Artysta, faun, gej
Krzysztof Jung, Salon Akademii

20 minut czytania

/ Sztuka

Artysta, faun, gej

Karol Sienkiewicz

Salon Akademii przypomina postać Krzysztofa Junga i wydobywa najciekawsze momenty w jego twórczości – intymność i męsko-męską erotykę. Przy okazji powraca pytanie o milczenie

Jeszcze 5 minut czytania

Gdy widzę zdjęcie małego Krzysia z 1965 roku, pięknego chłopca z czarnymi oczami i odstającymi uszami, o nieco latynoskiej urodzie, przypomina mi się kanoniczna praca Davida Wojnarowicza. Swoją fotografię z dzieciństwa amerykański artysta otoczył poetyckim tekstem. To tekst o przekazywanej z pokolenia na pokolenie homofobii i strachu – wymuszonym milczeniu, przemocy fizycznej, próbach samobójczych, terapii elektrowstrząsami, pozbawianiu praw. „Wszystko to zacznie się dziać, rok czy dwa lata po tym, gdy [ten chłopiec] odkryje pożądanie, by położyć swe nagie ciało na nagim ciele innego chłopca”, kończył Wojnarowicz.

Na późniejszych zdjęciach Krzysztof Jung wygląda, jakby nie mieszkał w Warszawie, lecz w Castro, gejowskiej dzielnicy San Francisco, gdzieś w latach 70. To były czasy! O AIDS jeszcze nikt nie słyszał, a geje wyszli na ulicę. Widzę Junga tam, w tym gejowskim, seksualnym tyglu. Urodę też miał jakby stamtąd: dołek w podbródku, świdrujące oczy, fryzura i obowiązkowe wąsy à la Lionel Richie z czasów, gdy śpiewał „Hallo”, no i umięśnione ciało, ale umięśnione naturalnie, niemające nic wspólnego z rzeźbą codziennych bywalców siłowni. Najwyraźniej był świadomy swej urody, lubił pozować.

Jeśli mamy budować swoją gejowską historię w Polsce, byłoby pysznie, gdyby właśnie taka postać zajęła w niej poczesne miejsce.

W sieci

Przygotowana przez Katarzynę Urbańską wystawa „Krzysztof Jung. Przemiana” w Salonie Akademii przy warszawskiej ASP wydobywa przede wszystkim performansy artysty – „teatr plastyczny”, jak sam je nazywał. Dotyczy stosunkowo krótkiego okresu jego twórczości z drugiej połowy lat 70., gdy związał się z kręgiem galerii Repassage. W czarnych i wyciemnionych salach oglądamy zdjęcia i dokumentacje.

Krzysztof Jung, Przemiana

Wystawa w Salonie Akademii, Warszawa, do 30 listopada 2016

Od razu rzuca się w oczy, że szerokim łukiem ominięto malarstwo Junga. A jak twierdzą jego przyjaciele, Jung czuł się przede wszystkim malarzem. Tyle że obrazy, które tworzył od lat 80., głównie pod wpływem Józefa Czapskiego i kręgu Maisons-Laffitte, były nieciekawe, wtórne. Jung malował przede wszystkim pejzaże i męskie akty kolorystyczną manierą znaną z obrazów wspomnianego Czapskiego. Na zaproszeniu na wystawę nagi Jung wyciąga ramię niemal dokładnie w ten sam sposób co Robert Mapplethorpe, zmarły na AIDS nowojorski fotograf, na słynnym autoportrecie. Bo taki Jung, a nie przaśny malarz, ma dziś szansę na nowo zaistnieć.

Prac Junga nie jest tu wiele. Przypomniano głównie dokumentacje jego performansów, tak zwanych nitkowań, z lat 1978–1980, które realizował w galerii Repassage 2. W Repassage’u bywał jeszcze jako student, tam debiutował w 1976 roku, a po wyjeździe do Francji Elżbiety i Emila Cieślarów sam przez krótki czas galerią kierował. W swych performansach za pomocą zwykłej nici w obecności widowni tworzył skomplikowane pajęczyny, w których gubiły się nagie ciała jego lub uczestników. Pierwszym nitkowaniem była praca dyplomowa z 1976 roku (na wystawę wydrukowano powiększone zdjęcia szkiców do dyplomu). Te niezwykle zmysłowe działania wyznaczały przestrzeń intymną. Performansy dedykował swoim przyjaciołom – Wojciechowi Karpińskiemu czy Grzegorzowi Kowalskiemu. Przyjaciele, jak Jerzy Słomiński, Mary Olejniczak czy Dorota Krawczyk-Janisch, często sami w nitkowaniach uczestniczyli.

W „Przemianie”, performansie, od którego zapożyczono tytuł wystawy, nagą postać mężczyzny Jung połączył skomplikowaną siecią z siedzącą wokół publicznością. Gdy widzowie poruszali się, napięte nici wrzynały się w jego ciało, sprawiając mu ból. W końcu mężczyzna uwolnił się. W „Performansie wspólnym” z listopada 1980 roku Jung i Wojciech Piotrowski siedzieli naprzeciw siebie na krzesłach i zszywali się, łącząc swoje ubrania długimi nićmi. Uwolnili się, zdejmując ubrania, jak owad wychodzący z kokonu.

Dziś znamy te performansy wyłącznie z fotografii. Ale wiemy też, że fotografie pokazują często nie oryginalne działania, lecz ich powtórki, zrobione specjalnie z myślą o dokumentacji. A były to wypowiedzi i sytuacje bardzo prywatne, adresowane do konkretnych osób, ich pełnego znaczenia nie sposób dzisiaj dociec. Sam krąg Repassage’u był dość zamknięty, stanowił przyjacielską oazę w nie zawsze przyjaznej rzeczywistości PRL-u.

Przemiana (Wojtkowi Karpińskiemu), 10 marca 1978 fot. G. Kowalski Przemiana (Wojtkowi Karpińskiemu), 10 marca 1978 fot. G. Kowalski Przemiana (Wojtkowi Karpińskiemu), 10 marca 1978 fot. G. Kowalski
„Przemiana” (Wojtkowi Karpińskiemu), 10 marca 1978 / fot. G. Kowalski

Popołudnie fauna

By jeszcze bardziej podkreślić intymność, w Salonie Akademii nie pokazano nitkowań, które wychodziły z galerii w przestrzeń miasta, o wyraźnie politycznym charakterze, jak działanie na bramie Uniwersytetu Warszawskiego czy pamięci Jana Palacha na Krakowskim Przedmieściu. Spróbowano tu za to odtworzyć nitkowanie za pomocą czerwonej nici – nawiązanie do pracy „Dwa czerwone, czyli poemat przestrzenny o systemie”, gdy Jung zanitkował przestrzeń galerii, a instalacji towarzyszył krótki, poetycki tekst – komentarz do życia w reżimowym państwie. Rekonstrukcje to zawsze gest ryzykowny i w tym miejscu organizatorzy polegli. Atmosfera znana z fotografii pryska. Okazało się, że zamotanie nicią przestrzeni nie jest tak łatwe, jak się wydaje – potrzebna jest jeszcze osoba artysty.

Przede wszystkim jednak wystawa „Przemiana” zrywa z podziałem na sztukę i życie. A przecież artyści z Repassage’u sami zawsze płynność tej granicy podkreślali. Gdy w jednej sali oglądamy dokumentację performansów Junga, w drugiej zobaczymy wyłącznie zdjęcia prywatne. Dominuje tu ogromna fotografia, wyświetlana na ścianie, na której Jung pozuje nago w sadzawce, schylony, zanurzając ręce w wodzie. Prawdziwy faun w swym naturalnym środowisku, przyłapany przez fotografa. Właśnie jako takiego fauna – Narcyza, przeciągającego się w erotycznej pozie, wyrzeźbiła go kiedyś Barbara Falender. Rzeźba ta umieszczona została na jego grobie, gdy zmarł przedwcześnie po ataku astmy w 1998 roku. Jung nigdy się nie zestarzał. Takiego go zapamiętano.

Pokazywane tu zdjęcia wykonano głównie w Jungówce, działce na wsi należącej do artysty, sielskiej odskoczni, gdzie spotykało się jego grono przyjaciół. Na zdjęciach wyglądają jak członkowie hipisowskiej komuny, naturyści na wakacjach. Na innych sam Jung wyraźnie pozuje; pojawiają się tu klasyczne pozy z zawłaszczonej przez sztukę gejowską ikonografii: ekstaza, raniony strzałami święty Sebastian, ciało ukrzyżowane, a przede wszystkim zapatrzony w swe ciało, rozerotyzowany Narcyz.

Zanim jednak dotrzemy do Junga – fauna na Jungówce, zobaczymy serię jego rysunków owadzich. I tu dopiero ujawnia się tytułowa przemiana, jak z opowiadania Kafki. Kafkowski Gregor Samsa niespodziewanie przeistoczył się w potwornego robaka. Na długopisowych rysunkach Junga to robaki, pająki, larwy emanują całkiem ludzką erotyką. Czasem dosłownie kopulują. Czasem przypominają organy płciowe, owado-penisy. Na niektórych rysunkach dochodzi do zmysłowych zbliżeń, na innych owadzi seks jest ostry, wręcz brutalny, bez lubrykantu. Ale w rysunkowym dorobku Junga znajdziemy też wiele męsko-męskiej erotyki, już bez owadziego przebrania.

1. Połowa lat 80.   2. Jungówka, 1986 /  Krzysztof Jung, archiwum prywatne, Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie

Niewymowne

Specjalnie na wystawę powstał film o Jungu, „Imago Krzysia”. Nakręcili go Adam i Barbara Janischowie, syn i córka Doroty Krawczyk-Janisch, przyjaciółki artysty przez ponad dwadzieścia lat, która odziedziczyła całą jego artystyczną spuściznę. To trochę film o Jungu – niemal członku ich rodziny, trochę o Jungu – artyście i przyjacielu, o niecodziennej osobowości, o legendzie Junga, wreszcie – o geju w PRL-u.

Chociaż rodzeństwo Janischów dotarło do wielu przyjaciół Junga, gejów jak on, jego partnerów, żaden nie zdecydował się wziąć udziału w filmie. O homoseksualizmie opowiada w nim Adam Adach, dziś malarz, który jako student weterynarii trafił w krąg Junga. Adach porównuje sytuację homoseksualistów w PRL-u do ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej. Był świat oficjalny i nieoficjalny, wszyscy żyli w swoistym rozdwojeniu i homoseksualizm wpisywał się w tę peerelowską hipokryzję. Na wystawie słowa Adacha znajdują odbicie w nietypowej jak na Junga pracy – na kilku mapkach Eurazji z zeszytu ćwiczeń do geografii Jung zaznaczał długopisem, jak na przestrzeni wieków powiększał się obręb Rosji, a później Związku Radzieckiego, aż zagarnął cały Blok Wschodni. Wygląda to złowrogo. W ramach tego systemu Jung stworzył swój kokon, swoją małą przestrzeń wolności – sztukę i krąg przyjaciół.

Ale nawet dziś słowo gej czy homoseksualista pada nie ze wszystkich ust. W filmie Janischów dowiemy się dużo o jego przyjaźniach z kobietami, a o jego relacjach z mężczyznami – niewiele. Jeszcze mniej o nich usłyszymy, a raczej zobaczymy na zdjęciach (Krzyś i Darek) czy pocztówkach (Bruno). Bo jeśli w stosunku do mężczyzn, którzy go otaczali, operujemy kategorią „przyjaciele”, to nie jest jasne, o jakiego typu relacji mowa. O Wojciechu Piotrowskim, z którym Jung występował w intymnych nitkowaniach, wiadomo, że był dentystą. I tylko tyle. Na premierowym pokazie filmu „Imago Krzysia” w Kinie Lab pojawił się Wojciech Karpiński, pisarz, który wprowadził Junga w krąg paryskiej „Kultury” i „Zeszytów Literackich”, a który sam odmówił wystąpienia przed kamerą Janischów. Po projekcji wziął udział w krótkiej dyskusji, ale tylko po to, by powiedzieć, że cieszy go jego (nie)obecność, a Jung prosi się o wystawę malarstwa.

To niedopowiedzenie jest symptomatyczne dla kręgu przyjaciół Junga i w ogóle dla dyskusji o homoseksualizmie w PRL-u. Homoerotyka, tak wyraźnie widoczna w jego pracach, świetnie wydobyta na wystawie w Salonie Akademii, oczywista także wtedy – w latach 70. czy 80., pozostawała nieopisana. Jakby brakowało odpowiedniego języka. Jakby łatwiej to było wówczas pokazać, niż o tym powiedzieć. Jakby łatwiej było mówić o wymiarze egzystencjalnym, metafizycznym, kontestatorskim, niż stwierdzić, że Jung był gejem, a jego sztuka przesiąknięta homoseksualizmem. Poniekąd zrozumiałe przed dekadami, dziś to milczenie jest uderzające.

Homoartyści

Gdy byłem nastolatkiem wzrastającym na polskiej prowincji, ze swoją burzą hormonów i świadomością tego, że w tych sprawach bardziej interesują mnie chłopcy niż dziewczynki (jak pisał o tym Wojnarowicz), nie znałem żadnego geja. W latach 90. żadnego geja ani lesbijki nie było też w przestrzeni publicznej, medialnej. Pamiętam za to Wojciecha Cejrowskiego stukającego kubkiem w programie „WC Kwadrans”, jak na modłę amerykańskich homofobów wyśmiewał pierwsze małżeństwa homoseksualistów w Holandii, porównując je do małżeństwa z kozami, żeby przypadkiem zaraza nie przyszła do nas. Bo Polska powinna być jak konserwatywny Teksas, państwo kowbojów. Dopiero dziś, żyjąc w swojej dwuosobowej gejowskiej rodzinie, w pełni zdaję sobie sprawę, jaką to milczenie pomieszane z otwartą homofobią uczyniło mi krzywdę.

Potem, już na studiach w Warszawie, zaczytywałem się w „Attitude”, brytyjskim lajfstajlowym piśmie gejowskim. W polskim kiosku Ruchu można było dostać tylko pornograficzne pisemka, podawane spod lady (nie powiem, że nieciekawe). Do dziś nie ma gejowskiego pisma z prawdziwego zdarzenia. Tymczasem w „Attitude” toczyło się jakieś inne życie. „Attitude” miał też swój odpowiednik w polskiej historii sztuki – teksty Pawła Leszkowicza, związanego z poznańską szkołą historii sztuki, w której pierwsze skrzypce grał Piotr Piotrowski. Leszkowicz pisał o zachodnich artystach – Wojnarowiczu, Mapplethorpie, Robercie Goberze, ale wątki gejowskie odnajdywał też w sztuce polskiej.

Wtedy, na przełomie wieków, to odkrywanie dopiero się zaczynało. Leszkowicz nie znał jeszcze Junga czy niezwykle barwnej postaci Krzysztofa Niemczyka z Krakowa i nie marzył pewnie jeszcze, że kiedyś w Muzeum Narodowym zorganizuje dużą wystawę „Ars Homo Erotica”. Pisał na przykład o studencie rzeźby i przyjacielu Katarzyny Kozyry, Andrzeju Karasiu, który swą sztukę traktował jako manifest pedalstwa. Wywiad, którego Karaś udzielił Kozyrze i Arturowi Żmijewskiemu, nosił tytuł „Homoartysta”. Ale jego profesorowie z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie ten aspekt jego prac przemilczeli. Leszkowicz pisał też o Krzysztofie Malcu, innym absolwencie tej samej uczelni, który tworzył głównie delikatne instalacje z puchu. Jego homoseksualizmu trzeba się było domyślać, chociażby z jego rzeźbiarskiego „Portretu młodzieńca”, o którym Żmijewski pisał, że wobec niego „nie można być abstynentem”. Malec popełnił samobójstwo, nigdy nie ujawnił się jako homoartysta.

Te wczesne teksty Leszkowicza wydawały się szukaniem igły w stogu siana, ale dawały pewną nadzieję. Później podobną pracę, nawet bardziej dogłębną, wykonywał w swojej sztuce i na łamach wydawanego przez siebie fagazinu – nie mylić z magazynem – „Dik” Karol Radziszewski. To za jego sprawą poznaliśmy chociażby postać Ryszarda Kisiela, który w PRL-u założył gejowski zin „Filo” i którego archiwum opowiadało historię pierwszych lat epidemii AIDS w Polsce (a do dzisiaj HIV/AIDS to większe tabu niż dokonanie aborcji i na hifowe coming outy jeszcze czekamy). Swą estetykę „Dik” zaczerpnął jednak nie z tych polskich pisemek, lecz z wydawanego w Holandii magazynu „Butt”.

Takie grzebanie w prywatnych czy półprywatnych historiach daje nam przynajmniej śladowe poczucie, że nie spadliśmy z kosmosu.

Niech nas zobaczą

Bo nie mamy takiej historii, jaką mają geje i lesbijki w Europie Zachodniej czy w Ameryce, gdzie w poprzednim roku po latach walki zalegalizowano małżeństwa jednopłciowe.

Dwa lata temu spędzaliśmy z moim partnerem Boże Narodzenie w San Francisco. Zamiast zjeść tradycyjną wigilię, poszliśmy na bożonarodzeniowy koncert tamtejszego gejowskiego chóru w legendarnym teatrze Castro (dla geja podróż do Castro to jak pielgrzymka do Mekki). Chór istnieje od niemal czterdziestu lat i ich bożonarodzeniowe koncerty to wieloletnia tradycja. Abstrahując od tego, że podejście do święta okazało się odświeżająco mało ortodoksyjne (w skeczu ze stajenką Jezusek wypadł spomiędzy nóg drag queena), to było to przede wszystkim święto lokalnej społeczności LGBT, celebrującej swoją historię – z Harveyem Milkiem, pierwszym gejowskim radnym San Francisco zamordowanym przez innego polityka, z dramatem epidemii AIDS, która w latach 80. zdziesiątkowała tę społeczność, no i z gejowską kulturą.

Widownię zapełniali młodzi i starzy, geje i lesbijki z różnych pokoleń. Poczuliśmy tam, że to też nasza historia. Że chociaż Castro czy nowojorski bar Stonewall, znany z gejowskich zamieszek z 1969 roku, uznany w tym roku przez prezydenta Obamę za narodowy zabytek, znajdują się tysiące kilometrów od Warszawy, to tam, a nie w komunistycznej czy postkomunistycznej Polsce, w której się przecież wychowaliśmy, kształtowała się nasza dzisiejsza gejowska tożsamość.

Dlatego nazywanie Junga prekursorem sztuki gejowskiej jest trochę na wyrost. Dopiero wystawa w Salonie Akademii oraz poświęcone mu teksty Leszkowicza stawiają go w takiej roli. Otwarcie gejowska sztuka pojawiła się później. Krok milowy uczynił dopiero Karol Radziszewski, który o gejostwie mówił z otwartą przyłbicą, bez kompleksów. Prekursorką była Karolina Breguła, która – zanim jeszcze została rozpoznawalną artystką – zorganizowała outdoorową akcję „Niech nas zobaczą”. Namówiła kilkanaście par gejowskich i lesbijskich, by trzymając się za ręce, stanęły przed jej obiektywem. Potem pojawiły się na bilbordach w polskich miastach. Za sprawą Breguły i pomagających jej organizacji LGBT geje i lesbijki wyszli na ulicę. Miało to miejsce na kilka lat przed masowymi Paradami Równości.

Między Jungiem czy artystami opisywanymi przez Leszkowicza w jego wczesnych tekstach a nowym pokoleniem gejowskich artystów istnieje przepaść. Bo ci pierwsi nadal siedzieli w szafie, swego homoseksualizmu nigdy nie definiowali. Nawet gdy było to oczywiste, pozostawało nienazwane, a swe najbardziej homoerotyczne prace tworzyli do szuflady.

Artyści dziś dwudziesto-, trzydziestoletni nie mają takich problemów. Daniel Rycharski stał niedawno pod kościołem Dominikanów na warszawskiej Starówce, trzymając w dłoniach tablicę, którą odlał z metalowych krucyfiksów wyrzucanych na złom. Na tablicy umieścił cytat z Katechizmu Kościoła katolickiego dotyczący osób homoseksualnych: „Powinno się traktować je z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji” (od siebie dodam, że katoliccy hierarchowie stosują raczej jakąś „słuszną dyskryminację”, a ja osobiście wypraszam sobie współczucie). Tablica była potem eksponowana na wystawie „Nic o was bez nas” w Pałacu Kultury, w otoczeniu biało-czerwonej flagi, która na podłodze przechodziła w tęczową. Takich otwarcie politycznych, gejowskich gestów jest wciąż niewiele, ale zmienił się ogólny klimat, nikt się temu nie dziwi. Zmienił się język.

„Stwarzanie poprzez innych i horyzont wolności”, 20 maja 1989, fot. G. Kowalski

Pokolenia

Ta różnica pokoleniowa nie dotyczy tylko sztuki. Pokolenie młodych  gejów i pozostających w wygodnej szafie gejów-dziadków dzieli przepaść. Wszystko, co mieli nam do przekazania, to był ewentualnie chwyt za kolano. Na nic więcej nie było ich stać. Nie mieli nam nic do powiedzenia. W przeciwieństwie do krajów zachodnich, w Polsce to dopiero my jesteśmy pierwszym pokoleniem gejów i lesbijek, które się swej orientacji nie wstydzi.

Mamy więc Junga – gejowskiego prekursora (wytwór akademicko-kuratorskich dyskursów) oraz Junga, który nigdy do końca nie wyszedł z szafy – w taki sposób o nim opowiada (czy właśnie nie zawsze chce opowiadać) jego krąg przyjaciół. Bo Jung nie chciał, by używać wobec niego określenia „gej”, a tym bardziej „gejowski artysta”. Bo to wąska etykietka. Ale Jung nie żyje od prawie dwudziestu lat. Umarł dokładnie w roku, w którym w Warszawie odbyła się pierwsza manifestacja gejów – garstka zasłaniających bandanami twarze mężczyzn stała z transparentami pod Kolumną Zygmunta.

Od tego czasu wiele się zmieniło, o prawach LGBT dużo się mówi, chociaż polski system prawny nie zmienił się ani na jotę (za to jest w kogo rzucić kamieniem). Jeśli kiedyś nie było odpowiedniego języka, by mówić o homoseksualizmie, to dzisiaj już jest. Gdyby Jung żył Krzysztof Jung. Przemiana, red. Jakub Zgierski, Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, Warszawa 2016.Krzysztof Jung. „Przemiana”, red. Jakub Zgierski, Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, w księgarniach pod koniec listopada.w roku 2016, musiałby się do tej nowej sytuacji odnieść, i może zmieniłby zdanie co do etykiety „gej”, może cieszyłoby go takie odczytanie jego twórczości jak w Salonie Akademii. Ale gdyby Wojciech Karpiński zdecydował się na udział w filmie Janischów, mogłoby się na przykład okazać, że pedalstwo skalałoby lukrowany obraz Maisons-Laffitte, naszej narodowej świętości, od niedawna z delegaturą w nowo otwartym Pawilonie Czapskiego w Krakowie. Tymczasem większość starszych panów nie zauważyła, że zmowa milczenia dobiegła już końca.

To milczenie mnie osobiście dotyka i mam je starszym gejom za złe. Chciałbym ich historie poznać i by poznali je inni. Bo taka naga prawda to najlepsze narzędzie w politycznym sporze. A późny coming out cieszy nawet bardziej – wspomnę przykłady Michała Głowińskiego czy zmarłego niedawno historyka sztuki Wojciecha Skrodzkiego. Tego milczenia domagał się niedawno Wojciech Tochman, gdy „Gazeta Wyborcza”, jego własna redakcja, opublikowała list otwarty gejów i lesbijek, zachęcający osoby publiczne do coming outów. Tochman powtarzał zgrany frazes, że homoseksualizm to sprawa intymna. Otóż nic bardziej mylnego. I to właśnie pokazuje wystawa w Salonie Akademii.