Kolekcjoner koślawych ruchów

12 minut czytania

/ Sztuka

Kolekcjoner koślawych ruchów

Karol Sienkiewicz

W najnowszej pracy, „Kolekcji”, Artur Żmijewski powraca do wątków, które eksplorował jakiś czas temu i – wydawało się – porzucił. Niekontrolowanie drżące ciała znowu wypełniają jego kadry

Jeszcze 3 minuty czytania

W Fundacji Galerii Foksal otaczają nas czarno-białe filmy, wyświetlane na ścianach. Ich bohaterami są osoby niepełnosprawne ruchowo – chore na stwardnienie rozsiane, pląsawicę Huntingtona czy porażenie mózgowe. Każdej postaci poświęcony jest osobny krótki film.

Artur Żmijewski filmuje ich we wnętrzach i na ulicy. Widzimy ich na klatkach schodowych, na tle ściany, na przejściu dla pieszych. Niektórzy idą na spacer, a nawet biegną, jeśli pozwala im na to choroba. Ale robią to nieudolnie, niezgrabnie. Często używają kuli. Nawet proste stanie sprawia im kłopot, chwieją się wtedy i chwytają za parapet; muszą się o coś oprzeć, a czasami skorzystać z pomocy samego artysty. Niektórzy potrafią samodzielnie przejść zaledwie kilka metrów. Jeden z bohaterów ma trudność z utrzymaniem parasola w dłoni. Filmom nie towarzyszy żadna ścieżka dźwiękowa. W sali słychać tylko delikatny szum projektorów.

Wystawa Żmijewskiego „Kolekcja” w FGF stała się jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznej edycji Warsaw Gallery Weekend, i jej największym zaskoczeniem. Zaskoczeniem, bo Żmijewski sięga tu do znanych już z jego twórczości motywów. Na dodatek „Kolekcja” jest atrakcyjna w tradycyjnych kategoriach, wręcz ładna, uwodzi estetyką. Jednocześnie jednak, w osobnym pomieszczeniu, artysta pokazuje swe wczesne, studenckie, znacznie bardziej surowe w wyrazie rzeźby.

Ruch naznaczony błędem

Chociaż filmy przywołują na myśl nieme kino (mężczyzna z parasolką kojarzy się wręcz z Charliem Chaplinem), znając twórczość Żmijewskiego, trudno nie pomyśleć o jego fotografiach z cyklu „Oko za oko” czy filmie „Na spacer” sprzed kilkunastu lat. Interesowało go wtedy ciało niekompletne, sparaliżowane, nie w pełni sprawne. Nie jest to pierwszy taki powrót Żmijewskiego – pokazywany na biennale w Wenecji w 2013 roku film „Na ślepo”, w którym niewidomi malowali według wskazówek artysty, można traktować jako pendant dla chór głuchych z „Lekcji śpiewu”.

Ale oglądając „Kolekcję”, miałem jednocześnie silne poczucie, że coś ją od tych wczesnych prac Żmijewskiego znacząco różni. Nie chodzi tylko o kamerę szesnastkę i czarno-białą taśmę. Po chwili przyszło olśnienie – bohaterowie Żmijewskiego są ubrani! Jeśli w latach 90. w jego pracach pojawiało się ciało, to zazwyczaj nagie. Nagość dla artystów krytycznych była niemal równoznaczna z nagą prawdą. W przypadku „Kolekcji” nikt już nie powie, że artysta czymś epatuje, narażając na szwank poczucie dobrego smaku widzów. Bo bohaterów „Kolekcji” Żmijewskiego jakby znamy, codziennie wyprzedzamy ich na chodniku. Teraz możemy się przyjrzeć ich nieumiejętnych ruchom w kadrze.

Kolekcja

Artur Żmijewski, Fundacja Galerii Foksal, do 10 listopada 2016.

Żmijewski całą wystawę kwituje jednym akapitem autokomentarza: „Filmuję osoby niepełnosprawne ruchowo, wtedy gdy chodzą. Obserwuję mechanikę upośledzonego ciała. (…) Sekwencja ich ruchów wydaje się sekwencją błędów. A jednak idą, szybko wchodzą po schodach. Patrzymy na nich pod słońce, gdy idą dokądś ulicą. Czarne sylwetki poruszają się, ale nigdzie nie dochodzą. Ich filmowy trucht nie ma żadnego geograficznego celu. On tylko opowiada o ruchu ciała naznaczonego błędem – chorobą, wypadkiem, degeneracją. A ja poszerzam swoją kolekcję”.

Człowiek z kamerą

W tym kolekcjonowaniu kalekich truchtów jest coś perwersyjnego, wręcz okrutnego. Kamera, której używa Żmijewski to poręczny Bolex, stary model szesnastki, produkowany od lat 30. z myślą o filmowcach amatorach. Żmijewski nie oczyszcza obrazu z szumów, brudów i błędów. Z tą niby amatorską estetyką  flirtuje wielu artystów, by wspomnieć dla przykładu Wilhelma Sasnala. Chociaż Żmijewski obraz z taśmy przekłada na obraz cyfrowy, specyficzna aura szesnastki pozostaje.

Ale to, co na pierwszy rzut oka wydaje się galeryjnym sznytem, w kolejnej warstwie ujawnia kamerę jako narzędzie nieneutralne. I nie chodzi tylko o to, na co operator kieruje jej spojrzenie. Żmijewski zdradza to, co intymne, a widzów stawia w roli gapiów. Na ulicy takie uporczywe przyglądanie się uznane byłoby za niegrzeczne. Niepełnosprawność ciekawi zdrowych, ale zazwyczaj przypatrujemy się jej subtelnie, kątem oka. „Kolekcja” Żmijewskiego pozwala dać upust naszemu voyeryzmowi, legitymizuje go.

I chociaż artysta sam pojawia się w kadrze, gdy pomaga jednej z bohaterek przejść parę kroków, oferując jej swe ramię, w „Kolekcji” nie ma nic z empatii na pokaz, pochylania się nad innym i słabszym. Nie ma tu też dumy z pokonywania własnych ułomności, jak na paraolimpiadzie. Niczego też się o tych osobach nie dowiadujemy – kim są, czym się zajmują ani dokąd właściwie idą. Postawa artysty przypomina raczej badacza, archiwistę schorzeń, ich kolekcjonera właśnie.

„Kolekcja”, widok wystawy / dzięki uprzejmości artysty i Fundacji Galerii Foksal

Trądzik

Jeśli daliśmy się uwieść tym potknięciom i ruchowym zawahaniom, na wyższym piętrze Fundacji czeka nas zimny prysznic. Tu Żmijewski wystawił dwie rzeźby, które powstały na początku lat 90., gdy studiował w pracowni Grzegorza Kowalskiego. Rachityczna postać zespawana z metalu wspiera się na szerokich, żabich stopach. Plątanina rurek udaje jej jelita. Jeśli podgrzać je za pomocą palnika, umieszczonego tuż pod nimi, rozgrzana woda z ich wnętrza zaczyna parować i uchodzi wyciągniętą w górę rurko-ręką. Obok stoi przerażające w swej prostocie urządzenie. To wykonany chałupniczo, ogromny „Młot do zabijania ludzi”. Tym naprawdę można by kogoś zabić! Specjalny uchwyt na głowę wskazuje miejsce, w którym miałby stanąć skazaniec.

Do młota Żmijewski przyczepił trzystrofowy wiersz – fantazję o zabijaniu. Mowa jest o tym, że „zrobić to można żelaznym bolcem”, „zaostrzonym drucianym kolcem”, „można to rozgnieść lokomotywą”, „stukając prętem w ciężkie żeliwo”,

chodzi zaś o to by jednym palcem
z ludzkim rozprawić się zakalcem
ażeby wszelka podła hołota
jebnęła od użycia młota

Odnalazłem oryginalny tytuł tego wiersza, „Hautkrankheiten”, czyli – po niemiecku – choroby skóry. I staje się jasne – przecież to nie tylko wiersz o zabijaniu, ale też o wyciskaniu pryszczy! Czynność bliska każdemu nastolatkowi nabiera znamion sadyzmu. A sam młot, dopowiadając „Kolekcję”, nadaje jej złowrogiego charakteru. Natychmiast rodzą się pytania: kto właściwie miałby paść ofiarą tej rzeźby? Kto chciałby z niej skorzystać? I jakie konsekwencje może mieć to, że najbardziej wpływowy polityk w Polsce mówi w kontekście uchodźców z owładniętej wojną Syrii o cholerze, dezynterii, pasożytach i pierwotniakach?

xxx xxxRealizacja zadania kompozycyjnego: „Konstrukcja“, wystawa końcoworoczna, 1993 / Archiwum Kowalni / MSN  

Sterylne stolce

Takich wierszy jak „Hautkrankheiten” Żmijewski napisał znacznie więcej. W większości z nich pojawiały się guzy nowotworowe, czyraki oraz wszelkiej maści cielesne schorzenia i wyrostki. Przytoczę tu fragment wiersza „Korczak”:

Leży flak zjełczały na środku podwórza
wszyscy to zło widzą, każdy się oburza
żydłaki gettowe liżą tego flaka –
na pewno dostaną ciężkiego robaka…
Nadszedł Korczak i dzieciom flaka ocukrował,
ich poczucie smaku od zgnicia zachował.

W czerwcu 1994 roku Żmijewski zorganizował w Kinie Stolica, obecnym Iluzjonie, wystawę wierszy, własnych i swoich kolegów, o pięknym tytule „Na pięknej łące / puszczam w kosmos / seryjne / białe / stolce”. Wcześniej ukazywały się w publikowanych przez nich zinach powielanych na ksero: „Gaz-eta” „Pjur potejto” czy „Nerven des Menschen”.

„Białe stolce to nasze teksty. Uszlachetniamy wydzielinę psychiczną mózgu”, tłumaczył Żmijewski dziennikarce „Gazety Stołecznej”. Jak podawało „Życie Warszawy”, na wernisażu trójka autorów zjadła swoje wiersze. Jeżeli żałuję, że nie urodziłem się kilka lat wcześniej, to po to, by zobaczyć Żmijewskiego, jak konsumuje poezję, podgrzaną wcześniej grzałką w słoiku z wodą. Do tego wierszom towarzyszyły erotyczno-surrealistyczne instalacje, m.in. w toalecie męskiej – „Łodyga chłopięctwa”, w żeńskiej – „Krzesło masturbacyjne”. „Uwaga widzowie! Z toalet można również korzystać w sposób tradycyjny!”, pisała prasa.

Swoją drogą ciekawe, że wystawa „Na pięknej łące…” nie wzbudziła większych kontrowersji, ale dyrekcja kina dwa lata później zamknęła wystawę „Ja i AIDS”, definitywnie kończąc współpracę ze Żmijewskim. Artysta pokazał wówczas krótkie wideo, na którym w zwolnionym tempie zderzały się ze sobą nagie ciała modeli. Obawę przed zarażeniem się wirusem interpretował jako strach przed kontaktem z drugą osobą.

Artur Żmijewski, studium aktu: „Dmuchawka“, wystawa końcoworoczna / Archiwum Kowalni / MSNArtur Żmijewski, studium aktu: „Dmuchawka“, wystawa końcoworoczna, 1993  / Archiwum Kowalni / MSN

Studia wnętrzności

Takich rzeźb, jak te prezentowane obecnie w Fundacji Galerii Foksal, też było więcej. Studenta Żmijewskiego zdawał się szczególnie absorbować problem, jak za pomocą rzeźby przedstawić nie cielesną powłokę człowieka, lecz procesy, które zachodzą w jego wnętrzu.

Figura „Studium aktu męskiego” z 1993 roku wydalała, gdy pociągnęło się ją za wyposażoną w sprężynę dłoń. Wcześniejszy „Pojazd” był rodzajem ruchomego tronu, podłączonego do muszli klozetowej – całość dotyczyła więc perypatetyki i perystaltyki. „Dmuchawka”, bardzo umownie potraktowana figura ludzka, imitowała nieświeży oddech, „trudnych konsekwencji higienicznej abnegacji”. „Nie jest to oczywiście dentystyczna propaganda – pisał Żmijewski – raczej opowieść o gniciu za życia, doświadczaniu psucia się żyjącego ciała. Większość chyba ma to w sobie: próchnica, gnicie zębów, zgorzel gazowa. Prawie trąd, taki maleńki trądzik, bardzo dyskretna obecność pośmiertnego rozpadu”.

Nietypowe jak na Wydział Rzeźby, chociaż całkowicie akceptowalne w pracowni Kowalskiego, prace Żmijewskiego były czasem odpowiedziami na akademickie studia aktu. Do jelitowo-rurkowej rzeźby pokazywanej na obecnej wystawie też pozował model, z charakterystycznie uniesioną, zgiętą w łokciu ręką.

Studium natury - akt męski, wystawa końcoworoczna, 1993 / Archiwum Kowalni / MSNStudium natury – akt męski, wystawa końcoworoczna, 1993 / Archiwum Kowalni / MSN

Znowu w galerii

Po studiach Żmijewski przestał tworzyć rzeźbiarskie obiekty; ostatni, „40 szuflad” z 1995 roku, był jego pracą dyplomową. Powiedział nawet wprost, że „rzeźba nie nadąża”, a „świat jest zbyt skomplikowany, żeby rzeźbić”. Gdy przestawił się na fotografię i film, zaczęła powstawać jego „kolekcja”. Umieszczał ogłoszenia w prasie: „zatrudnię osobę całkowicie sparaliżowaną”, „zatrudnię do pozowania osobę po siedemdziesiątce o wzroście ok. 145 cm”. W fotografiach i filmie z cyklu „Oko za oko” osoby pełnosprawne i beznogie tworzyły nowe ludzkie mutanty. Żmijewski zabierał na spacer paralityków. Rozmawiał z odczuwającą bezustanny ból i czekającą na śmierć Karoliną.

„Kolekcja” ma inny klimat. Po latach filmowania demonstracji i konfliktów, także wykreowanych w laboratoryjnych warunkach, Żmijewski tworzy dzieło intymne i estetycznie wysmakowane. „Kolekcja” nie ma w sobie nic z dokumentu. Można powiedzieć, że Żmijewski powraca do twórczości, której bliżej do galerii niż więzienia czy ulicy. I żeby nie było zbyt przyjemnie, żeby ujawnić drugie dno „Kolekcji”, okrasza ją rzeźbami wyciągniętymi z magazynu. To, co wydaje się sentymentalnym spoglądaniem wstecz (na co Żmijewski jest jeszcze za młody), może okazać się zupełnie nowym otwarciem.