o trudzie dzielenia się własną intymnością, o ciągłej walce z nieprzekładalnością uczuć i emocji na język, a także o konstruowaniu tej tekstowej przestrzeni intymności. Czy nie o tym jest właśnie fenomenalny film Agnieszki Polskiej? Czy nie o tym opowiada świetna wideoinstalacja Amalii Ulman, narracja na temat tradycji pamiętnikarstwa i płciowej segregacji?

Widoki wystawy, Muzeum Sztuki Nowoczesne (na dole po prawej instalacja z „I love dick”) / fot. F. Buchner

Gdy jednak tekst literacki styka się z wizualnością, wystawa utyka. „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych”, podobnie jak „Życie”, schodzi na mielizny w momentach, w których poezję próbuje się przełożyć na język sztuki współczesnej. Takich potknięć jest tu sporo. Na przykład gdy Barbara Klicka rekonstruuje pokój sanatorium, o którym mówi w swym wierszu. Albo gdy Julia Szychowiak wiersze ilustruje zdjęciami. Albo w animacji Joanny Jurczak do wiersza Jakuba Głuszaka. Tymczasem inne wiersze są po prostu naklejane na ściany czy pod schodami – i to też nie jest najlepsza taktyka. To co dzieje się zaś z „I Love Dick” Kraus to już zupełne nieporozumienie – wydrukami fragmentów książki wytapetowana została niewielka nisza. Szkoda, że muzeum nie wydało jakiejś antologii, nawet niewielkiej, zamiast niewiele wnoszącego komiksu Jaakko Pallasvuo.

Kropka

W jakimś sensie doszło do odwrócenia tytułów. Wystawa w MSN-ie jest przecież bliska życia, a wystawa w Zachęcie zdradza objawy obsesji jakiegoś opętanego urzędnika-archiwisty, który wszystkie aspekty życia potrzebuje skatalogować. Gdy w MSN-ie następuje rozprężenie, w Zachęcie – sprężenie.

I chociaż nie zgadzam się z Tomem Wolfe'em, to uważam, że książka nie jest medium przyjaznym wystawom. Książki czyta się w domu, z herbatą pod ręką, książki się czyta w bibliotece lub w parku. Nawet tramwaj jest o wiele lepszym miejscem niż galeria sztuki. Kropka. Wystawa-czytelnia skazuje odbiorców, zwłaszcza tych bardziej dociekliwych, na frustrację.