Bałka według Bałki

Karol Sienkiewicz

Mirosław Bałka się kurczy. Na przekrojowej wystawie w Łodzi odnajduje wartość w tym, co pozostaje po dziele, po wystawie

Bałka według Bałki

Jeszcze 4 minuty czytania

Bałka według Bałki

Ta wystawa to spojrzenie w przeszłość, na własny dorobek. Mirosław Bałka stroni jednak od retrospektyw i podsumowań. Jeśli spogląda wstecz na swą twórczość, to czyni to na własnych zasadach. Jakby nie interesowały go dzieła, o których mówił kiedyś, że wysyła je w świat. Nie śledzi ich i nie zaprasza na spotkanie po latach. 30 lat po maturze – trudno o większe rozczarowanie. W Muzeum Sztuki w Łodzi Bałka sięga po sprawdzone przez siebie strategie i stosuje je tym razem wobec własnej twórczości. Redukuje. Zadowala się śladem, pozostałością, które w jego rękach urastają do rangi relikwii.

Wystawa „Nerw. Konstrukcja” obejmuje cały okres działalności Bałki, ale nie ma tu wypożyczeń z kolekcji, dzieł znanych i reprodukowanych w opracowaniach, nawet tych, które wystarczyłoby wyciągnąć z magazynów łódzkiego muzeum. Budują ją głównie obiekty z pracowni i archiwum artysty, rysunki i rzeźby. Albo wręcz ich resztki. Czasem zupełne drobiazgi, szkice, przymiarki, pamiątki. Tytułowy „nerw” Bałka wypisał po hebrajsku, szminką na lustrze na wejściu na wystawę – język jest ukłonem w stronę byłych właścicieli budynku, w którym mieści się muzeum, żydowskich fabrykantów. Ale samo słowo odczytuję jako dotarcie do sedna, bez wszystkich tkanek i tłuszczów, które je otaczają. Dzieło poszło w świat. Nerw pozostał. Pozostał artysta.

Bałka wielokrotnie stosował artystyczny recycling, zwłaszcza gdy w odnajdowanych przedmiotach odciskały się ślady człowieka. Fetyszyzował je – swój rodzinny dom w Otwocku, który przez lata służył za jego pracownię, Galerię Foksal. I w Łodzi znajdziemy takie prace, na przykład fragment linoleum z Foksalu, którego kształt oddaje skomplikowany układ pomieszczenia i w którym przez lata użytkowania odbiła się klepka z podłogi; wisi na ścianie niczym filcowe prace Roberta Morrisa. Albo nadpalone rysunki, ofiary pożaru w pracowni.

„Nerw. Konstrukcja”

Mirosław Bałka, kurator: Kasia Redzisz, Muzeum Sztuki w Łodzi, do 13 marca 2016.

Głównym obszarem wiwisekcji Bałki jest tym razem jego własna twórczość. Opowiada o niej za pomocą szkiców i prac z marginesów. Dzięki temu ogląda się tę wystawę jednocześnie jako historyczną i zupełnie nową, świeżą. Wiele z tych rzeczy mamy okazję zobaczyć po raz pierwszy. Obok prac dojrzałych, zetkniemy się tu z pracami rozkosznie szczeniackimi, rysunkami powstałymi, gdy Bałka uczył się jeszcze w technikum nukleonicznym i trenował skok wzwyż. Już one zdradzają potrzebę bycia artystą, za którą kryje się nadzieja na wolność, emancypację.

Nie ma dnia bez kreski

Spoiwem łączącym wystawę i różne okresy twórczości Bałki są właśnie rysunki. Następuje wręcz zakłócenie porządku. To rzeźby zdają się dopowiadać rysunki, a nie na odwrót. Na papierze artysta notuje myśli. Czasem pozostają w tej skrótowej formie, niedopowiedziane, czasem ewoluują w obiekty, dzieła, wystawy. Ale jeśli spotykamy tu szkice do konkretnych prac, to tych drugich już nie znajdziemy. Jakby rysunek wystarczył – myśl, nerw.

Rysunek pozwala na pomyłki i ponawiane próby. Jeden goni drugi. Motywy nachodzą na siebie. Na jednej kartce może się zmieścić nawet kilka myśli. Chociaż im nowsze, tym rysunki Bałki stają się bardziej oszczędne, wypracowane, przemyślane. Łatwiej je zamknąć w ramce. Jest też kilka prac na papierze, które nie mają charakteru szkicu czy szybkiego zapisu. Jak sporych rozmiarów na pierwszy rzut oka abstrakcyjny rysunek z wielką czarną plamą. Przedstawia silnik z radzieckiego czołgu T34, który używano w komorach gazowych nazistowskich obozów.

Podczas pracy nad wystawą Bałka odnalazł rysunek „Powietrze”, kartkę z urwanym rogiem, na której w 1978 roku narysował kontury rzeźb i napisał krótki tekst – o klepsydrze, bryle i powietrzu, czyli przestrzeni. Nie pamiętając, co sam zanotował przed laty, teraz włączył dyktafon i czytał. Nagranie odtwarzane jest na wystawie. To nieco grafomański, ale w gruncie rzeczy ciekawy tekst. „Czym jest krew dla człowieka, tym otaczające powietrze dla bryły, która musi swą wampirzą chłonność nim nasycić”, próbuje odcyfrować własne pismo Bałka. Więc na pierwszym miejscu jest jednak rzeźba.

Decyzja o pokazaniu tych rysunków to też pewne odsłonięcie, wręcz ekshibicjonizm. Artysta ujawnia, w jaki sposób pracuje. Nie grzebiemy w archiwum artysty, ale mamy w nie pewien wgląd. Tu leży też waga tej wystawy – Bałka nigdy wcześniej nie zdecydował się na tak szeroką prezentację prac na papierze. Chociaż nie dajmy się zmylić; wyłaniający się obraz twórczości to też, jak zresztą mówi podtytuł ekspozycji, konstrukcja.

Widok wystawy / fot. B. Górka

„Exhibition 4 you”

Układ pomieszczeń w Pałacu Poznańskiego, w którym mieści się MS1, powoduje, że po wejściu na wystawę możemy kierować się w lewo lub w prawo. Na jednym krańcu natkniemy się na młodzieńczy rysunek – szkic do afisza wyimaginowanej wystawy, wykonany jeszcze przed studiami na Akademii Sztuk Pięknych. Bałka napisał, a właściwie narysował na nim swoje nazwisko; wychudzone ręce, niepołączone z żadnym ciałem, chwytają się, układając w litery. „Art exhibition 4 you”, reklamuje sam siebie młody Bałka i przedstawia się jako syn Jerzego Jacentego syna Wiktora. Dalej wchodzimy do ciemnego pomieszczenia, w którym na ekranach wyświetlane są trzy filmy z cyklu „Nachtgesichten”. Bałka nagrał je po ciemku m.in. we własnej pracowni w Otwocku. Ledwo co widać, jak przez noktowizor, jednak w ciemnościach dostrzeżemy też twarz samego artysty, który buszuje po dobrze sobie znanej przestrzeni. Ale przecież w nocy pozornie znajome rzeczy tracą znajomy charakter. Jakby Bałka sugerował, że sięgając do własnej przeszłości, sam nie wiedział, co znajdzie.

Idąc zaś w przeciwległym kierunku, dotrzemy do rysunków technicznych do pracy „+GO–GO”, przygotowanej specjalnie na wystawę artysty w Zachęcie w 2001 roku. Bałka wykonał wówczas proste kwadratowe płyty nagrobne dedykowane swoim indywidualnym wystawom, poczynając od dyplomowego pokazu „Pamiątki pierwszej komunii świętej” w 1985 roku. O wykucie napisów, tytułów i dat wystaw, poprosił swego ojca, kamieniarza. Wystawa mieści się więc pomiędzy marzeniem o byciu artystą, marzeniem o wystawie a ciężarem dorobku artysty w pełni ukształtowanego. Te dwa porządki zdają się mieszać: młodość i dojrzałość, nieskrępowanie i dyscyplina formy.

Za echa dawnych wystaw służą zaś resztki i rysunki. Znajdziemy tu przypisy do dzieł, szkice do wystaw, a nawet pozostałości. Jak forma, z której Bałka odlewał bumerangi na wystawę Świadomości Neue Bieriemiennost, grupy, którą tworzył razem z Mirosławem Filonikiem i Markiem Kijewskim, „Na rzecz pokoju” w 1986 roku. Bumerangów było 41, bo była to 41 rocznica końca wojny. Wszystkie artysta rozbił o ścianę. W innej sali stoją trzy niewielkie stołki, z jednym nieco większym pośrodku, naśladujące układ ukrzyżowania. Bałka pokazał je na głośnej wystawie „Good God” w Galerii Dziekanka w Warszawie w 1990 roku. Znajdziemy też nadgryziony szkic do rzeźby „Chłopiec i orzeł”, przygotowanej specjalnie na wystawę „Rzeźba w ogrodzie”, którą w 1988 roku kuratorowała Anda Rottenberg. Chłopiec i kuszący go orzeł, jak w historii o Ganimedesie i Zeusie, ale też z polskiego godła i z dziecinnej rymowanki – „Jaki znak twój? Orzeł biały” – stoją w płytkiej stalowej prostokątnej sadzawce. Z oczu orła płyną łzy wprost na stopy młodzieńca. Ale rysunek ujawnia niewykorzystane pomysły artysty – sadzawka przyjmuje tu kształt swastyki i krzyża. Jakby na papierze Bałka pozwalał sobie na więcej. W rzeźbie raziłoby to pewnie dosłownością.

162,5 cm

„Nerw. Konstrukcja” zawiera wszystkie składniki twórczości Bałki, które na ulotce do wystawy przedstawiono w postaci chmury wyrazów: mydło, gips, ciało, pamięć, śmierć… Sporo tu biblijnego okrucieństwa, z którymi zmagał się głównie na początku twórczości, oraz nawiązań do Zagłady. Wszystko to dobrze znamy. Twórczość Bałki obrosła przecież powtarzanymi interpretacjami, zdyscyplinowanymi słowami artysty, automitologią. Na wystawie zostają jednak wyciszone. Przez specyficzny wybór prac, przez operowanie zapośredniczeniem, wreszcie – przez prace zupełnie nowe.

Jeśli pojawia się sól, to jeszcze bez symbolicznego bagażu „wysuszonych łez”, lecz jako namiastka słonej wody w rzeźbie „Niebieska fala”, którą wykonał w 1990 roku z płotu otaczającego Centrum Sztuki Współczesnej. Przejście od rzeźby figuratywnej do minimalistycznego operowania formą i materią jawi się jako długotrwały proces stopniowej redukcji. Wśród fal z niebieskich desek unosi się jeszcze mała betonowa głowa – nie wiemy tylko: pływaka czy topielca. Ale wystawa w nosie ma chronologię. Dzięki temu obecność figury człowieka raz będzie bardziej dosłowna, raz ledwie zaznaczona, choćby kreseczką.

W niewielkiej salce poświęconej architekturze ustawiono wycięty fragment balkonowej barierki, z domu, w którym mieszkał artysta. Rysunki nabierają tu typowej dla planów architektonicznych ostrości. Kąty proste. Na ścianie Bałka delikatną kreską wykonał prosty rysunek – prostokąt dzieli się na mniejsze. Wprawne oko połączone z wiedzą rozpozna w nim słynny „Modulor” Le Corbusiera. Dla francuskiego architekta człowiek z wyciągniętą do góry ręką miał być miarą architektury (unikał w ten sposób rozbieżności między systemem metrycznym i brytyjskim), podobnie jak własne ciało było wielokrotnie miarą twórczości artysty. Ale u Bałki, jak to u Bałki, ludzka figura znika, pozostają same proporcje. Mówi o ciele bez ciała. A schemat zakłóca drobna kreseczka na wysokości 162,5 cm. To wzrost piętnastoletniej Anne Frank w momencie jej aresztowania. Bałka zaznacza go, powtarzając gest jej rodziców, którzy – jak to rodzice – zaznaczali, jak rosła młoda pamiętnikarka, na ścianie w ich kryjówce.

Na innej ścianie – inny rysunek zbudowany z prostych linii, który oddaje kontury dwóch budynków na warszawskim Powiślu. Bałka przypomina zbiegi okoliczności – w jednym z budynków w 1947 roku odbył się proces Rudolfa Hössa, komendanta obozu w Auschwitz, w drugim mieści się Wydział Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych; Bałka, sam absolwent wydziału, przypomina, że przed wojną studiował w nim Natan Rapaport, autor Pomnika Bohaterów Getta. Ale jest tu też rysunek bardzo dosłowny. Niewielki szkic węglem, w którym łatwo rozpoznać obozowe baraki. Zaskakuje jednak data – powstał w połowie lat 70.

Widok wystawy / fot. B. Górka

Na diecie

Mimo powracania do tych ważkich tematów wystawa sprawia wrażenie lekkości. Bałka uchodzi za artystę poważnego. I chociaż Roberto Benigni nakręcił „Życie jest piękne”, holokaustową tragikomedię, już niemal 20 lat temu, temat Zagłady wymusza swoisty patos. Na wystawie ciężar tematów przełamywany jest gdzieniegdzie delikatnym humorem. Bo czy nie uśmiechniemy się na technikę tytułowej pracy „Nerw” – „szminka na lustrze”? Czy nie wydadzą nam się zabawne wczesne próby artystyczne Bałki, które sąsiadują tu z twórczością przez duże „t”? Albo taki rysunek w serii prac z ostatnich lat na kartkach formatu A5 (Bałka go lubi, bo mieści się w dłoni): strzałki wokół męskiego torsu sugerują, że ciało zrzuca niepotrzebny balast. Podpis: „Strasznie schudłeś Mirku”. Wtajemniczeni wiedzą, że Bałka rzeczywiście w pewnym momencie przeszedł na dietę i zeszczuplał do obecnych rozmiarów.

Do tego to schudnięcie następuje w kontekście innych rysunków: wariacji na temat Chrystusa z przedstawień piety (punktem wyjścia wydaje się być „Pietà Rondanini” Michała Anioła), wyjazdów do Treblinki, mapy Hadesu. Wkrada się tu też erotyka, czy wręcz homoerotyka. Na jednym z rysunków bezwładne ciało z przedstawień piety podtrzymywane jest członkiem w erekcji drugiej męskiej postaci. Jest też przypominające miłosny uścisk dwóch mężczyzn „Zdjęcie z krzyża wg Pasoliniego”. A temu miszmaszowi motywów przygląda się wspaniała głowa Gombrowicza, którą Bałka wyrzeźbił pod koniec studiów. Gdy spojrzeć od tyłu, ujawni zatopione w niej czerwone kamyki czy guzki.

Na innym rysunku kobiece piersi mają wypalone sutki. Zadamy sobie pytanie, kim jest Piotr i Aleks, bohaterowie innego szkicu. Nadzy, jeden delikatnie położył dłoń na ramieniu drugiego, a ten delikatnie odwrócił głowę, w ten sposób odwzajemniając dotyk, pieszczotę. Albo ledwo widoczne rysunki wykonane przez nakłucia, w których rozpoznamy kształty męskich genitaliów. Właściwie należałoby ich doświadczać przez dotyk; i rysunków, i genitaliów. W przeciwieństwie do monumentalnych realizacji, których tu oczywiście nie ma, czy nawet rzeźb, rysunki ujawniają jakąś nieznaną wcześniej niegrzeczną naturę artysty.

Słowa

Zastanawiam się tylko, czy słowa nie szkodzą sztuce Bałki. Bo ja tu sobie piszę „genitalia”, a to zaledwie jakieś szkice, delikatne czy wręcz z trudem dostrzegalne. Albo „Holokaust”, którego sam artysta długo nie wypowiadał na głos. Przez pryzmat Zagłady jego twórczość najpierw interpretowali inni, dopiero później on sam. Tymczasem w procesie redukcji dzieła, który znakomicie można w Łodzi prześledzić, pozostaje samo słowo. Ale można też powiedzieć, że słowa podążają za sławą.

To ze słów pochodzi też wspomniany patos – czy to wypowiadanych przez samego artystę, czy to przez jego komentatorów. Oczywiście, podniosła atmosfera tkwi w samych pracach. I nawet gdzieniegdzie wyłaniający się humor niektórych rysunków jest przesiąknięty – jakby powiedział Majakowski – spokojnym pulsem nieboszczyka. Jak wypisany na lustrze „ezew” – w wyjaśnieniu przeczytamy, że słowo to oznacza po hebrajsku zarówno nerw, jak i smutek.