Kamery skierowane do wewnątrz
dzięki uprzejmości Fundacji Galerii Foksal

Kamery skierowane do wewnątrz

Karol Sienkiewicz

Na wakacje w stołecznym mieście serwuje się nam lekkostrawne potrawy – taniec w rytmie Fatboy Slima (Zachęta), niepoprawny komiks (MSN), a nawet UFO (Plac na Rozdrożu). dwutygodnik.com proponuje krótką wycieczkę po kilku mniejszych galeriach

Jeszcze 3 minuty czytania

W jednym z kolorowych pism o sztuce przeczytałem ostatnio coś, co aż zabolało mnie swoją szczerością – zwierzenia młodego malarza. Opisuje on „ewolucję farby od momentu, kiedy jest ona jeszcze tylko tworzywem, abstrakcyjną masą, po uformowanie-przedstawienie”, czyli proces powstawania obrazu. Dalej czytam: „Gra, jaką usiłuję prowadzić, polega na dokonywaniu transmutacji abstrakcji w realność, płaszczyzny w przestrzeń, chaosu w kosmos, sztuki w naturę”. A to wszystko za sprawą „dryfujących plam”. Niestety moja ciekawość nie została zaspokojona, bowiem na emfazie tekst się kończy – zamiast reprodukcji dzieła oglądam zdjęcie autora. Malarz, Łukasz Huculak, wpatruje się w obiektyw jak w siną dal, a może znowu w jakąś tajemnicę kosmosu: „[...] punkt, w którym abstrakcja staje się światem. Nie po to, by pojąć, lecz by dać się uwikłać w rzeczy, które na zawsze pozostaną nieprzejrzyste”.

Wakacyjne wystawy w galeriach

Honza Zamojski, „Me, Myself & I”, Galeria Leto, Warszawa, wystawa czynna do 13 sierpnia 2011. „Bookie”, kurator: Honza Zamojski, Piktogram, Warszawa, wystawa czynna do 13 sierpnia 2011. „Piękna pogoda”, kuratorki: Ewa Juszkiewicz, Paulina Ołowska, Fundacja Galerii Foksal, Warszawa, wystawa czynna do 9 września 2011. Magdalena Starska, „Góra rozlewności”, Galeria Kolonie, Warszawa, wystawa czynna do 9 lipca 2011.

Nawet procesowi introspekcji trzeba nadać znośną formę, która uchroni autora przed śmiesznością. „Bo JA to ktoś inny. Jeśli miedź budzi się jako trąbka, nie ma w tym jej winy” pisał Arthur Rimbaud w liście do Pawła Demeny. Na trzech warszawskich wystawach – w galerii Leto, Fundacji Galerii Foksal i Koloniach – artyści grzebią we własnych trzewiach, z lepszym lub gorszym skutkiem, ale na szczęście nie szachują tajemnicą i „nieprzejrzystością”.


Ja zmultiplikowane


Nie do końca wierzę tytułowi wystawy Honzy Zamojskiego w Galerii Leto – „Me Myself & I”. Wystawa za bardzo wzbudza zaufanie, by była spontaniczna, nie stawia problemów wprost, pełno tu porażek i bynajmniej nie daje wglądu we wnętrze artysty. Mówiąc krótko, tytuł kłamie. Tytuł to zresztą dobrze znany, głównie z popularnych piosenek. „Me Myself and I” śpiewało kiedyś De La Soul, a ostatnio Beyoncé. U samego Zamojskiego wskazuje zaś na rozpad tożsamości, niemożność jej precyzyjnego dookreślenia. „Me”, „Myself” oraz „I” są jak odpowiedniki ego, id i superego.

H. Zamojski, „Me, Myself & I”, widok z wystawy
/ Galeria Leto

Otwierająca wystawę praca „Rośnięcie to strata czasu” to wysoki stos odręcznych, szybkich autoportretów. Na pierwszy rzut oka wszystkie są identyczne: trzy owale i kreska składają się na sumaryczny rysunek twarzy. Do tego podpis artysty oraz numer w serii. Zaraz, zaraz, ten numer to „1/1”, czyli pierwszy i jedyny w serii liczącej tylko jedną pracę. To niepowtarzalny oryginał. Taka sama informacja widnieje na każdej z kilku tysięcy kartek. Jakby artysta podkreślał, że każdy tworzony przez niego autoportret, chociaż różni się od pozostałych, jest „prawdziwy”. Tożsamości jest tyle, ile autor zechce stworzyć. Zamojski rozpada się na tysiące Honz, a każdy widz może jednego z nich zabrać do domu. Tuż za malejącym stosem rysunków znajduje się ksero, które uruchamia się na fotokomórkę. Widz, nawet niechcący, swoją obecnością produkuje kolejną kopię z umieszczonej na maszynie, wydrukowanej w jednym egzemplarzu, autorskiej książki. Gdziekolwiek się jej nie otworzy, napotka się to samo. Skserowana kartka przedstawia dwie rzeźby – głowę Chrystusa i nieco przerobioną głowę Chrystusa. „Raz Dwa Raz Dwa” – podpowiada tytuł pracy. To znowu proces niekończącego się zdwojenia, multiplikacji, ale również tworzenia obrazu.

H. Zamojski „Raz Dwa Raz Dwa”, 2010-2011
/ Galeria Leto

Wystawie towarzyszy folder z tekstem Ajay Kurian, która udziela trzydziestu dwóch odpowiedzi na pytanie, „Co robimy, próbując stworzyć swój autoportret?”: „Grzęźniemy w przypisach, w których poszukiwanie pewników wywołuje w nas wyłącznie wesołość”; „Zbliżamy się ostrożnie, z bardzo długim kijem, do tego, czym może będziemy”…

H. Zamojski „Martin Creed Hangover
(remake/remix)”
2010-2011
/ Galeria Leto
Zamojski mierzy się z autoportretem w kilkunastu powiązanych ze sobą pracach, tworzonych z pewną lekkością czy wręcz łatwością. Produkowanie kolejnych odsłon własnej tożsamości następuje równolegle do konfrontacji ze światem. Jest próbą znalezienia jakiejś regularności: czy to w zbiorze jednocentówek z lat 1940-2010, ułożonych w kolejności chronologicznej, czy to w nawiązaniu do Martina Creeda, gdzie na wbitych na różną głębokość gwoździach, Zamojski powiesił szare koszulki w rozmiarach od największej do najmniejszej, czy to w kolekcjach zdjęć ze zwierzętami, ułożonych według gatunków (od prostych stworzeń morskich, ryb, aż po psa, najbliższego przyjaciela człowieka).

Powtarzające się motywy – schematycznego rysunku twarzy, rysunku jako medium, siatki i szachownicy, kruchego ciastka czy kubka z prezydentem Barakiem Obamą – pozwalają na poruszanie się po wystawie jak po planszy do gry. Jakbyśmy próbowali odkryć ukrytą gdzieś zagadkę, jej niepisane zasady. To pewnie tylko pozór. Żadnej tajemnicy tu nie ma. To tylko artysta potyka się o samego siebie.

H. Zamojski „Bookie”, 2011 / Piktogram/BLA

W dzielącym budynek z galerią Leto Piktogramie, Zamojski zamontował na ścianie instalację „Bookie”, składającą się z książek (także własnych, z autorskiego wydawnictwa Morava), zinów i wydawnictw artystycznych. Podobnie jak wystawa, instalacja opiera się na subtelnych analogiach i dyskretnych interwencjach.

W objęciach doktora Charcot

Podobne, choć sterowane potknięcia spotykają kilka artystek z wystawy w Fundacji Galerii Foksal. Gdy pokazywano ją w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, nosiła tytuł „Brudna woda”. Teraz nazywa się „Piękna Pogoda”. Na ironię, lipiec tego roku rozpoczął się niezwykle deszczowo. Kilkugodzinny wernisaż odbywał się w ponurej aurze, z deszczem siąpiącym za oknem. Iście Marquezowski potop.

Ewa Juszkiewicz „Sznur”, 2011
/ ewajuszkiewicz.com
„Piękna pogoda” to artystyczno-kuratorski projekt Pauliny Ołowskiej i Ewy Juszkiewicz. Prace zaproszonych przez nie twórczyń współgrają ze sobą i snują opowieść o artystkach-wariatkach, histeryczkach, stygmatyczkach, o tajemniczych ścieżkach, którymi podąża nieskanalizowane pożądanie.

Wystawa rozmieściła się na dwóch kondygnacjach galerii. Na pierwszej rysunki i obrazy rozłożone zostały na ukośnych, niebieskich podestach, sumarycznie naśladujących morskie fale. Na ścianach zawisły większe obrazy: Pauliny Ołowskiej, Agnieszki Brzeżańskiej oraz „Sznur” Ewy Juszkiewicz. „Sznur” to właściwie rysunek kobiecego warkocza. Do czego jeszcze może posłużyć?

Wśród morskich fal znalazł się też ekran, na którym oglądamy wideo Brzeżańskiej „Artemesia”. Artystka zmontowała je z filmu porno pod tym samym tytułem, wycinając z niego sceny seksu. Film opowiada o relacji uczennicy-artystki i mistrza-malarza, oraz o cielesnej miłości, która ma kwitnąć na łonie sztuki. Artemesja prosi mistrza o przyjęcie na naukę na klęczkach, zbliżając swą twarz do jego krocza. Tymczasem jego główna mądrość sprowadza się do słów: „Przedstaw to, czego nie widać. Każdy ma ukryte pragnienia i ukryte zachcianki”. Zawiera się tu stereotyp kobiety-artystki i stawianych wobec niej oczekiwań; podległej wobec mężczyzny (ale kto by nie uległ takiej górze mięśni utrzymanej w stylistyce lat 90.!), a jednocześnie uzewnętrzniającej się niczym w ramionach doktora Charcot.

A. Brzeżańska „Artemesia”, 2002-2007

Artystki na wystawie odpowiadają temu wyzwaniu… równie stereotypowo. W rysunkach Juszkiewicz przedstawiających poczwarne dzieci, w kontrastach miękkiego i twardego, w rozbitym szkle, nożyczkach, stygmatach i okaleczeniach, zakrwawionych kopertach, surrealistycznych wnętrzach, porzuconych nagich ciałach i skórze zdjętej z węgorza (podpisanej: „Te węgorze są elektryczne”). Czy rzeczywiście od czasu Freuda nasze sny nie uległy zmianie? „One nie są chore, one są pełne ekspresji” – Ołowska i Juszkiewicz piszą w wierszu.

fot. dzięki uprzejmości Fundacji Galerii Foksal

Ma to być „sztuka wynikająca z introspekcji”, ale w tym drążeniu do wewnątrz artystki jakby celowo posługują się nieco wysłużonym repertuarem metafor. Proponują przy tym nową, niechorobową definicję histerii, rozumianej jako „najwyższy środek ekspresji”, „obalenie stosunków ustalonych między podmiotem a światem moralnym”. Jej symptomy okazują się jednak niezmienne i trwałe. Tylko obrazy Brzeżanskiej i Ołowskiej zdają się schodzić z utartych ścieżek. To chyba przywilej twórczej dojrzałości.

Paulina Olowska, Bonnie Camplin
„Captain's Dream” / fot. dzięki uprzejmości
Fundacji Galerii Foksal
Na ostatnim piętrze Fundacji znalazła się z kolei szafa – wspólne dzieło Pauliny Ołowskiej i Bonnie Camplin. Jej wnętrze i drzwi szczelnie zawieszone są kolażami, rysunkami i obrazami, na których artystki grają z „portowymi” toposami. Przemalowane okładki „Morza” sąsiadują tu z obrazami portowych dziwek. Brakuje tylko wziętego z Jeana Geneta marynarza-zbrodniarza-pedała. Bo to, co wśród gejów nazwane by zostało role playing i spotkałoby się z przyjęciem co najmniej afirmatywnym, w świecie heteroseksualnym chyba nadal ma świadczyć o uciśnionej cielesności. Jakby muskularny malarz-mistrz wciąż szeptał artystkom rozkazy, by ujawniać „ukryte zachcianki” i drżeć na myśl o elektrycznym węgorzu.

Góra gipsu

Tymczasem w galerii Kolonie natykam się na „Górę Rozlewności”. To efekt procesów orogenicznych zachodzących w umyśle poznańskiej artystki Magdaleny Starskiej. Sama forma świetnie wpisuje się w to, co w najnowszej historii sztuki szufladkuje się kategorią abiektu (terminu wprowadzonego swego czasu przez Julię Kristevę). Do kategorii tej zalicza się wszystko, co nieforemne, co może u bardziej wrażliwych wywoływać wstręt czy obrzydzenie, co nie mieści się w ogólnie przyjętym porządku symbolicznym, a wskazuje na niepewną podmiotowość.

M. Starska „Góra Rozlewności”, 2011 / Galeria Kolonie

„Góra Rozlewności” Starskiej to po prostu kupa powstała przez wylewanie na siebie kolejnych warstw płynnego gipsu zmieszanego z zielonym barwnikiem. Przypomina mi się oglądany w dzieciństwie „Jurassic Park” i scena, w której naukowcy natknęli się na odchody dinozaurów. Ale tutaj to nie robota prehistorycznych gadów, lecz kolejna zwrotka „nieustającej modlitwy, hymnu na cześć cudowności świata” wyśpiewywanego przez Starską, jak czytam na zielonej ulotce, towarzyszącej wystawie.

Performance podczas otwarcia, 2011
/ Galeria Kolonie
Do wykreowania górotworu Starska zbudowała specjalną konstrukcję z metalu i plastikowego worka, przez który przelewała gips. Do zabawy zaprosiła wernisażowych gości. Gdy odwiedzało się galerię później, wszystkie niezbędne przedmioty i narzędzia pozostawały na miejscu. Można nawet było zajrzeć do środka góry przez dwa okrągłe tunele, ale widziało się tam… to samo. Zwały zafarbowanego na morski kolor gipsu. Ale to nie taka zwykła sobie góra, jak się dowiadujemy z ulotki – to góra-bóstwo. Jakby zaraz miała przemówić, niczym wyrocznia udzielać rad i odpowiadać na nurtujące nas pytania. Brakuje tylko Fraglesów. A może i oni zasiedlili zakamarki Kolonii?

Po tym, co zobaczyłem w galerii Kolonie, aż bałbym się wnikać w psychikę artystki. Magdalena Starska – nietuzinkowa postać wywodząca się z poznańskiego Penerstwa, która namieszała już tu i ówdzie – tworzy trochę w klimacie rewitalizowanych dziś lat 80., rozpływając się w Bataille’owskim informe. Jakby mówiła, że wraz z upadkiem wiary w Boga, od którego pochodzą wszelkie prawdy i wartości, pozostajemy sami ze sobą w swym poszukiwaniu znaczenia życia. Nawet bóstwa musimy sami ożywić. A zewsząd wyziera potrzeba terapii.

Czarna dziura

W tym miejscu powrócę do kosmosu, który swą boską mocą chce wyłaniać z chaosu malarz Łukasz Huculak. W filmie „Przejrzeć Harrego” Harry Block (w tej roli Woody Allen) próbuje wytłumaczyć czarnoskórej prostytutce Cookie źródło swojej depresji – jest nim świadomość implodującej wszechświat antymaterii. „Wiesz, co to czarna dziura?” – pyta Harry. „Wiem, dzięki niej zarabiam na życie” – odpowiada Cookie. Wszechświat to ja, zdaje się mówić Cookie, ale przede wszystkim muszę mieć co jeść. Zgodnie z piramidą Maslowa, by móc zacząć się nad sobą ładnie umartwiać (potrzeby estetyczne i poznawcze), najpierw muszę mieć co włożyć do garnka (potrzeby fizjologiczne). To więc przywilej humanistów na etacie i artystów reprezentowanych przez dobre galerie.

A co poza tym? – zapytacie. Na naszym warszawsko-polskim podwórku huczy mimo sezonu ogórkowego. Dom Funkcjonalny na Saskiej Kępie rozpoczął działalność od "Afery tłuszczowej". Poznańskie Stereo zadebiutowało na targach Liste w Bazylei z projektem Wojtka Bąkowskiego – tego samego Bąkowskiego, którego jeszcze rok temu reprezentowała galeria Leto. Mówi się, że sukces Stereo być może przełożył się na planowaną wycieczkę galerii z Rastrem do Tokio (Villa Tokio, 11.11.2011). W tym sezonie sponsorują nas litery M (jak Miłosz), S (jak Skłodowska) oraz liczba 44. No i Polska Prezydencja – pisana zawsze z wielkich liter. Czyli trend jak zwykle wzrostowy. Ale najważniejsze, by w końcu przestało padać.


Tytuł tekstu zaczerpnąłem z wiersza mieszkającej w Międzyrzeczu poetki Joanny Zielińskiej.