Inkubator Nowych Horyzontów
„Tysiąc i jedna noc” Miguela Gomesa

8 minut czytania

/ Film

Inkubator Nowych Horyzontów

Adam Kruk

Od wielu lat mówi się o zasługach festiwalu w krzewieniu rodzimej kinofilii. Tegoroczna edycja dowodzi, że udaje mu się wpływać nie tylko na widzów, ale i na filmowców

Jeszcze 2 minuty czytania

Często zastanawiam się, które ze współczesnych filmów będzie się oglądać za sto czy dwieście lat? Jaka wtedy będzie klasyka kina? Może późne wnuki odrzucą dzisiejsze rankingi oglądalności, a do kanonu arcydzieł dołączą dzieła funkcjonujące obecnie raczej na obrzeżach kinematografii – te, które przy odrobinie szczęścia i trafnych wyborach zobaczyć można choćby podczas Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Na przykład zeszłoroczny film „Trudno być bogiem” Aleksieja Germana albo „Tysiąc i jedna noc” Miguela Gomesa – rzecz o największym potencjale nieśmiertelności spośród filmów, które można było zobaczyć podczas najnowszej edycji festiwalu. Ta podzielona na trzy dwugodzinne części opowieść o portugalskim kryzysie gospodarczym, korzystająca ze struktury baśni snutych przez Szeherezadę, zdobyła na festiwalu nagrodę FIPRESCI, Grand Prix oddając jednak „Lucyferowi” w reżyserii Gusta Van den Berghe. Oba filmy zobaczymy w polskich kinach.

Między wczoraj a dziś

Co ciekawe, oba nagrodzone tytuły z powodzeniem miksują dzieła dawne z obrazami dzisiejszymi. Jeżeli Gomesowi literacka konstrukcja „Księgi tysiąca i jednej nocy” posłużyła do stworzenia poetyckiego (ale i krytycznego) obrazu Portugalii drugiej dekady XXI wieku, to u Van den Berghe to meksykańska wioska ma oddać ducha renesansowej tragedii „Lucyfer” Joosta van den Vondela. Dlatego też opowieść Portugalczyka wydaje się żywotna i aktualna, podczas gdy historia Flamanda jest mistrzowską, ale jednak zaledwie igraszką stylistyczną. Podobną metodę wykorzystywał jeszcze inny nagrodzony film – zwycięzca Międzynarodowego Konkursu Filmy o Sztuce, „Dwadzieścia osiem nocy i wiersz” Akrama Zaatariego, w którym  gadżeciarstwo łączy się z archeologią mediów, a historia libańskiego studia fotograficznego „Szeherezada” służy tak naprawdę do opowiedzenia o estetycznych nawykach dzisiejszych Libańczyków.

„Lucifer” Gust Van den Berghe„Lucyfer”, reż. Gust Van den Berghe

Historia stawała się o tyle ważna, o ile potrafiła opowiedzieć coś nowego i współczesnego. Bo wcale nie pod znakiem powrotu do przeszłości odbyła się pozbawiona jubileuszowej pompy 15. edycja Nowych Horyzontów, ważniejsze były relacje międzyludzkie. Tegoroczny plakat festiwalu przedstawiał połączoną misterną pajęczyną parę bezskutecznie próbującą się do siebie zbliżyć lub wyrwać z uścisku. Wiele filmów opowiadało właśnie o trudnych więziach, analizowało ich narodziny i rozpad. Mistrzem jest w tym Philippe Garrel – jeden z bohaterów, obok Tadeusza Konwickiego i Šarūnasa Bartasa, tegorocznych retrospektyw. Od wczesnych niemych dokumentów po najnowszy, zadziwiająco jak na niego optymistyczny film „W cieniu kobiet”, Garrel potrafił przenieść na ekran subtelne drgania łączących ludzi nitek.

Lubię na Horyzontach to, że o uwagę widza z nowościami zawsze rywalizuje klasyka. Choć festiwalowa walka o bilety najostrzejsza jest przy filmach sprowadzonych z Cannes, które można tu w Polsce zobaczyć premierowo (w tym roku chociażby „Amy”, „Syn Szawła” czy „Zabójczyni”), często bledną one przy obrazach sprzed lat. Wielokrotnie na festiwalu słyszałem opinię, że najlepszym tegorocznym filmem była „Koronczarka” Claude’a Goretty z 1977 roku, którą zaproponowała znana z łamów „Dwutygodnika” Anka Herbut – tegoroczna laureatka Konkursu im. Krzysztofa Mętraka. Wydarzeniem był też pokaz odrestaurowanej wersji „Ewangelii wg św. Mateusza”, ulubionego filmu goszczącego na festiwalu Abla Ferrary. Jakże mizernie prezentowała się przy niej stworzona przez amerykańskiego reżysera biografia Piera Paola Pasoliniego.

Zawsze obecne na festiwalu otwarcie się na gusta osób „z zewnątrz” jest bardzo ważne, gdyż do wyborów jego wieloletnich selekcjonerów zdążyliśmy się już trochę przyzwyczaić. Wydarzenia specjalne czy nowe sekcje wprowadzają do programu odrobinę świeżości. W ramach Nowych Horyzontów Języka Filmowego, gdzie pokazano chociażby soczyste „Duke of Burgundy. Reguły pożądania” Petera Stricklanda, przyglądano się w tym roku kostiumom. Najciekawszym jednak okazał się blok nazwany Trzecie Oko. #Selfie, prezentujący filmowe autoportrety, niektóre na tyle radykalne, że przepłaszające widownię. Oszałamiający (na wiele sposobów) rosyjski mockument „To nie jest kraj dla głupich ludzi” spotykał się tu z „Berlin Diaries” – najnowszym projektem Przemysława Wojcieszka. Można nie cenić filmów autora „Jak całkowicie zniknąć” ani nie lubić jego wrogości do (prawie) wszystkiego, ale nie można odmówić mu odwagi. Który inny polski filmowiec odsłonił się aż tak bardzo (i nie chodzi wcale o to, że w jednej ze scen pokazuje pośladki)? „Berlin Diaries” to rozciągnięty między poezją a rozpaczą zapis prób radzenia sobie z żałobą po śmierci matki, zapaścią finansową i ostrym piciem. Jak mówi reżyser, „autentyczny portret artysty z czasów dojrzałości” – pełnego wątpliwości i smutku.

Claude Gorett„Koronczarka”, reż. Claude Goretta

Polskie horyzonty
Pewny swego zdawał się natomiast Bartosz Prokopowicz, autor „Chemii”, który jeszcze przed seansem zapowiedział publiczności, że to właśnie dla niej zrobił ten film. Po napisach końcowych okazało się, że wyobrażony przez reżysera twór zwany statystycznym widzem rozkochanym w jego filmie nie istnieje. A przynajmniej próżno szukać go na Nowych Horyzontach. Doprawdy trudno zrozumieć, jak tak kiczowaty obraz mógł się znaleźć w programie festiwalu. Argument, że oparty został na dramatycznej osobistej historii nie wystarcza, skoro zmuszeni jesteśmy oglądać papierowe postaci napędzane grafomańskimi dialogami i irytującymi piosenkami Natalii Grosiak. I tylko aktorów żal.

Obraz polskiego kina prezentowany na festiwalu był mimo wszystko budujący. Pomijając wpadkę z „Chemią”, w Panoramie znalazły się choćby polsko-francuski „Znam kogoś, kto cię szuka” Julii Kowalski, polsko-szwedzki „Intruz” Magnusa von Horna czy nagrodzony na tegorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym „Mów mi Marianna” Karoliny Bielawskiej. W konkursie głównym zobaczyć można było intrygującego „Walsera” Zbigniewa Libery, nakręconego w stworzonym na bazie malezyjskiego sztucznym języku, a wśród filmów o sztuce – pokazywanego na Berlinale „Performera” Macieja Sobieszczańskiego i Łukasza Rondudy. Od lat festiwal stawia na pokrewieństwo świata filmu i sztuki. Nie tylko podczas kinowych seansów – wizytówką tej synergii są organizowane w galerii BWA Dizajn Midnight Shows, na które wejściówki rozchodziły się błyskawicznie.

Niewiele biletów było i na pełnometrażowy debiut fabularny Marcina Koszałki „Czerwony pająk” – odbył się tylko jeden jego pokaz. Łatwiej było zobaczyć inny polski film prezentowany w ramach pokazów specjalnych – „Śpiewający obrusik” Mariusza Grzegorzka. Reżyser, który zdecydowanie za rzadko ostatnio chwyta za kamerę, zamienił w film pracę dyplomową studentów czwartego roku wydziału aktorstwa łódzkiej filmówki. Z powodzeniem, pomysł ma więc być kontynuowany, a wśród reżyserów kolejnych dyplomów wymienia się Artura Urbańskiego i Jana Komasę. Czuć w „Śpiewającym obrusiku” radość wspólnego tworzenia i lekkość snucia opowieści, której naszym filmowcom często brakuje.

Koszałka„Czerwony pająk”, reż. Marcin Koszałka

Horyzonty od lat działają na rzecz poprawienia kondycji polskiego kina. Wiele z rodzimych filmów znajdujących się w programie – wymagających, nieoczywistych, takich, które określamy mianem „nowohoryzontowych” – prezentowano tu wcześniej na etapie developmentu. Tak było choćby w przypadku filmów Julii Kowalski czy Magnusa von Horna. Organizowane od czterech lat Polish Days, w ramach których odbywają się sesje work-in-progress i pitchingi, wraz z Konkursem Polskich Filmów Krótkometrażowych i Powiększeniem, nagradzającym twórców z Dolnego Śląska, przyczyniają się do tego, że Horyzonty stały się prawdziwym inkubatorem polskiego kina poszukującego. Od wielu lat mówi się o zasługach festiwalu w krzewieniu rodzimej kinofilii (próbowano kiedyś nawet ukuć określenie „pokolenie NH”). Tegoroczna edycja dowodzi, że udaje mu się wpływać nie tylko na widzów, ale i na filmowców.