SCHEMATY:  Nie na temat
Franckie Alarcon / CC BY-NC-SA 2.0

20 minut czytania

/ Literatura

SCHEMATY:
Nie na temat

Maciej Jakubowiak

O atrakcyjności literatury coraz mniej decyduje wyrazistość języka, a coraz bardziej wybór tematu. Stoi za tym często oportunistyczna skłonność do podchwytywania tego, co jest akurat modne

Jeszcze 5 minut czytania

„Ale o czym?” – to pytanie, które wyznacza dziś horyzont literatury. Zadają je czytelnicy, którzy chcą wiedzieć, o czym będzie książka, zanim poświęcą jej pieniądze i czas. Zadają pisarze, poszukujący tematu, który zapewni im rozpoznawalność i sławę. Ci drudzy, przytłoczeni Biblioteką Babel, w której napisano już o wszystkim na wszystkie możliwe sposoby, nie mają łatwo. Jeśli wybiorą temat dobrze już opracowany, zostaną uznani za niewartych uwagi epigonów; jeśli zajmą się czymś nazbyt hermetycznym, nikt ich nie zauważy; jeśli opiszą coś, na czym się nie znają, wytknie się im ignorancję.

Nie zawsze jednak tak było. Jeszcze, powiedzmy, 250 lat temu każdy doskonale wiedział, o czym można pisać (i czytać): o bogach, władcach i wojnach. Tematy były wspólne, a literacka rywalizacja toczyła się na planie ich opracowania. Dopiero wynalazek powieści, pozwalającej zająć się czymkolwiek (i przez to odsądzanej od czci przez prawdziwych literatów), oraz romantyczny pomysł (kuriozalny, trzeba przyznać), że twórca musi być oryginalny – sprawiły, że pytanie: „ale o czym?” nabrało sensu, a problem tematu zyskał charakter fundamentalny.

Pisarze tacy jak, dajmy na to, Balzac tylko na tym skorzystali, a 91 ukończonych tomów „Komedii ludzkiej” stanowiło przegląd tematów dostępnych na wyciągnięcie ręki. Podobnie działał polski rekordzista, Józef Ignacy Kraszewski, który w źródłach historycznych i życiu codziennym wynajdywał dość tematów na cztery książki rocznie. Szybko jednak, bo już pod koniec XIX wieku, prymat tematu zaczął słabnąć. Wtedy to Gustave Flaubert podjął rewolucyjny krok i postanowił napisać literackie arcydzieło o byle czym (a więc równie dobrze o niewiernej żonie prowincjonalnego lekarza). Odtąd – a są tacy (by wymienić tylko Jacques'a Rancière'a), którzy twierdzą, że to moment fundacyjny nowoczesnej literatury – to nie temat ma być wyróżnikiem literatury, ale styl. Już nie: „co”, ale przede wszystkim – „jak”.

Właśnie na tym przekonaniu wspiera się tzw. wysoki modernizm, którego przedstawiciele dobierali sobie tematy zgoła nonszalancko, wyczyniając jednak z nimi formalne cuda. To dlatego James Joyce mógł uczynić głównym bohaterem „Ulissesa” akwizytora, który włóczy się po mieście, popija piwo i kupuje podroby. Dlatego Hans Castorp z „Czarodziejskiej góry” Thomasa Manna jest młodzieńcem absolutnie zwyczajnym i przeciętnym. I dlatego Robert Musil swoje opus magnum zatytułował ostentacyjnie „Człowiek bez właściwości”. To nie dobór tematu decyduje o wyjątkowości tych powieści, ale sposób jego potraktowania: praca na materii języka, kompozycyjny rozmach, sposób zderzania odmiennych rejestrów mowy.

Podział literatury na tę, która swoją wartość czerpie z tematu, i tę, która pomimo tematu osiąga artystyczne mistrzostwo, utrwalił się w XX wieku i wyznaczał różnicę między pisarstwem popularnym a prawdziwą sztuką. Ta dystynkcja legła również u podstaw nowoczesnych badań literackich, które zakładały, jak czynił to np. Roman Jakobson, że literatura jest skupiona przede wszystkim na języku. Dlatego powieści Kraszewskiego, tak jak pisarstwo tendencyjne końca XIX wieku, zostały zesłane na długie lata do literackiego czyśćca, a podejmowane dzisiaj próby ich reanimowania skupiają się na ich formalnej nieoczywistości. Ten argument wykorzystywano też po 1956 r., aby odmówić twórczości socrealistycznej miana literatury.

Wydaje się jednak, że po latach dominacji „jak” współcześnie przewagę odzyskuje „co”, a temat na powrót wyznacza horyzont literatury. Nie oznacza to, rzecz jasna, że pisarki i pisarze stracili nagle zainteresowanie kwestiami stylu i formy. Zmianie uległo jednak rozłożenie akcentów. O atrakcyjności książek – i to nie tylko w obiegu czytelniczym, ale również profesjonalnym, z nagrodami i stypendiami – coraz mniej decyduje wyrazistość języka, a coraz bardziej wybór tematu.

Chcąc liczyć na uznanie czytelników, pisarz nie może już zająć się, dajmy na to, dniem z życia wadowickiego sklepikarza. Każdy wydawca na taką propozycję zareagowałby przerażeniem, wyobrażając sobie klienta księgarni, który na pytanie: „o czym to?”, usłyszałby: „o wadowickim sklepikarzu”. Aby wadowicki sklepikarz mógł dziś stać się tematem sprzedawalnym, musiałby okazać się, powiedzmy, alkoholikiem skrywającym skłonność do noszenia damskich ubrań przed ojcem, który przyjaźnił się w młodości z Karolem Wojtyłą. Coś podobnego przydarzyło się najwyraźniej Jonathanowi Franzenowi, który zapracował sobie na miano „wielkiego amerykańskiego powieściopisarza” dwiema książkami, w których drobiazgowo analizował losy swoich zupełnie zwyczajnych postaci, uwikłanych w skomplikowane relacje rodzinne. Banalność tematu („o czym to? – o facecie, który popada w depresję, bo jego żona nie chce pojechać do teściowej na święta”) okazała się niewystarczająca, bo w swojej najnowszej powieści Franzen zajął się już gorącym tematem internetowych przecieków, czyniąc głównym bohaterem demonicznego whistleblowera (na wzór Snowdena i Assange'a), skrywającego mroczną tajemnicę z czasów NRD. Zjawisko dotknęło też Michela Houellebecqa, który po serii wysmakowanych, alegoryzujących powieści o schyłku cywilizacji w „Uległości” wybrał sobie temat najbardziej nośny medialnie, co pozwoliło mu skutecznie zatuszować fakt, że stał się własnym epigonem.

W samym skupieniu się na temacie nie byłoby jeszcze nic złego, gdyby nie zastępował on porządnej literackiej roboty. Już przecież sam gest wskazania wycinka rzeczywistości, który jest wart literackiego przedstawienia, może nieść ze sobą rewolucyjne skutki. Tak się przecież stało – powróćmy już na polskie podwórko – z „Księgami Jakubowymi” Olgi Tokarczuk, które, nawet pomimo literackiej zachowawczości (na którą słusznie utyskiwał Adam Lipszyc), odsłoniły cały dotąd nieprzepracowany obszar historii i wywołały poważną dyskusję nad polską tożsamością. Taki efekt nie byłby jednak możliwy, gdyby za powieścią nie stała ogromna praca poznawcza, która pozwoliła Tokarczuk wypracować jej temat.

Inaczej się dzieje, kiedy temat zostaje zaczerpnięty skądinąd i nie stoi za nim samodzielna praca, ale raczej skłonność do podchwytywania tego, co jest akurat modne. Tę przypadłość coraz częściej daje się obserwować w najnowszej polskiej literaturze. I ta przypadłość pozwala zrozumieć nie tylko to, dlaczego niektóre książki się w ogóle ukazały, ale przede wszystkim fakt, że je komentowano, chwalono i nagradzano.

Wśród tematów, które krążyły w ostatnich latach, obiecując piszącym łatwy sukces, niewątpliwy prym wiodło – uzależnienie od używek. Może to dziwić, bo motyw to przecież solidnie opracowany i literacko wyeksploatowany, chociażby przez Jerzego Pilcha, który nie ustaje w dopisywaniu kolejnych apendyksów do swojej alkoholowej epopei. Okazało się jednak, że temat alkoholowo-uzależnieniowy łatwo poddać prostym modyfikacjom, które stworzą wrażenie nowości i społecznej doniosłości.

I tak, na przykład, pijącego mężczyznę zastąpiła pijąca kobieta, co doprowadziło do powstania „Nocnych zwierząt” Patrycji Pustkowiak. Bohaterka Pustkowiak chodzi na imprezy, wraca z imprez, męczy się w ciągach, męczy się na kacu – w zasadzie tyle. Nie ma tu mowy o jakimś naddatku, jakiejś próbie przepisania – skonwencjonalizowanego przecież – dyskursu alkoholowego na język kobiecej wrażliwości. Krytycy, którzy nominowali nawet „Nocne zwierzęta” do Nagrody Nike, wskazywali na przełomowy charakter tej książki: oto w społeczeństwie, w którym alkohol to domena mężczyzn, otrzymujemy powieść (o czym?) o pijącej kobiecie. Gdyby jednak pozamieniać w tej książce zaimki żeńskie na męskie, nikt by nawet nie raczył o niej wspomnieć, uznając ją za kolejny przejaw alkoholowego grafomaństwa. Nie chcę kwestionować doniosłości problemu kobiecego alkoholizmu, wprost przeciwnie. Tyle że domaga się on porządnego opracowania, wynalezienia języka, ustawienia głosu. Chwytliwy blurb nie wystarczy.

Nie wystarczy także zamiana alkoholu na inne używki, aby wyszła z tego dobra literatura. Taki „Relaks amerykański” Juliusza Strachoty do tego się jednak sprowadza. Zamiast litrów wódki bohater pochłania kolejne opakowania Xanaxu, reszta jednak pozostaje bez zmian. Są ciągi, są moralniaki, są próby odstawienia, są konflikty z rodziną i kolejne wizyty u dilerów. Cały pomysł na książkę sprowadza się jednak do tego, że zamiast o alkoholu – jest (o czym?) o Xanaxie. W tym przypadku obsada na temacie przynosi i taki skutek, że kiedy jego potencjał po paru pierwszych stronach się wyczerpuje, autorowi pozostaje już tylko rozpaczliwe powtarzanie, mielenie w kółko tych samych scen i zdań, aby tylko wycisnąć z Xanaxu te przynajmniej 200 stron.

Z przypadkiem błyskawicznego wyczerpania się tematu, skazującego na bezproduktywne repetycje, mamy do czynienia w powieści (o czym?) o innym ważkim społecznie temacie. „Przypadek Alicji” Aleksandry Zielińskiej, nominowany do Nagrody Conrada dla debiutantów, podejmuje problem, który powraca co jakiś czas w debacie publicznej, choć nigdy naprawdę nie doczekał się poważnej dyskusji: niechcianej ciąży będącej wynikiem gwałtu, sankcjonowanej jednak przez konserwatywne struktury rodzinne i społeczne. To duży kaliber, jednak autorce zabrakło pisarskiej dojrzałości, żeby się z nim zmierzyć (co specjalnie nie dziwi w przypadku debiutantki). Choć „Przypadek Alicji” oparty jest na intrygującym pomyśle ujęcia traumy głównej bohaterki w parodystycznie zmodyfikowane ramy klasycznej opowieści o dziewczęcym dojrzewaniu, „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla, to pozostają z tego zaledwie zbędne ornamenty. Narracja opiera się na paru konwencjonalnych motywach, eksploatowanych za to do znudzenia: konserwatywna rodzina na wsi, chłopak artysta, przyjaciel gej, demoniczne podziemie aborcyjne i krakowskie knajpy. To raczej zabawa zgranymi rekwizytami, do tego wykorzystywanymi nieudolnie, niż poważna próba literackiego przepracowania bolesnego tematu. Dlaczego więc poważne wydawnictwo wydało tę książkę, a zacne jury nominowało ją do nagrody? Najwyraźniej już samo podczepienie się pod kontrowersyjny temat wystarczyło, aby liczyć na rynkowe powodzenie, a związany z nim emocjonalny szantaż zabezpieczył drogę na podium.

Podobnie, choć z innym skutkiem, dzieje się wtedy, kiedy temat zostaje wyciągnięty wprost z publicystyki. Tak się stało z pojęciem prekariatu, które zostało wprowadzone do debaty publicznej za sprawą analiz społecznych i ekonomicznych. Było jednak tylko kwestią czasu, zanim zabierze się za nie jakiś pisarz, który chłodnym dyskusjom nada literacką żywotność. „(niepotrzebne skreślić)” Wojciecha Engelkinga i „Nienawiść” Michała Zygmunta – obie powieści z 2014 roku – stanowiły realizacje takiego zamówienia. W przypadku tej drugiej książki widać jak na dłoni, że o żadnym literackim przepracowaniu nie ma mowy. Zygmunt nie próbuje zastanowić się nad tym, w jaki sposób realizuje się doświadczenie prekaryjności i jakie przynosi skutki dla sposobów mówienia o nim. Zamiast tego otrzymujemy parę gotowych fraz i definicji, zaczerpniętych wprost z artykułów prasowych i wepchniętych na siłę w ledwie naszkicowaną narrację. Nie lepiej jest u Engelkinga – postaci sprowadzają się do sloganów, które mają reprezentować. Mamy więc warszawskiego prekariusza, jego narzeczoną – warszawskiego słoika oraz upodloną przedstawicielkę klasy pracującej. Aby ułatwić sobie zadanie, Engelking ustawia świat przedstawiony tak, aby nie było w nim choćby możliwości naruszenia tych prostych tożsamościowych definicji. W jednym i drugim przypadku zamiast literackich postaci otrzymujemy – chodzące pojęcia, uproszczone na potrzeby popularnego odbioru. O prekariacie wciąż najlepiej dowiadywać się z publicystyki.

Temat może stać się na tyle dominujący, że w całości zastępuje literaturę. Najlepszym tego przykładem jest pisarstwo Ziemowita Szczerka, który podchwytując krążące po internetach żarciki z polskiego cebulactwa, uczynił z nich swoją autorską domenę. Okazało się to na tyle skuteczne, że przyniosło mu Paszport „Polityki” za „Przyjdzie Mordor i nas zje”, zawiodło „Siódemkę” do finału Angelusa i otwarło drzwi do uznanych wydawnictw. Drwiący stosunek do polskich ambicji modernizacyjnych, podający się przy tym za poważną diagnozę społeczną (i mający takich antenatów jak Gombrowicz), wytwarza jednak teksty stanowiące zbiory przaśnych anegdot i niby-zabawnych scenek. Bohaterowie są tutaj pretekstowi, akcja nie trzyma się kupy, a język jest do bólu płaski. Nie to jednak okazuje się ważne – dla czytelników i krytyków – ale bezczelność, z jaką Szczerek pisze (o czym?) o Polsce.

Przypadek Szczerka pokazuje zarazem, w jaki sposób poszukiwanie aspektów literackich w pewnego rodzaju tekstach może odbić się od ściany. Wynika to z tego, że zaplecze pisarskie autora „Siódemki” nie jest literackie, a dziennikarskie. To właśnie moda na reportaż, dominująca w ostatnich latach w obiegu literackim w Polsce, sprawia, że od „jak” ważniejsze staje się „co”. Dominacja konwencji reportażowej, wykorzystującej wąsko rozumiany literacki realizm, sprawia, że styl przestaje być przedmiotem dyskusji. Oczekiwania czytającej publiczności w tym zakresie sprowadzają się co najwyżej do sprawności warsztatowej, czyli takiego panowania nad materią języka, które pozwoli objawić się przedmiotowi literackiego przedstawienia, a mówiąc prościej – sprawi, że „dobrze się to czyta”.

Na takim pogranicznym obszarze między literaturą a reportażem sytuuje się coraz więcej tekstów. Wydany w tym roku przez Wydawnictwo Nisza, uznawane skądinąd za ostoję literackich jakości, „Copyfighter” Łukasza Krakowiaka jest właśnie takim przypadkiem. To historia byłego copywritera, który usiłując rozliczyć się ze swoją przeszłością, opowiada (o czym?) o „realiach” przemysłu reklamowego. Choć kompozycja książki usiłuje naśladować literacką narrację, to wychodzi z tego zbiór arbitralnie powiązanych anegdot i złośliwości, okraszanych od czasu do czasu pozornie błyskotliwymi frazami. Widać w tym rękę kogoś przyzwyczajonego do osiągania błyskawicznego językowego efektu, a nie do budowania złożonej literackiej struktury. Dlaczego jednak Krakowiak chce, aby uznawano jego książkę za literaturę fikcjonalną, a nie za dziennikarski reportaż? Być może chodzi tu o rodzaj symbolicznej nobilitacji, potwierdzającej zerwanie z czysto komercyjną produkcją. Literatura nie jest w tym wypadku wyzwaniem, ale raczej etykietą mającą podnieść wartość produktu.

Tę samą przestrzeń zajął też ostatnio Jaś Kapela. Po publikacji „Dobrego trolla” – powieści napisanej z taką dezynwolturą, że trudno w niej doszukiwać się jakichkolwiek literackich walorów – wyrósł nagle na głównego polskiego specjalistę od internetowego trollingu. W takiej roli wystąpił w kilku wywiadach, w których pytano go nie tyle o jego powieść (bo też nie było o co pytać), ile o samo tematyzowane zjawisko, jego społeczny zasięg i konsekwencje. To intrygujący przypadek. Kapela nie zyskał autorytetu w tej wąskiej dziedzinie na podstawie badań naukowych czy eksperckiego doświadczenia, ale właśnie dlatego, że napisał powieść. Tak jakby po latach pisarze w Polsce odzyskali szczególną pozycję, pozwalającą im wypowiadać się na każdy temat. To literatura umożliwiła Kapeli zabranie głosu, choć ani w „Dobrym trollu”, ani w jego wypowiedziach prasowych nie o literaturę chodziło.

Książka Kapeli wskazuje na jeden z czynników wpływających na dokonującą się tematyzację literatury. Zamieszczony w książce wniosek o stypendium ministerialne na napisanie książki pokazuje wyraźnie, że w biurokratycznych kategoryzacjach nie ma miejsca na omawianie aspektów literackich. Istotne jest, przede wszystkim, a może wyłącznie, o czym będzie książka. Podobnie działają liczne programy jubileuszowe, które redystrybucję środków na kulturę uzależniają od zmieniających się tematów. Trudno się dziwić, że poszukując sposobów na utrzymanie się, pisarze i pisarki chętnie przystają na takie zasady gry.

Nie bez wpływu na ten stan rzeczy pozostają również konwencje mediów zajmujących się kulturą. Rozmowy z pisarzami, festiwale literackie, spotkania z czytelnikami – dają coraz mniej miejsca na rozmawianie o kwestiach stylu, uprzywilejowują natomiast wiedzę pisarzy „na temat”. Trudno sobie dziś wyobrazić popularną audycję literacką, w której autorka jest odpytywana z konsekwencji używania pierwszej osoby liczby pojedynczej czy stosowania anachronizmów językowych. To jest, jak się przyjmuje, wiedza ekspercka, zarezerwowana dla studentów polonistyki, a nie coś, co mogłoby zainteresować czytającą publiczność.

Ale może nie ma w tym nic złego, może literatura jest przede wszystkim od tego, aby mapować jak największe obszary rzeczywistości? Jeśli przyjąć, że pozostaje ona wciąż najbardziej dostępnym medium, zapośredniczającym indywidualną oraz społeczną wyobraźnię, to jej tematyczna różnorodność powinna stanowić powód do radości. Bo gdzie, jeśli nie w literaturze, mogą pojawić się problemy, na które nie ma gdzie indziej miejsca? W jaki inny sposób moglibyśmy poznawać zjawiska, które dopiero się kształtują i które nie zyskały jeszcze odpowiedniego statusu, aby mogły stać się przedmiotem publicznej debaty czy poważnych badań?

Literatura jest doskonałym – bo nieskrępowanym – laboratorium, w którym to, co jeszcze nienazwane, może zyskać swój język. I nawet dyktat mody, która narzuca pewne tematy jako bardziej lub mniej atrakcyjne, nie powinien dziwić, bo mody są w końcu przejawem nastrojów zbiorowych. Jeśli obserwujemy nadprodukcję powieści o kobiecym alkoholizmie, problemach z aborcją czy prekariacie, to najwyraźniej są to kwestie domagające się uwagi, a ich ignorowanie wyłącznie ze względu na niedostatki literackiego rzemiosła świadczy o naiwnym pięknoduchostwie.

Nie można jednak zapominać, że literatura to przede wszystkim praca na materii języka i jako taka ma nam najwięcej do zaoferowania. Najbardziej odkrywcza okazuje się nie wtedy, gdy służy do wskazywania uprzednio rozpoznanych zjawisk, lecz wtedy, gdy za pomocą właściwych sobie środków wynajduje tematy, które bez niej nie mogłyby się ujawnić. Pozwalając rozluźnić granice języka i wypróbowywać inne sposoby mówienia, może ukazywać nam świat, jakiego nie potrafilibyśmy bez niej dostrzec. Nie warto z tego rezygnować.