Toniemy w mnogości
fot. Krzysztof Mariański

14 minut czytania

/ Muzyka

Toniemy w mnogości

Rozmowa z Łukaszem Pawlakiem

Wydałem w Requiem Records około 200 albumów – kaset, winyli, CD-rów, płyt CD. Kiedyś sukcesem było skserowanie czegokolwiek czy posiadanie maszyny do pisania. Dziś problemem jest nadmiar

Jeszcze 4 minuty czytania

PIOTR STRZEMIECZNY: Czy zdajesz sobie sprawę, że Requiem Records działa już dwadzieścia cztery lata? Założyłeś wytwórnię w 1994 roku!
ŁUKASZ PAWLAK:
Pierwsze kasety wydałem rok wcześniej. Wyglądały one bardzo charakterystycznie jak na tamte czasy – kserowana okładka, nośnik recyklingowy: przegrywanie z magnetofonu na magnetofon, niski nakład, raptem po kilka sztuk.
 
Kiedyś sukcesem było skserowanie czegokolwiek czy posiadanie maszyny do pisania. Nie mieliśmy komputerów domowych, drukarek, skanerów. Pamiętam głębokie lata dziewięćdziesiąte, wydawałem wtedy takie ziny jak „Nemezis”, „Lupus in Fabula” czy „Requiem Productions”, na co wydałem całkiem spory majątek.
 
Działania już bardziej na poważnie rozpoczęły się, kiedy pojechałem na studia do Katowic. W pobliskich Piekarach Śląskich działała przegrywalnia kaset, duża firma, pracująca na trzy zmiany. Przyjechałem do nich z zamówieniem – 40 egzemplarzy razy 4. To był box mojego zespołu The Raport złożony z 4 kaset w pudełku na wzór bombonierki. Możesz sobie wyobrazić, jak właściciele przegrywalni na mnie zareagowali. (śmiech) Ale wycieczką do pobliskich delikatesów udało mi się ich namówić.
 

Królowały wtedy jeszcze kasety.
Winyl i kompakty były drogie w produkcji, a kasety ogólnodostępne. Wszyscy je mieli. Były w samochodach, w każdym domu. Na ulicach używało się walkmanów. No i te cudowne magnetofony „jamniki”, o bazarkach i sklepach muzycznych nie wspominając.

Requiem Records

Wydawnictwo muzyczne wydające od ponad dwóch dekad szeroko pojętą muzykę alternatywną. Linie programowe: Archive Series (wznawiane nagrania zespołów z lat 70., 80. i 90.), Opus Series („wyprowadzanie z salonów” współczesnej muzyki klasycznej), Exclusive Archive Series (zakamarki Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia), do niedawna też Requiem for Disco.

Dwadzieścia lat temu branża wyglądała całkiem inaczej niż dziś, ale też inny był cały otaczający nasz świat. Zawodowe wydawanie muzyki było trudne, dziś wystarczy wpisać w wyszukiwarkę nazwę wymarzonej usługi, by otrzymać wynik kilkunastu lub kilkudziesięciu potencjalnych dostawców. Wówczas trzeba było po pierwsze zdobyć informacje, gdzie co można, i dzwonić, dzwonić, dzwonić, a potem pojechać na jedno, drugie, piąte spotkanie, rozmawiać i przekonywać. 
 

Po kasetach nastały płyty.
Na początku CD-R. Mój kolega miał nagrywarkę CD-R i dzięki niemu wydałem nagrania mojego projektu Nemezis. Wszystko było bardzo drogie, bo i nośniki były drogie, i znajomy sobie za to sporo zażyczył. Z czasem jednak wszystko zaczęło tanieć, przyjechałem do Warszawy i pojawiły się nowe możliwości – np. giełda komputerowa przy ulicy Batorego, gdzie zaopatrywałem się w płyty, pudełka, naklejki i folie. W okresie od 2000 do 2005 roku wydałem w ten sposób kilkanaście albumów. W 2006 w katalogu Requiem pojawił się pierwszy kompakt i już poszło.

Zacząłeś od kaset, potem nastały CD-romy i CD. Wyliczając, nie wspomnieliśmy o winylach.
Dotychczas jedenaście, a w tej chwili pracujemy nad kolejnymi, które ukażą się w tym roku. Mówi się wszędzie, że winyle przeżywają swój renesans, ale i kompakty nadal mają się dobrze. Ja ich sprzedaję zdecydowanie więcej.

Requiem to nie tylko nośnik, ale także opakowanie. W wielu przypadkach są to...
...różnego rodzaju niepraktyczne wynalazki? (śmiech). Ta specyfika towarzyszy mi od początku. Zanim zacząłem interesować się muzyką, byłem zapalonym modelarzem. Z czasów kasetowych najfajniej wspominam pomysł z muzyką Tomka Twardawy (Genetic Transmission, Godzilla), wydałem ją w blachach poskręcanych śrubami czy w papie dekarskiej. Muzyka, jeśli spojrzymy na nią trochę inaczej, szerzej, pozwala nam na takie wycieczki, odstępstwa od norm i bardziej osobisty stosunek do opakowania.

Najbardziej wymyślne opakowania znaleźć można jednak w twoim cyklu „Archive Series”. Niektóre wydawnictwa zawierają potłuczone szkło, laleczki, rękawice hutnicze, metalowe łańcuchy...
Mam wielką słabość do muzycznych lat osiemdziesiątych, paździerzowych produktów wszelkiej maści z tamtej epoki. Cały czas też coś odkrywam i ma to dla mnie wręcz romantyczne znaczenie.

Z tamtych czasów pochodzą różne ciekawe wydawnictwa: choćby ARS 2 Henryka Palczewskiego, niezmordowanego propagatora wszelkich odmian muzycznej awangardy. Początki jego działalności przypadają na lata 1974–1975. Anti-Musik Der Landsh to wydawnictwo, które zaczęło działać w okolicach 1979 roku, założył je Mariusz Błachowicz, który prowadził także Radio Wolny Łańcut, jedną z pierwszych pirackich rozgłośni w Polsce. W latach 1979–81 nadawał na UKF krótkie audycje muzyczne i retransmisje programu Wolnej Europy. Ostatnia emisja miała miejsce w dniu wprowadzenia stanu wojennego… 

Łukasz Pawlak

Ur. 1975, założyciel w 1994 roku wytwórni Requiem Records, członek formacji Nemezis, De Notre Dame czy The Raport. W wolnym czasie majsterkowicz, a hobby przekłada na wymyślne formaty wydawane w linii Archive Series. Od roku 1990 roku szczerze zainteresowany ideą undergroundu – głęboko ukrytych niepokojów, tęsknot i intuicji, muzyki zapoczątkowanej w krainie Za Siódmą Górą.

Kiedy zaczynałem, ugruntowaną już pozycję miał OBUH Records i jego charyzmatyczny przewodnik Wojcek Czern. Równie znaczące były wydawnictwa Nefryt, Odd Records, Fly Music, Antena Krzyku, QQRYQ, Folktime, KOKA, Kornicore, Raven, B.I.S, Antibiotik, Ghostmaniac, Black Flames. Pojawiło się też kilku dystrybutorów, którzy oferowali trudno dostępną muzykę z zagranicy: Which, Music Corner, Sonic, Koch, SPV, Vivo. Działały też pisma muzyczne – ziny, z kręgów moich zainteresowań były to: „OFF” Bartka Chacińskiego, „Zoyd”, „Gwałciciel”, „Alternatywa”, „Flauta”, „Dark Zone”, „Outside”, „Korek” czy mój „Requiem Prod.”, a wcześniej „Nemezis”. Wspomnieć trzeba o bardzo ciekawych i znaczących dla rozwoju tej muzyki w Polsce programach telewizyjnych: Alternativi i Drgawy.

To były moje drogowskazy na opakowaniowym szlaku.

Mówisz, że czasy są trudne, bo wszystkiego jest bardzo dużo, ale sam do tego przykładasz rękę. W 2017 roku wydałeś dwadzieścia dwie płyty.
A w roku 2016 trzydzieści pięć, co śmiało dziś mogę nazwać przegięciem. Czasem jest tak, że płyta ukazuje się w danym miesiącu, ale prace nad wydawnictwem rozpoczęliśmy kilkanaście miesięcy wcześniej. Bywa tak, że te projekty nakładają się z aktualnie planowanymi premierami. Wspomniany rok 2016 stanowił apogeum wydawnicze, po którym musiał przyjść czas uspokojenia. Wokół wydawnictwa nadal dzieje się dużo.

W tym roku ukazał się długo oczekiwany „Monodram” Bogusława Schaeffera.
Bogusław Schaeffer, Monodram, Narodowe Centrum Kultury / Requiem Records 2018Bogusław Schaeffer, „Monodram”, Narodowe Centrum Kultury / Requiem Records 2018Utwór powstał jako efekt współpracy scenicznej kompozytora z Józefem Szajną, ze wspaniałą kreacją aktorską Ireny Jun. „Monodram” stworzony został w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia przy współpracy z Bohdanem Mazurkiem i jest świadectwem kunsztu realizacyjnego, ale też istotnym dziełem polskiej kultury muzycznej XX wieku. Co ważne, jest to jego wydawnicza premiera od momentu powstania po blisko pięćdziesięciu latach. W bogatej, niecodziennej edycji fonograficznej ukazuje się wraz z nieemitowanymi nigdy wcześniej, pochodzącymi z pracowni kompozytora wariantami utworu oraz dwiema ilustracjami Schaeffera do spektakli teatralnych z lat sześćdziesiątych. Wydawnictwo zawiera niepublikowane wcześniej materiały ikonograficzne, w tym fragmenty rękopisu kompozytora.

Album wchodzi w serię Exclusive, która dotychczas liczyła wydawnictwa Eugeniusza Rudnika – „ERdada na taśmę” i „Miniatury”. Redaktorem prowadzącym jest Bolek Błaszczyk, który przygotował całą stronę tekstową, ikonograficzną i fotograficzną. Ja z kolei opracowałem ją graficznie i wymyśliłem ten gabaryt.

Dlaczego Schaeffer?
Pierwszy mejl od Bolka w sprawie Schaeffera dostałem w 2013 roku, gdzieś w tym samym momencie do Requiem „wkraczał” Rudnik. A dlaczego? Bo to ważna postać w świecie teatru i muzyki. Chcemy też iść linią SEPR [Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia – przyp. red], przedstawiać najważniejsze zjawiska, odwoływać się do dźwiękowej awangardy. Staram się, by Requiem było wydawnictwem międzypokoleniowym, takim pomostem między epokami czy gatunkami.

Rozumiem, że pomagają ci w tym różne osoby.
W całej historii wydawnictwa było kilka przełomowych momentów. Wydarzeń, które dały mi wiatr w żagle. Pierwszym takim było uruchomienie Archive Series i tutaj za motywację ukłon w stronę Bolka Błaszczyka. Drugim współpraca z Pawłem Mykietynem przy płycie z naszym Nemezis – tu wypadkową było zainteresowanie ze strony środowisk akademickich. Nagle pojawia się Darek Przybylski i ruszamy z Opus Series. Ważny jest też Jerzy Mazzoll, bo dzięki niemu pojawiło się kilkanaście płyt z obszarów jazzu. Nad tym wszystkim czuwa duch Eugeniusza Rudnika i seria Exclusive, którą robię z Bolkiem Błaszczykiem i Markiem Horodniczym.

Requiem nie ma sprecyzowanej linii wydawniczej, prawda?
Ma i nie ma, ale właśnie tak postrzegam niezależność tej wytwórni. Wydaję muzykę, która po prostu mi się podoba. A że raz są to rejony nowofalowe, eksperymentalne czy stricte akademickie, to już drugorzędne. Tak już mam i w sumie zawsze miałem. Lubię mieszać. Wszystko ma swój czas i miejsce, muszą zajść pewne zależności. Po prostu. Dobrym przykładem będzie poruszająca się w obrębie muzyki synagogalnej płyta Michała Jacaszka z projektem Vocal Varshe, którą wkrótce wydaję.

Teraz bardzo się rozwija Seria Opus, która ma na celu publikację nagrań z kręgów modern classical. Dobór wydawnictw, które ukazują się w jej ramach, to efekt wielkiej otwartości kuratora Dariusza Przybylskiego.

Na przykład Anna Maria Huszcza.
Dokładnie tak. Ania to dobry przykład, bo z jednej strony mamy artystkę z warsztatem akademickim, ale z drugiej otwartą na wycieczki w kierunku muzyki tradycyjnej, eksperymentalnej czy wręcz psychodelii.

Wraz z Pawłem Łukaszewskim ruszamy z nową serią. „Chord of Light Series” dotyczyć będzie muzyki sakralnej. Wychodzi na to, że będzie kolejne zamieszanie w katalogu. Budowane liniami plastycznymi czy indywidualnym logotypem serie wskazują, gdzie w tej przepastności jesteśmy. Staram się jednak, by Requiem było eklektyczne, choćby w mojej głowie.

Mówimy o serii Opus i Dariuszu Przybylskim, a on w tym roku otrzymał Fryderyka za wydany u ciebie album „Already it is Dusk”. To dla was spore wyróżnienie czy temat już przebrzmiały?
Pewnie, że wyróżnienie. I wielka radość. Bo nie dość, że płyta jest bardzo ciekawa, to jeszcze zaistniała możliwość promocji naszych działań nowymi kanałami. Pod tym względem jestem w pełni usatysfakcjonowany. Generalnie od samego początku wokół niej było dużo dobrej energii, a muszę ci powiedzieć, że to nie jest częste zjawisko. Ta nagroda bardzo się przyda Darkowi w jego muzycznej drodze. No i jak usłyszałem, stałem się „nowym graczem” (śmiech).
 
To była płyta, która przeszła bez większej promocji czy też wsparcia mediów muzycznych. Nie oszukujmy się, recenzji pojawiło się niewiele. Denerwuje cię to?
Ale czy to nasza wina? Ja średnio około 50 egzemplarzy każdego tytułu rozwożę lub rozsyłam do dziennikarzy, sam je zresztą dostajesz. Dziś wszystkiego ukazuje się tak dużo i niestety toniemy w mnogości. Ale dziś wydawcy, tu pozdrawiam ziomków, są na tyle przekonujący, że widać nas wszędzie, gdzie się da. Każdy z nas obrósł też wiernymi fanami, a ci mają większą moc niż recenzje, które, mam wrażenie, nie są już dziś tak wertowane jak kiedyś. To analogia do sklepów i sprzedaży – moc jest oddolna i zasięg bezpośredni. Tak jest i nie ma co z tym walczyć. Jak Bartek Chaciński wiesza na swoim blogu cykl ogłoszeń wydawnictw każdego miesiąca, to są to zatrważające ilości. Średnio 300 płyt! Powiedz, kto ma to przerobić?
 
 
Siła leży w wydawcy, a chyba już mniej w mediach jako takich. Trzeba mieć charyzmę i być miłym dla ludzi – co obserwujemy przecież u moich kolegów. Pewnie, że tych wydawanych przeze mnie albumów mogłoby być więcej w mediach muzycznych, ale... Co ja mogę?
 
Zliczyłeś wszystkie albumy, które ukazały się w Requiem?

Będzie ich blisko sto osiemdziesiąt, może dwieście, bo była też seria „City Songs”, która powstawała po roku 2000. W ramach serii przedstawialiśmy moją kooperację z różnymi artystami, wyszło z tego szesnaście płyt, dziś wszystko zebrane w jeden ultra D.I.Y. box. Płyt jednak nie numerowałem. Jeśli do tego wszystkiego dodam jeszcze kasety z lat dziewięćdziesiątych, tych wydawnictw będzie albo dwieście, albo nieco ponad tę liczbę.

Co masz na myśli przez współpracę z artystami?
Każdorazowo wcielałem się w rolę muzyka zaproszonej grupy i przygotowywałem utwór lub jego szkielet, który członkowie formacji później modyfikowali. Odwrotna akcja dotyczyła grafik. Tu artyści przesyłali elementy graficzne, które dalej tak przerabiałem, aby powstał projekt okładki. Łącznie powstało 112 utworów podzielonych na 16 części, które rozeszły się już dawno temu. W zeszłym roku zebrałem to w jeden specjalny box.

box z nagraniami z cyklu City Songsbox z nagraniami z cyklu „City Songs”

Jak wygląda sprzedaż płyt? Czy kiedyś było z nią lepiej?
W latach dwutysięcznych sieć empików była jeszcze zainteresowana bogatym katalogiem muzycznym i płyty rzeczywiście leżały na półkach, nawet w małych miejscowościach. Sprzedaż oczywiście była różna... Potem przychodziły zwroty i trzeba było robić korekty ku uciesze księgowego, ale bywały takie miesiące, że sprzedawało się między 50 a 100 sztuk. Dziś oczywiście to nie działa, akcent postawiony jest na bezpośredni kontakt z artystą czy wydawcą. Facebook, festiwale i koncerty czy giełdy – tam się wszystko dzieje. No i mój sklep stacjonarny, czyli biuro-magazyn, czy ten internetowy.

Może to jest ściśle powiązane z artystami, których wydajesz?
Tak i nie, bo miałem takie tytuły, które się wyprzedały czy zarobiły na koszty, ale to nie jest dla mnie istotą. Nigdy nie wiesz, co się uda, a co nie. Nadrzędne jest jednak wewnętrze zaufanie i wiara w tę muzykę, czasem sentyment, jak np. z płytą francuskiej grupy Sisygambis, której koncert widziałem w 1996 roku i po dwudziestu latach wydałem na płycie. Ich muzyka towarzyszyła mi cały ten czas, wywierała kolosalne emocje i z wielką radością znalazła się w końcu w moim katalogu. To, że nie odniosła handlowego sukcesu, wcale mnie nie martwi – zaspokoiłem własne tęsknoty. Jestem wydawcą niezależnym i kocham wydawać płyty.