Kair musiał zapłonąć

10 minut czytania

/ Film

Kair musiał zapłonąć

Rozmowa z Tamerem El Saidem

Ciekawsze było dla mnie napięcie między tym, jak przed rewolucją wyglądał Kair, a tym, co z tego Kairu pozostało  – mówi egipski reżyser, autor filmu „Ostatnie dni miasta”, który wchodzi właśnie do kin

Jeszcze 3 minuty czytania

ADAM KRUK: Akcja „Ostatnich dni miasta” rozpoczyna się w 2009 roku. Dawno temu.
TAMER EL SAID:
A nad filmem zacząłem pracować jeszcze wcześniej, bo pomysł kiełkował mi w głowie już w 2006 roku. Dwa lata zajęły same przygotowania do zdjęć. Pierwszy klaps padł 30 grudnia 2008 roku – pamiętam dokładnie, bo były to 27. urodziny Khalida Abdalli, który w „Ostatnich dniach miasta” gra główną rolę i pomógł mi film wyprodukować. Okres zdjęciowy zakończyliśmy po dwóch latach, w grudniu 2010 roku.

Ponad pięć lat przed premierą, która odbyła się na zeszłorocznym festiwalu w Berlinie. Dlaczego postprodukcja trwała tak długo?
Mieliśmy bezlik problemów finansowych, w papierach był cały czas bałagan, właściwie do końca nie było wiadomo, czy film powstanie. Musieliśmy przekonać wielu ludzi, że warto nam zawierzyć – a „Ostatnie dni miasta” nie są filmem, który dobrze wygląda na papierze, on ożywa dopiero na ekranie. Egipt ma bardzo zasłużoną i świetnie funkcjonującą kinematografię, ale tylko w obrębie kina popularnego. Infrastruktury wspierającej powstawanie filmów stricte autorskich, niezależnych, poszukujących, zwyczajnie nie było, dlatego sami musieliśmy ją stworzyć. Założyliśmy więc z przyjaciółmi firmę producencką, a następnie centrum filmu alternatywnego. By zagrać we własną grę, musieliśmy zmienić reguły. Tylko dzięki temu mogłem wyrazić się po swojemu: poza poetyką kina głównego nurtu i telewizyjnego newsu, którą zazwyczaj kojarzy się z krajami arabskimi, ale też której oczekuje się na rynku wewnętrznym.

„Ostatnie dni miasta”

Kair, 2009 rok. Młody filmowiec Khalid (Khalid Abdalla) stara się nakręcić filmu, który oddałby ducha miasta. Zmaganiom z powstaniem filmu towarzyszą problemy osobiste: jego matka trafiła do szpitala, była dziewczyna Laila (Laila Samy) wyjeżdża z Egiptu, w dodatku Khalid musi wyprowadzić się z mieszkania… Debiutancki film Tamera El Saida, który kręcono w Kairze, Bejrucie, Bagdadzie i Berlinie, premierę miał podczas 66. MFF w Berlinie, gdzie zdobył Caligari Film Prize. Następnie zwyciężył na 16. MFF Nowe Horyzonty. Na ekranach polskich kin pojawił się 24 marca.

Daleko do niej „Ostatnim dniom miasta”, których forma, balansująca między fabułą a dokumentem, jest raczej impresyjna, nic tu nie jest dopowiedziane.
Otwartą strukturę planowałem od początku, ale wykrystalizowała się ona w montażu. Ciągnął się on w nieskończoność, bo mieliśmy ponad 250 godzin materiału. Studio, w którym montowaliśmy, znajdowało się w śródmieściu Kairu, 10 minut drogi z mojego mieszkania, które w filmie gra lokal Khalida. Przemierzałem tę drogę codziennie, idąc ulicą, którą widzimy też w „Ostatnich dniach miasta”. To było przedziwne uczucie, kiedy wracałem nią po pracy do domu i patrzyłem na te same twarze, które wcześniej cały dzień oglądałem na ekranie. Napięcie między dokumentem a fikcją obecne było więc na każdym etapie powstawania filmu – także podczas montażu.

Miesiąc po zakończeniu zdjęć w Kairze wybuchła arabska wiosna. Jak te wydarzenia wpłynęły na ostateczny kształt filmu?
Kiedy Egipcjanie masowo wystąpili przeciwko prezydentowi Hosniemu Mubarakowi, wiedziałem już, że udało mi się stworzyć film niejako proroczy. Buzujący od emocji, które właśnie eksplodowały, przewidujący to, co działo się na moich oczach - zmianę, na którą także moi bohaterowie bardzo czekali. Nie zdecydowałem się jednak włączyć rewolucji do filmu, co było bardzo świadomą decyzją, mocno zresztą w kontrze do sugestii koproducentów, twierdzących, że podniosłoby to dystrybucyjny potencjał filmu. W ogóle mnie to nie interesowało. Ciekawsze było dla mnie napięcie między tym, jak przed rewolucją wyglądał Kair, a tym, co z tego Kairu pozostało. Film miał mieć aurę wspomnienia, podróży w czasie, snu rozpostartego między marzeniem a koszmarem, a jednocześnie okazał się rodzajem śledztwa – próbą zrozumienia, co takiego wisiało w powietrzu, że Kair musiał zapłonąć.

Tytuł pojawił się już po zdławieniu rewolucji?
Tytuł brzmiał „Ostatnie dni miasta” od początku, bo odnosi do tego, jak żyć, jak kochać w warunkach, które jasno wskazują na to, że dłużej tak żyć się nie da. Już 10 lat temu wojna trawiła Irak i Liban, wybuchły walki w Strefie Gazy, zaczął się kryzys finansowy. Drżał cały arabski świat. Choć wówczas jeszcze niewielu to interesowało, nikt nie umieszczał tych informacji na pierwszych stronach gazet, w rządzonym przez Mubaraka Egipcie skala ubóstwa i beznadziei powiększała się równomiernie do rozmiarów korupcji i nepotyzmu władzy. Coraz mocniej czuć było, że takie życie jest nie do zniesienia, że w końcu Egipt wybuchnie.

Tamer El Said

Urodził się w 1972 roku w Kairze, gdzie studiował film i dziennikarstwo. Od połowy lat 90. kręcił filmy krótkometrażowe, takie jak „Charlie” (1995), „Music of the Nets” (2000), „On a Monday” (2005). Wraz z przyjaciółmi założył firmę Zero Production, zajmującą się produkcją filmów niezależnych, oraz centrum filmu alternatywnego Cimatheque. Obecnie mieszka w Berlinie.

Na skraju wybuchu jest też filmowy Khalid – wiecznie niespokojny, chwiejny, zagubiony. Czy jest on figurą oczekiwania na rewolucję?
Myślę o nim bardziej jako przykładzie oddziaływania miasta na jednostkę. Przykładzie tego, jak człowiek staje się przedłużeniem większego organizmu, w którym żyje – doświadczamy tego, mieszkając w wielkich miastach, które z jednej strony kochamy, a których z drugiej nienawidzimy. Khalid ma podwójne uczucia w stosunku do wszystkiego, co go otacza: czuje się częścią Kairu, ale też jest z niego wyalienowany. Utknął w martwej przestrzeni – to zresztą dotyczy też samego Kairu – gdzieś między światem wspomnień, wyidealizowanej przeszłości a teraźniejszością, w której nie znajduje dla siebie miejsca, która nie może być satysfakcjonująca. Za każdym razem, gdy szuka ucieczki, okazuje się ona niemożliwa ze względu na przytłaczający, trudny do zdefiniowania ciężar miasta, regionu, kultury.

Ty również byłeś w takiej sytuacji?
Punktem wyjściowym było moje życie. Matkę w filmie gra moja matka, historia rodziny głównego bohatera przypomina historię mojej rodziny. Ale każda prawdziwa sytuacja – nawet teraz, kiedy siedzimy tu i rozmawiamy – jest tak intensywna i piękna, że w momencie, gdy ją sfilmujesz i rzucisz na ekran, od razu czar pryśnie: straci swój urok i spontaniczność. Dlatego zawsze trzeba trochę „oszukać” film, aby – paradoksalnie – nie trącił on fałszem, aby zwyczajnie dało się go oglądać. Trzeba też słuchać innych: największym zagrożeniem dla reżysera jest zawsze jego własne ego. Gdy wychodzisz na plan i wydajesz innym polecenia, po kilku dniach wydaje ci się, że wszystko wiesz najlepiej. Wymagasz od innych, a przestajesz kwestionować sam siebie, zapominasz zadawać pytania, wątpić. Mam świadomość, że zdarza się to każdemu, więc pilnuję, by zawsze pamiętać, że wcale nie wiem lepiej, że może w ogóle nic nie wiem. W tym sensie jestem chwiejny jak Khalid, ale „Ostatnie dni miasta” nie są filmem autobiograficznym. Dziś, kiedy je oglądam, nie widzę siebie na ekranie.

Kogo zatem?
Bardzo wielu moich przyjaciół z całego regionu. Ważniejsza od samego bohatera, o którym dowiadujemy się tak naprawdę bardzo niewiele, jest właściwa mu kondycja egzystencjalna. Zauważ, że on większość energii poświęca na to, aby przeżyć swoje życie dobrze i uczciwie, że chce zrobić coś, za co sam mógłby siebie szanować. Ale żyje w kontekście, w którym praktycznie wszystko naokoło to uniemożliwia – dotyczy to zresztą także pozostałych postaci. Akurat Khalid całą swą energię inwestuje w pracę nad filmem, ale na pewnym poziomie historia niewiele by się różniła, gdyby opowiadała o lekarzu pracującym w szpitalu, w którym brak jest podstawowego sprzętu i personelu. W konstrukcji tej postaci dużo zawdzięczam grającemu ją Khalidowi Abdalli. On miał zupełnie inne doświadczenia niż ja. Urodził i wychował się na Wyspach, przed rozpoczęciem zdjęć pracował tylko przy produkcjach hollywoodzkich. Nie mogłem mu zaimponować gażą czy profesjonalizmem, dla niego jednak ważne było, by zagrać po arabsku, by przenieść się do Kairu, by zbliżyć do swych korzeni. Wniósł wielki wkład w charakter filmu, który – chyba dla nas obu – stał się rodzajem kompasu. Przeprowadził nas przez ten wyjątkowy moment w historii Egiptu i całego regionu.


Panarabizm mocno czuć w filmie. Bohaterowie pochodzą z różnych krajów regionu. Libijczyk Bassem mówi w pewnym momencie, że Bejrut był lepszym miejscem podczas wojny niż po jej zakończeniu. To mocne zdanie.
Nie było go w scenariuszu. Dużo improwizowaliśmy. Aktorzy – w tym przypadku Bassem Fayad, który był jednocześnie operatorem – mówili, co naprawdę myśleli. Postanowiłem zachować ten fragment, bo pokazuje, jak wojna zmienia percepcję życia i śmierci, jak wpływa na wrażliwość i świat wartości. To może być niezrozumiałe dla tych, którzy nigdy jej nie przeżyli, ale wojna –choć jest największym złem na świecie – sprawia, że bardziej doceniasz życie. Będąc w wiecznym zagrożeniu, doświadczasz życia ze zwielokrotnioną intensywnością – gdy ją tracisz, tracisz jednocześnie istotną część swej egzystencji.

Jak arabska wiosna zmieniła życie w Egipcie?
Każdy odpowie na to pytanie inaczej, ja mogę mówić tylko za siebie. Myślę, że przechodzimy przez proces, który musi być bolesny. Wolność i prawa człowieka to wartości tak cenne, że po prostu trzeba za nie zapłacić – by potem potrafić je cenić i chronić. Uważam, że był to moment o ogromnym znaczeniu dla całego regionu, którego doniosłości nie potrafimy jeszcze oszacować. Coś się zmieniło w krajobrazie – także kulturalnym – całego regionu i zmian tych już się nie odwróci, bo one są w ludziach. Także w filmowcach. Oczywiście kinematografia egipska bardzo różni się od, dajmy na to, tunezyjskiej czy algierskiej, ale pewne rzeczy, takie jak życie w zagrożeniu od najmłodszych lat, widok mordowanych przyjaciół, nas łączą. To wszystko ukształtowało też nas jako ludzi i jako filmowców. I dopilnujemy, by kino nasze historie przechowało.