Kłem i pazurem
„Pokot”, reż. Agnieszka Holland, fot. Next Film

7 minut czytania

/ Film

Kłem i pazurem

Adam Kruk

„Pokot” to rękawica rzucona wyznawcom prawa silniejszego, słuszny sprzeciw wobec przemocowej mentalności, która dąży do podporządkowania sobie tego, co i tak już słabsze. Siłą filmu jest jednak przede wszystkim jego niejednoznaczność

Jeszcze 2 minuty czytania

W lutym 1981 roku na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie Agnieszka Holland przywiozła „Gorączkę”, interpretowaną później jako zapowiedź nadchodzącego kolejnej zimy końca karnawału Solidarności w Polsce. Nagrodę otrzymała wtedy Barbara Grabowska za oszołamiającą rolę rewolucjonistki Kamy. Po 36 latach Holland wróciła na Berlinale z „Pokotem”, który wyjechał z festiwalu z nagrodą imienia Alfreda Bauera (pierwszego dyrektora imprezy), przyznawaną filmom otwierającym nowe perspektywy sztuki filmowej. Jednak nie tylko drugi Srebrny Niedźwiedź ani po raz kolejny świetne poprowadzenie postaci kobiecej – granej tym razem przez Agnieszkę Mandat – sprawia, że te filmy się rymują.

W eseju „Filozofia bomby” („Kino”, 1981, nr 7) Maria Janion pisała, że „«Gorączka» jest ewenementem w polskim kinie – z rozmaitych powodów. Przede wszystkim jednak dlatego, że w sposób okrutny i bezwzględny podejmuje i do ironiczno-tragicznego końca doprowadza «filozofię bomby». […] Problem przemocy i terroru, podstępu i zdrady «sprawiedliwie» użytych w celu zgładzenia tyrana i zaborcy to jeden z wielkich utajonych problemów nowożytnej kultury polskiej”. Odsłania go Holland i tym razem, zamieniając powieść Andrzeja Struga „Dzieje jednego pocisku” na „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Historia „Pokotu” zaczęła się od fascynacji reżyserki tą książką.

Obserwujemy postaci, które na własne życzenie wypisują się ze społeczeństwa albo prowadzą z nim podwójną grę. Niczym bohaterowie „Gorączki” w walce o kraj (a przynajmniej krainę) są w stanie posunąć się bardzo daleko. Taka jest zafascynowana astrologią Janina Duszejko (Mandat), która nie ustaje w nachodzeniu komisariatu i pisaniu listów zgłaszających przypadki kłusownictwa. Wyrzuć drzwiami, to oknem wejdzie. Jej sąsiad, grany przez Wiktora Zborowskiego Matoga, ma przeszłość terrorysty: dla przywrócenia „sprawiedliwości” gotów był sięgnąć po bombę. Jest i entomolog Boros (Miroslav Krobot) walczący z, jak to nazywa, „holokaustem owadów”. XX-wiecznych rewolucjonistów zastąpili lokalni dziwacy. I zwierzęta żyjące pod ludzką „okupacją”. Czy i one, doprowadzone do ostateczności, potrafią – jak przekonuje Duszejko – chwycić za broń: własne kły i pazury?

„Pokot”, reż. Agnieszka Holland

 

Pytanie to nie tylko wprowadza aurę pewnej niesamowitości, ale i zawiązuje wątek kryminalny „Pokotu”. Gdy na zamieszkałej przez bohaterów prowincji zaczynają ginąć myśliwi, których zwłoki noszą znamiona ataku dzikich zwierząt, rozpoczyna się śledztwo. Zemsta fauny, a może tylko zbrodnia doskonała? Kraina stworzona w „Pokocie” może przypominać te, które znamy z seriali o małych, skorumpowanych społecznościach: „Twin Peaks” Davida Lyncha, „Tajemnice Laketop” Jane Campion czy „The Killing”, którego kilka odcinków wyreżyserowała sama Holland. I tak jak w najlepszych realizacjach „telewizji jakościowej” jesteśmy przez twórców to prowadzeni za rączkę, to wodzeni za nos – biegłość warsztatowa reżyserki pozwala na kontrolowanie emocji widza. Holland wie dokładnie, kiedy muzyka Antoniego Komasy-Łazarkiewicza ma wywołać napięcie, kiedy użyć szerokiego, panoramicznego kadru, a kiedy detalu (spektakularne zdjęcia Jolanty Dylewskiej).

 Nie dowiemy się tylko, kto zabił – przynajmniej do czasu – bo sensacyjna intryga, która może zadecydować o komercyjnym sukcesie „Pokotu”, prowadzona jest tu po mistrzowsku. Pod nią jednak kryją się kolejne warstwy i sensy. Znaczenie ma już ulokowanie akcji w Kotlinie Kłodzkiej – zapisanej i upoetyzowanej na kartach historii kina przez Kazimierza Kutza w „Nikt nie woła”. U Holland ziemie te wciąż mają status „dzikich pól”, stanowiących kryjówkę dla skomplikowanej historii i najróżniejszych outsiderów. Matoga to syn niewysiedlonej Niemki i ojca po obozowej traumie, Boros – Czech z Ołomuńca, Duszejko – nauczycielka angielskiego, którego nauczyła się, budując mosty w Syrii. To dobra strona mocy. Na przeciwległej stoją lokalni prezesi (Andrzej Grabowski), hodowcy (Borys Szyc), księża (Marcin Bosak) – sami mężczyźni i sami myśliwi. Czy jednak te role nie zostały rozdzielone zbyt automatycznie?

„Pokot”, reż. Agnieszka Holland„Pokot”, reż. Agnieszka Holland. Polska 2017, w kinach od 24 lutego 2017To jasne, że intencją Holland jest rękawica rzucona wyznawcom prawa silniejszego, słuszny sprzeciw wobec przemocowej mentalności, dążącej, by podporządkować sobie to, co i tak już słabsze: kobiety i wrażliwców, przyrodę i zwierzęta. Tyle, że te podziały nie przebiegają aż tak prosto, jak w „Pokocie”, gdzie nawet psy Duszejko muszą być suczkami. Być może pewien schematyzm jest ceną za komunikatywność, w efekcie jednak film wydaje się momentami zbyt grubo ciosany. Niespecjalnie udał się choćby wątek romansowy między tłumaczącym Williama Blake’a informatykiem-epileptykiem (Jakub Gierszał) a ekspedientką ze szmateksu (Patricia Volny). Miał on być chyba ukłonem w stronę młodszego widza, dużo ciekawsze jest jednak śledzenie dynamiki emocjonalnej na odcinkach trójkąta Matoga–Duszejko–Boros. Ci zahartowani w bojach starzy hipisi, nucący przy skręcie wokół ogniska „House of the Rising Sun”, wciąż mają odwagę zmieniać świat. Młodzi potrafią się tylko podporządkować – albo myśliwskiemu establishmentowi, albo dawnym rewolucjonistom, którym ten zakłócił spokojną emeryturę.

Siłą „Pokotu” na pewno jest jego niejednoznaczność – wyzwanie stwarza już odnalezienie się w konwencji filmu. Holland, próbując określić gatunek, w jakim się porusza, mówiła o „anarchistyczno-ekologiczno-feministycznym thrillerze z elementami czarnej komedii”. Ale to nie wszystko – wybrzmiewa tu też dramat psychologiczny i kino społeczne, pojawiają się motywy baśniowe. W świetnej scenie przyjęcia grzybiarzy autorka „Tajemniczego ogrodu” nawiązuje do bajki o Czerwonym Kapturku, kiedy indziej mruga do Kubrickowskiego „Lśnienia”. Ponadto, historię czytać można tyleż dosłownie, ile metaforycznie: jako fantazję bohaterki o zapłacie za grzechy, której w realnym świecie nikt nie wyegzekwuje. Albo sen samych twórców o przywróceniu naturalnego cyklu zmian pór roku, na który nałożono kalendarz łowiecki, wyznaczany przez sezony na zające, jenoty, dziki, bażanty – i inne byty podległe. Jako triumf kolorowych ptaków, które nie dały sobie podciąć skrzydeł.