Fakirzy i wydrwigrosze
fot. „Hiszpanka”, reż. Łukasz Barczyk

Fakirzy i wydrwigrosze

Rozmowa z Przemysławem Semczukiem

Do kin wchodzi „Hiszpanka”, której bohaterami są różni metapsychicy i telepaci. Z tej okazji rozmawiamy z autorem książki „Magiczne dwudziestolecie”

Jeszcze 3 minuty czytania

ADAM KRUK: Jest pan autorem różnych książek dotyczących historii, głównie PRL-u. Niedawno jednak wydał pan książkę „Magiczne dwudziestolecie”, która cofa nas do czasów międzywojnia. Dlaczego było ono magiczne?
PRZEMYSŁAW SEMCZUK: Sam byłem zaskoczony, że znalazłem tyle świadectw myślenia magicznego w przedwojennej Polsce. W XIX wieku – nawet jeśli praktykowano pewne obrzędy i rytuały w domach – metapsychika znajdowała się na marginesie i nie pozostawiła wielu świadectw. Było tak ze względów politycznych – pod zaborami pewnymi tematami nie bardzo można było się zajmować, także Kościół nie chciał, żeby one wypływały. Kiedy Polska odzyskała niepodległość, wolność wybuchła w różnych dziedzinach życia, także w tej dotyczącej wierzeń w duchy i zjawiska nadprzyrodzone. Okazało się, że nikt już niczego nie zabrania, więc osoby zainteresowane ezoteryką mogły zacząć upubliczniać swoje wierzenia, poglądy, badania. Jak grzyby po deszczu wyrastały stowarzyszenia metapsychiczne. Nie były one jednak ogólnodostępne, ich członkami były głównie osoby z wyższym wykształceniem: prawnicy, wykładowcy akademiccy, artyści, urzędnicy. Śmietanka towarzyska. Członkostwo wiązało się bowiem z opłatami, na które nie było stać sfer niższych. Ale i one miały swój metapsychiczny świat.

Jaka była skala tego zjawiska?
Obecnie w całej Polsce nie naliczymy tylu ludzi zajmujących się tarotem, jasnowidzeniem, przepowiadaniem przyszłości, ilu w międzywojniu było w jednej tylko Warszawie. Dziś jest to margines, który w dodatku charakteryzuje jarmarczność grubego kalibru. Wtedy też występowała – przeważnie w niższej warstwie społecznej. Mieliśmy wróżki, wędrownych przepowiadaczy przyszłości, regularnie pojawiały się ogłoszenia w gazetach, że ktoś rozkłada karty. Często były to osoby zajmujące się działalnością estradową, telepaci, różnego rodzaju fakirzy. Sporą grupę stanowili pospolici oszuści, którzy używali hipnozy. Dopiero kiedy zakazano jej stosowania podczas występów estradowych, hipnoza zniknęła z afiszów reklamowych, była szeroko wykorzystywana, choć unikano już samej nazwy.

Przemysław Semczuk, fot. archiwum prywatneCi hochsztaplerzy czy też – jak ich pan nazywa – wydrwigroszenosili najczęściej egzotyczne pseudonimy: Wolf Messing, Hanaussen, Aknar Mustafa, Pyffello… Egzotyczne nazwisko działało jak magnes i wzbudzało zaufanie. Ogłaszały się też rozmaite chiromantki – Azjatki z Kaukazu. W „Kuryerze Metapsychicznym” opisywane były spacery odbywane przez jednego z członków stowarzyszenia, który wizytował wszystkie te wróżki i wróżbitów. Niektóre z tych reportaży napisane są językiem bardzo współczesnym. Podobało mi się, jak St. Anders relacjonował: „Dają mi dość długo czekać, widocznie mag rozmawia z gwiazdami albo z muzą grafologji. – Wreszcie wchodzi – o shocking! – w pantoflach”.

Przemysław Semczuk

Dziennikarz i publicysta specjalizujący się w tematyce historii Polski okresu PRL. Zaczynał jako reporter w jeleniogórskiej stacji Test i dziennikarz „Gazety Robotniczej”. Później pracował w „Newsweek Polska”, TVP, „Wprost” i magazynie „Focus Historia”.
Autor książek: „Zatajone katastrofy PRL”, „Czarna wołga: kryminalna historia PRL”, „Maluch. Biografia”.

„Tandeta naukowa – więcej szkodliwa niż pożyteczna”, „banialuki wiedzy ezoterycznej” – by dowieść, że zajmują się nauką, towarzystwa metapsychiczne demaskowały wielu oszustów, przeprowadzały doświadczenia, toczyły barwne polemiki.
To właśnie im zawdzięczamy wiele przekazów. Czytając je, często nie znajdowałem podstaw, by je podważać. Osoby, które brały udział w seansach i podpisywały się pod protokołami z doświadczeń, były bowiem zbyt poważne, byśmy mogli dziś ich relacje łatwo zanegować. Tym bardziej że pojęcia honoru, prawdy, wagi słowa i podpisu były wówczas nieporównywalnie ważniejsze niż obecnie. Najciekawsza w tym kontekście jest książka Norberta Okołowicza, opisująca eksperymenty z Frankiem Kluskim i relacje – nawet jeśli tylko kilkuzdaniowe – ogromnej liczby osobistości, które uczestniczyły w tych seansach. Nie ma przesłanek, by powiedzieć, że były sfingowane. Nie chciałem zajmować stanowiska, określać się po tej albo innej stronie. Wolałem zostawić to czytelnikowi – denerwują mnie książki, które mówią mu, co ma myśleć.

W dwudziestoleciu myślenie magiczne absorbowało nie tylko lud, ale i przenikało najwyższe sfery polityczne, z samym Józefem Piłsudskim na czele.
Rzeczywiście – a nie napisałem choćby jeszcze o będącym w tym gronie Józefie Becku czy prezydencie Mościckim, który podobno też ulegał tego rodzaju myśleniu. Piłsudski to jednak przypadek szczególny. Pozycja marszałka była tak silna, że cokolwiek by zrobił, nikt nie śmiał powiedzieć słowa. Niedawno pojawiła się informacja, że nasza komisarz, Elżbieta Bieńkowska, chodzi do numerologa, co naraziło ją na śmieszność. W dwudziestoleciu wszyscy akceptowali to, że marszałek interesuje się zjawiskami nadprzyrodzonymi, czego nie ukrywał i chętnie o tym opowiadał. Bardzo ciekawe są jego relacje o tym, jak to cyganka wywróżyła mu, że „carem budziesz”, po czym dodawał: „i jak na razie wszystko się sprawdza”. Naród się tym fascynował. Pod koniec roku regularnie ukazywały się horoskopy dla marszałka – Jan Starza-Dzierżbicki i Franciszek Prengel wręcz się w tym prześcigali. Astrolodzy chętnie pisali też horoskopy dla kolejnych gabinetów II Rzeczpospolitej, które, jak wiadomo, bardzo często się zmieniały. Czytali je wszyscy, w tym salon polityczny.

„Hiszpanka”, reż. Łukasz Barczyk 

Dotyczy to także świata kultury, wspomina pan choćby o Julianie Tuwimie czy o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim.
Artyści zawsze byli otwarci na niekonwencjonalne zachowania i zjawiska ocierające się o – by się tak wyrazić – performans. Pisarze, malarze, w relacjach trafiają się nawet księża. Duchowieństwo oficjalnie potępiało metapsychikę, ale prywatnie wielu kapłanów tymi tematami się fascynowało. W pałacu jednego z biskupów urządzono nawet wystawę malarza transowego, Mariana Grużewskiego. Swoją drogą, całe to transowe malarstwo niewiele miało wspólnego z wywoływaniem duchów. Trans ograniczał się najczęściej do tworzenia pod wpływem narkotyków – choćby pejotlu, jak w przypadku Witkacego.

Sojusz wyobrażeń magicznych z chrześcijaństwem miał miejsce w przypadku pisma „Hejnał”.
Wydający je spirytyści tworzyli prawdziwy ideologiczny misz-masz, bardzo charakterystyczny zresztą i dla naszych czasów. Oszustwo polegało na legitymizacji swojej metapsychicznej działalności religią, w czym przodowała jasnowidząca Agnieszka Pilchowa. Przeglądając „Hejnał”, którego okładki regularnie przyozdabiały grafiki z krzyżem, co rusz natykamy się na jej wiersze ku czci dobrego Boga, który nam pomaga i nas prowadzi. Ona z jednej strony bardzo otwarcie odnosiła się do symboliki chrześcijańskiej, z drugiej – jej wizje były absolutnym zaprzeczeniem katolicyzmu.

New Age.
Tak byśmy to dziś nazwali. Kompletne pomieszanie. Pilchowa twierdziła, że Jezus zstąpił z Marsa, gdzie nie istnieje zło. Opisywała bardzo dokładnie, jak Marsjanie żyją, czym się żywią i czym zajmują. Twierdziła, że skoro nie mamy dowodów na brak życia na Marsie, musimy przyjąć – zgodnie z jej relacjami – że ono istnieje. Z pewnym rozbawieniem opowiadałem niedawno o jej astralnych wędrówkach pewnej pani, która dziś zajmuje się zjawiskami nadprzyrodzonymi. Całkiem poważnie odpowiedziała mi: „Ależ naturalnie, że życie na Marsie istnieje! Ono po prostu jest w innym wymiarze i my nie jesteśmy go w stanie dostrzec!”. Zawsze będą tacy, którzy, niezależne od wiedzy naukowej, znajdą własne wyjaśnienie.

Nie było w złym tonie do nich się przyznawać?
Działalność w towarzystwach metapsychicznych mogła skutkować opinią pomyleńca lub – jak żartował doktor Stanisław Brejer – zaszkodzić profesurze. Tadeusz Dołęga-Mostowicz napisał bardzo krytyczną relację z kongresu metapsychicznego, twierdził, że niby wszyscy uważają się za metapsychików, którzy chcą badać naukowo zjawiska nadprzyrodzone i nieznane zdolności ludzkiego mózgu, a faktycznie cały czas flirtują ze spirytyzmem, upatrującym we wszystkim udziału duchów. Miał w tym wiele racji. Weźmy choćby takiego Prospera Szmurłę – energiczny działacz, filar, na którym oparło się polskie środowisko metapsychików, nie odżegnywał się jednak od poglądów spirytystów.

„Hiszpanka”, reż Łukasz Barczyk

To ciekawa postać. Szmurło pozwalał fotografować się tylko z profilu – czy wiadomo dlaczego?
Zauważyłem to na wielu fotografiach, ale niestety nie znalazłem wytłumaczenia. Jego historia urywa się zresztą wraz z wybuchem wojny, nie wiadomo, co się dalej z nim działo. Po prostu nagle zniknął.

Wojna wyznaczyła kres magicznego świata?
Tylko kilka osób z tego środowiska przetrwało wojenną zawieruchę. Choćby dziennikarz Ludwik Szczepański – ogromnie smutne jest, że człowiek ten, który obracał się w elitach, nosił się elegancko, miał pozycję, po wojnie musiał pisał poradniki, jak ugotować obiad w 20 minut. Zmarł w nędzy, zepchnięty na margines, zapomniany. Biografię Sabiry Churamowicz – to bardzo zagadkowa postać – zbudowałem na podstawie tego, co znalazłem w przedwojennej prasie. Tak jak w przypadku większości środowiska, później ślad się urywa. Wiadomo natomiast, że jasnowidz Pyffello przeżył wojnę i osiadł w Piotrkowie Trybunalskim, mieszkał tam do lat 70. Wolf Messing zrobił wielką karierę w Związku Radzieckim. Do dzisiaj w Rosji pozostaje niesamowicie popularną postacią.

Którą z tych barwnych osobowości lubi pan najbardziej?
Rafaela Schermanna – pochodzącego z krakowskiego Kazimierza grafologa i jasnowidza. To dzięki niemu zaczęła się moja przygoda z duchami międzywojnia. Interesowała mnie psychografologia i w którymś ze współczesnych pism trafiłem na przypis odnoszący do jego książek, kilkakrotnie wznawianych zresztą już po 1989 roku. Informacji na temat działalności Schermanna znaleźć można bardzo wiele, prawie nic natomiast o jego życiu prywatnym. Nie miał żony ani dzieci, mieszkał z dwoma siostrami – nic więcej nie wiadomo. Był to człowiek, który chętnie opowiadał o życiu zawodowym, ale chronił swoją prywatność – to także mnie ujęło.

Co do Stefana Ossowieckiego – naczelnego jasnowidza II Rzeczpospolitej – odczucia mam mieszane. On robił to raczej dla przyjemności, nie brał pieniędzy, był przede wszystkim showmanem, ówczesnym celebrytą. Znajdziemy mnóstwo bałwochwalczych książek i artykułów, opiewających jego dar, dzięki któremu był w stanie wskazać miejsce pobytu osoby czy zlokalizować położenie zwłok. Dlatego w jego przypadku większą przyjemność sprawiało mi odnajdywanie relacji, powątpiewających w jego wyjątkowość. Na przykład łatwe do przewidzenia poszukiwanie pilotów samolotu czy sprawa z zaginionym balonem – Ossowieckiemu dawano medal Gordona Benetta, niemiecka prasa ogłaszała cud, chociaż oni się właściwie sami odnaleźli. Było to mocno naciągane.

Jaka była późniejsza polityka PRL-u wobec takiego „zabobonu”?
Do około '56 roku wyjątkowo skutecznie tępiono wszelkie przejawy duchowości. Później pomału się one odradzały, ale w skali nieporównywalnej do czasów przedwojennych. W Krakowie spotkania organizował Klub Magii Transcendentalnej „Zaułek”, którego działalność można porównać do metapsychików, tylko oni nazywali już ją psychotroniką. Na „Zaułek” składała się grupa zapaleńców radiestezji: różdżkarstwa, wykrywania żył wodnych i promieniowań. Przywędrowała ona do nas zresztą, podobnie jak homeopatia, właśnie w latach 20. – większość późniejszych książek jest przepisywana z tamtych materiałów.

Do czasów tych chętnie sięga dziś popkultura: „Magia w blasku księżyca” Allena, serial „Penny Dreadful”, wchodząca na nasze ekrany „Hiszpanka”… Czy magia ukryła się właśnie tam?
Jest mocno obecna w telewizji i w internecie, prasa wciąż drukuje horoskopy. W Białymstoku istnieje nawet uczelnia – pełnej nazwy nigdy nie pamiętam i śmieję się, że to Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart – przyznająca licencjat i mająca oddziały zamiejscowe. Jeden zdaje się nawet w Częstochowie. Środowisko metapsychiczne działa dalej, choć trochę inaczej. W dwudziestoleciu wróżyło się w pokojach hotelowych, teraz dzwonimy do pana Macieja, rozkładającego karty tarota w EzoTV. Niegdyś płaciło się za wróżbę znaczkami pocztowymi, dziś wysyłając sms. To samo kuglarstwo i jarmarczność, ale jakby mniej romantyczne.

Żal panu tego świata, tej wyobrażeniowości?
Miał on swój koloryt, zupełnie odmienny od dzisiejszego i w gruncie rzeczy był nieszkodliwy. Jak napisał Ludwik Szczepański, „brak mydła i wody do mycia stokroć więcej szkody wyrządzają od najgorszej literatury”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.