#OtwarteDrzwi

Maciej Jakubowiak

Internet to pierwsze medium, za pomocą którego reagujemy dziś na tragiczne wydarzenia. Zresztą nie tylko medium, ale i sama przestrzeń zdarzeń – KORESPONDENCJA Z SIECI

Ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku świat oglądał w telewizji. W pierwszych godzinach po uderzeniu samolotów w wieże World Trade Center stacje telewizyjne nieustannie emitowały nagranie, na którym niewielki – z perspektywy ulicy – samolot wbija się w ogromny biurowiec, a dziennikarze i komentatorzy, choć każdy z nich usiłował powiedzieć coś sensownego, nieustannie powtarzali to, co usłyszeli gdzie indziej.

O atakach w Paryżu z 13 listopada 2015 roku świat dowiedział się z internetu. Pierwsze informacje prasowe zaczęły pojawiać się w ciągu paru minut od pierwszego wybuchu przy Stade de France o godzinie 21:20, a pierwszy artykuł na Wikipedii powstał już o 22:23. Na Twitterze błyskawicznie ustalił się hashtag #ParisAttacks, kumulujący wszystkie doniesienia. Tempo przekazywania informacji sprawiło, że w sieci dało się znaleźć nie tylko potwierdzone wiadomości, ale też mnóstwo plotek, pogłosek, spekulacji oraz – niestety – konfabulacji.

Jedna z nich mówiła o tym, że wieża Eiffla została wygaszona, aby uhonorować ofiary ataków. Jak się okazało, informacja ta pojawiła się po raz pierwszy na koncie @ProfJeffJarvis, parodiującym żargon publicystyki technologicznej. Jego właściciel, Rurik Bradbury, przyznał w rozmowie z „The Washington Post”, że zadziwiło go, w jakim tempie rozprzestrzeniają się niesprawdzone informacje.

Mechanizm ukazał jednak swój bardziej upiorny charakter, kiedy jego ofiarą stał się Veerender Jubbal, kanadyjski sikh, którego uśmiechnięte zdjęcie z tabletem przerobiono w Photoshopie tak, żeby wyglądał na terrorystę. Zdjęcie to pojawiło się nawet na okładce hiszpańskiego czasopisma „La Razon”. Za to oszustwo, jak później ustalono, odpowiedzialne było środowisko Gamergate – stojące za opresjonowaniem kobiet związanych z branżą gier wideo i krytykowane wielokrotnie przez Jubbala.

Internet obiegła także plotka, że paryskie ataki zostały przewidziane na koncie @PZbooks (już nieczynnym), na którym 11 listopada ukazał się tweet o treści: „BREAKING: Death toll from Paris terror attack rises to at least 120 with 270 others injured” (UWAGA: Liczba ofiar ataku terrorystycznego w Paryżu urosła do przynajmniej 120 z 270 rannymi). Informacja okazała się efektem automatycznego zmiksowania nagłówków z innego twitterowego konta @pzf. Internetowy bot połączył doniesienia o styczniowych zamachach na redakcję „Charlie Hebdo” z liczbą ofiar ataku na meczet w Nigerii w listopadzie 2014 roku.

W odpowiedzi na zalew tego rodzaju fałszywych, niesprawdzonych wiadomości redakcja radiowego programu „On The Media” przygotowała dekalog odbiorcy wiadomości z ostatniej chwili. Pierwsze jego przykazanie głosi: „Pamiętaj, w bezpośrednim następstwie wydarzeń niemal każdy się myli”, a ostatnie: „Bądź cierpliwy”. Ta lista zaleceń świadczy o tym, w jaki sposób odpowiedzialność za selekcję informacji zostaje dziś przeniesiona z dziennikarzy na odbiorców (o czym mówił w wywiadzie dla dwutygodnik.com Dominique Willieme z telewizji Arte).

Na szczęście internet okazał się także – a może i przede wszystkim – przestrzenią chwalebnych ludzkich reakcji. Obok wspomnianego hashtaga #ParisAttacks na Twitterze niemal równocześnie pojawił się także inny: #PorteOuverte (#OtwarteDrzwi). Za jego pomocą paryżanie informowali o miejscach, w których osoby obawiające się o swoje bezpieczeństwo mogą znaleźć schronienie: hotelach, kawiarniach, a przede wszystkim prywatnych mieszkaniach, w których paryżanie przyjmowali obce osoby. W ostatnich dniach, kiedy bezpośrednie zagrożenie minęło, hasło PorteOuverte stało się także deklaracją szerzej rozumianej otwartości francuskiego społeczeństwa – w tym na przyjmowanie uchodźców z Syrii i Afganistanu.

Z kolei Facebook, zanim jeszcze udostępnił możliwość przemalowania zdjęcia profilowego na barwy francuskiej flagi, uruchomił dla osób przebywających w rejonie Paryża funkcję Safety Check. Pozwala ona użytkownikom znajdującym się strefie zagrożenia – Facebook wykorzystuje nie tylko profilowe informacje o miejscu zamieszkania, ale także ostatnio publikowane zameldowania – w łatwy sposób zakomunikować znajomym, czy są bezpieczne.

Na paryskie ataki zareagowała także grupa hakerów Anonymous. 16 listopada na swoim kanale YouTube umieściła ona film, na którym mężczyzna w masce Guya Fawkesa, kojarzonej z grupą, zapowiada, że hakerzy mają zamiar wziąć odwet na terrorystach z Daesh i w tym celu planują przeprowadzenie zmasowanego ataku na ich internetowe środki komunikacji. W mediach szybko pojawiły się informacje, że hakerzy w ramach akcji #opISIS doprowadzili do zlikwidowania setek, a nawet tysięcy kont wykorzystywanych przez terrorystów. Liczby te podaje się jednak w wątpliwość. Pojawiają się także doniesienia, że prawdziwi (tylko którzy są prawdziwi?) Anonymous dystansują się od całego przedsięwzięcia.


Nie ma jednak wątpliwości, że internet odegrał istotną rolę w przygotowaniach do zamachów. Z jego dobrodziejstw potrafią przecież korzystać również terroryści. Wątpliwości nie miał republikański kongresmen z Teksasu Joe Barton, który zażądał, aby rząd federalny po prostu zamknął strony internetowe i serwisy społecznościowe wykorzystywane przez terrorystów.

Służby wywiadowcze podnoszą natomiast ten argument w trwającym obecnie w Stanach Zjednoczonych sporze o legislację, która miałaby umożliwiać agencjom rządowym dostęp do szyfrowanej komunikacji internetowej. I nie chodzi tu o jakiś legendarny Dark Web, ale o protokoły wbudowane na przykład we wszystkie iPhone'y. Firma Apple w taki sposób produkuje swoje urządzenia, aby nawet ona sama nie mogła zyskać dostępu do treści przesyłanych przez swoich klientów. Sprzeciwia się temu amerykański rząd federalny, który twierdzi, że uniemożliwia to skuteczne działanie służb i w konsekwencji naraża na niebezpieczeństwo niewinnych obywateli. Takie wnioski podważa jednak pojawiająca się w doniesieniach prasowych informacja, oczywiście nieprawdziwa, jakoby terroryści wykorzystywali nieszyfrowaną PlayStation Network, czy bardziej poważne analizy, z których wynika, że w kwestiach bezpieczeństwa komunikacji bywają oni po prostu niefrasobliwi.

Można załamywać ręce nad mnóstwem bredni, które pojawiły się w internecie po atakach w Paryżu, czy z powątpiewaniem odnosić się do wyrazów solidarności z Francuzami, wyrażanych za pomocą jednego kliknięcia w serwisach społecznościowych. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że internet stanowi pierwsze medium, za pomocą którego reagujemy dziś na tragiczne wydarzenia. Zresztą nie tylko medium, ale i samą przestrzeń zdarzeń.