Odzyskać przeżywanie
Pamela/design Rafał Dominik

29 minut czytania

/ Teatr

Odzyskać przeżywanie

Karolina Plinta

Po latach wzajemnej wrogości sztuka znów zaczyna lubić się z teatrem. Polskie muzea i galerie w ostatnich latach skrupulatnie nadrobiły lekcję współczesnej performatyki

Jeszcze 7 minut czytania

Obserwując dyskusje o sztuce, czasem odnoszę wrażenie, że sztuka to twór, który z zasady budzi niezadowolenie. Gdy za bardzo osiada w swoich ramach, jest określana jako konserwatywna, gdy z nich wychodzi – musi zbierać cięgi za swoją hermetyczność. Publiczność lubi oskarżać sztukę o elitarność, eksperci wpadają w panikę, gdy ta elitarność jest podważana. Rok temu na łamach „Dwutygodnika” Stach Szabłowski zżymał się, że zauważalne w sztuce coraz częstsze pokłony w kierunku innych dziedzin – teatru, tańca, muzyki, filmu, a nawet fitnessu – świadczą o słabości tej dziedziny, a nawet o popadaniu w populizm. 

Biedny Szabłowski chyba nie zdawał sobie sprawy, że ze swoją krytyką spóźnił się o niemalże 200 lat. Narzekać na kryzys sztuki w czasach wynalezienia fotografii, o, to było by coś! W 2018 roku już wiemy, że z tym kryzysem sztuka sobie jednak poradziła, zmieniając się przy okazji bardzo. Jej pasożytnicza umiejętność wchłaniania innych dziedzin nie tyle świadczy o słabości, ile umiejętności dostosowania się do nowych czasów i odpowiadania na potrzeby odbiorców. 

Ujmując sprawy w taki sposób, wypada powiedzieć, że sztuka ma się wyjątkowo dobrze, a nasilający się zwrot performatywny tylko jej służy, poświadcza o jej nowoczesności. Polskie muzea i galerie w ostatnich latach skrupulatnie nadrobiły lekcję współczesnej performatyki. Historię tańca nowoczesnego i współczesnego opowiadało Muzeum Sztuki w Łodzi i Art Stations, Muzeum Sztuki Nowoczesnej zapraszało performerów i tancerzy o międzynarodowej renomie, którzy poprzez ciało i ruch opowiadali o kondycji tej placówki, czy to w kontekście instytucjonalizacji tańca (Adam Linder), czy też tworząc na jej cześć spektakularne pieśni żałobne, jak to wyszło w przypadku Borisa Charmatza i jego ekipy, która pojawiła się w Pawilonie Emilia w przededniu oddania budynku w ręce dewelopera. Do idei tańca w sztuce przekonywały się też instytucje małe, jak Galeria Sztuki Jana Tarasina w Kaliszu czy lubelski Labirynt. Ich rola jest o tyle istotna, że jako instytucje „swojskie i zaufane” mogą odgrywać rolę mediatorów pomiędzy pokoleniami – młodzikami z pracowni Mirosława Bałki, starą gwardią performance artu i tzw. „lobby choreograficznym”, jak to nazywa się tancerzy na festiwalach w Piotrkowie Trybunalskim lub Sokołowsku.

Po latach wzajemnej wrogości sztuka znów zaczyna lubić się z teatrem, zasadniczo dzięki Joannie Zielińskiej i Tomaszowi Placie. Ta pierwsza przypomniała o potencjale tradycji kantorowskich (tak, proszę państwa, jeśli wyciskać ostatnie soki z teatru śmierci, to najlepiej to robić w galerii) i teatru lalkowego, ten drugi, we współpracy z Komuną//Warszawa i progresywną częścią środowiska teatralnego odświeżył pamięć o Akademii Ruchu. Odbywającą się obecnie w Zamku Ujazdowskim wystawę „Inne tańce”, której kuratorką jest Agnieszka Sosnowska, można na dobrą sprawę zinterpretować jako uwieńczenie działań Platy i Komuny//Warszawa. Zaplanowana na czas wernisażu premiera antologii tekstów „Post-teatr i jego sojusznicy” pod redakcją kuratora mikro- i makroteatru nie wydaje się przypadkowa i wskazuje na jego ambicje budowania tożsamości i tradycji lokalnej sceny performatywnej. Zamek Ujazdowski, nawet pomimo odświeżonej U-tożsamości, ciągle wydaje się najlepszym do tego miejscem – jest to w końcu instytucja zbudowana przez Wojciecha Krukowskiego, założyciela Akademii Ruchu, gdzie performans i teatr zawsze były ważne. 

Najbliższy czas w U-jazdowskim zapowiada się wyjątkowo performatywnie także dzięki Kemowi, inicjatywie nadzorowanej przez Alexa Baczyńskiego-Jenkinsa, który założył ją razem z Martą Ziółek w lutym 2016 roku, a teraz współprowadzi z Anią Miczko, Olą Knychalską i Krzysztofem Bagińskim. Działający jeszcze do niedawna w halach fabrycznych na Kamionku Kem stał się już marką, choć także, mam wrażenie, czymś w rodzaju cyrku obwoźnego, dającego stołecznym instytucjom atrakcyjną możliwość wzbogacenia swojego repertuaru przy mniejszym procencie odpowiedzialności. Zaczęło się więc od wieczorków performatywnych na Pradze – queerowo-vougingowych odczytów poetyckich, kursów języka arabskiego, zajęć ruchowych, pokazów zapraszanych z zagranicy gości, ni to spektakli, ni to wystaw tworzonych przy współudziale studentów i absolwentów warszawskiej ASP. Program Kemu z jednej strony wpuszcza świeże powietrze i wypełnia lukę w stołecznej ofercie kulturalnej, ale jest też wyraziście zaangażowany. W ramach przeciągającego się pożegnania z lokalem na Podskarbińskiej kemowcy w październiku 2017 roku odtworzyli scenę z „Salta” Tadeusza Konwickiego – wirujący wśród liści tancerze wyglądali malowniczo, ale był to widok ostrzegawczy, który okazał się profetyczną zapowiedzią marcowej zadymy wokół IPN-u.

Ważną częścią Kemu jest jednak nie tylko program merytoryczny, ale także towarzyszące im zawsze imprezy, dzięki którym wokół tej inicjatywy narosło stałe grono bywalców i wielbicieli. Aleksowi Baczyńskiemu-Jenkinsowi udało się także stworzyć rodzaj stałego, performerskiego teamu – barwnych osobowości o nietuzinkowym wyglądzie i sposobie noszenia, który najbliższy jest zapewne gustom Domu Mody Limanka. Co istotne, jest to grono międzynarodowe, z którymi Baczyński-Jenkins współpracuje także przy realizacjach zagranicznych, jak choćby wystawie performatywnej w Chisenhale Gallery („The tremble, the symptom, the swell and the hole together”, styczeń – marzec 2017). 

Kem Trzy wiosny, CSW, występ FAKA, 1.05.2018. foto Wiktor Malinowski.3Kem „Trzy wiosny”, CSW, występ FAKA, fot. Wiktor Malinowski

Działający prężnie Kem w lutym i marcu tego roku przygotował specjalny program Kem Care dla Muzeum Sztuki Nowoczesnej – feministyczny i queerowy, pochylający się nad ideą empatii, troski i miłości, w ramach którego można było choćby wybrać się na warsztaty z karmienia piersią dla mężczyzn – obecnie szykuje się do rocznej rezydencji w Zamku Ujazdowskim, a swoją bytność tam zapowiedział imprezą „Trzy wiosny”. Podczas tego jakże intensywnego wieczoru publiczność mogła raczyć się występem Malgi Kubiak, reżyserki, pisarki i legendy klubowej sceny queer, która wykonała swój zwyczajowy performans, czyli przejazd przez scenę ze świeczką w dupie. Po niej gości CSW rozruszał kolektyw FAKA (Fela Gucci i Desire Marea) – efektowny duet „homo-dzikusów”, tańczących na tle filmowych „zajawek z Afryki”, krainy postkolonialnej i cis-hetero-topicznej. 

 

Obserwując takich choreografów jak Alex Baczyński-Jenkins czy Marta Ziółek, która też ma przecież swoją taneczną ekipę, lub choćby Iza Szostak, której spektakle to dość rozbudowane produkcje, angażujące zarówno innych tancerzy i artystów, jak i maszyny (duże, jak w „Balecie koparycznym”, i małe, jak w „National Affairs”, stworzonym razem z duetem Nomadic State, czyli Karoliną Mełnicką i Stachem Szumskim), wypada chyba zaryzykować tezę, że środowisko choreograficzne w Polsce weszło w nowy etap. Analizowane niegdyś przez Annę Królicę biedne „pokolenie solo” zaczyna radzić sobie coraz lepiej na lokalnej scenie instytucjonalnej, jest wspierane przez teatry i muzea, czy też galerie, siłą rzeczy rośnie więc skala jego działań.

Dla instytucji wystawienniczych organizacja solowego, jednorazowego pokazu jakiegoś tancerza to w końcu żadna atrakcja, w wyścigu galeryjnym stawki są znacznie wyższe – w cenie są więc wystawy choreograficzne (vide wystawa Uli Sickle w U-jazdowskim), roztańczone i wyperformowane muzea, rozpisane na tygodnie czy miesiące programy opieki specjalnej. Widz w muzeum w końcu zdecydowanie nie powinien się nudzić i na dobrą sprawę dobrze by było, gdyby w performatywnym nawale wydarzeń nie miał nawet czasu pójść do łazienki. Hiperaktywni performerzy to więc współpracownicy idealni, niewyczerpane źródło energii i kreatywności. Modelowym przykładem takiego twórcy, animatora i impresario jest oczywiście Baczyński-Jenkins, który oprócz rozkręcania Kemu w CSW w czerwcu anektuje także sale Fundacji Galerii Foksal. Performanse będą się obywać w każdy piątek i sobotę, deal with it

Zwrot choreograficzny w obiegu międzynarodowym był oczywiście zauważony dużo wcześniej i doczekał się swojej krytyki, właśnie ze względu na swój specyficzny, akceleracyjny charakter. Problem ten zgrabnie opisał Sven Lütticken w eseju „Dance Factory” (50 numer „Mousse”, wrzesień 2015), zauważając, że narastające zainteresowanie performansem w dość dwuznaczny sposób odpowiada na potrzeby świata instytucjonalnego i siłą rzeczy wpisuje się w retorykę kapitalistycznego przyśpieszenia. Jego wynikiem jest także nasilająca się instytucjonalizacja performansu, jego profesjonalizacja i odejście od dawnego artystycznego etosu. Dzisiejsi performerzy to już nie niebieskie ptaki ani natchnieni geniusze, ale pracownicy sztuki, twardo stąpający po ziemi. Chętnie współpracujący z instytucjami, realizującymi ich zlecenia, ale rzecz jasna oczekujący za to zakontraktowanych wynagrodzeń.

Klucz kapitalistyczny jest chyba najciekawszy w myśleniu o współczesnym performansie, odbywającym się czy to na scenie, czy w galeryjnej sali. Klucz odczytania, dodam, który może budzić różne wątpliwości i zmusza do refleksji na temat natury artystycznego doświadczenia dzisiaj. Pozwolę sobie zaryzykować tezę, że współcześni artyści są zakochani w kapitalizmie i nawet jeśli są świadomi ułomności tego systemu, nie rezygnują ze swojej fascynacji i raczej nie szykują się do otwartej kontestacji rozwiązań i estetyk, jakie im oferuje ten system. Ta dziwna sytuacja typu love-hate relationship dotyczy także publiczności, która tłumnie przybywa na co bardziej atrakcyjne pokazy.

„5 rzeczy albo kilka twierdzeń o choreografii” Marty Ziółek, fot. Bartosz Stawiarski„5 rzeczy albo kilka twierdzeń o choreografii” Marty Ziółek, fot. Bartosz Stawiarski

W produkcji takich zdarzeń wyspecjalizowała się już Marta Ziółek, która z zacięciem dekoduje język popkultury, badając za jego pomocą złożoną tożsamość człowieka żyjącego w epoce internetu i smartfonów. Żeby zrozumieć sposób działania Ziółek, warto przypomnieć jej performans-manifest „5 rzeczy albo kilka twierdzeń o choreografii”. Ja akurat widziałam go w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w lutym 2016 roku, gdzie Ziółek występowała w wąskiej przestrzeni Muzeum na Pańskiej, krocząc po wyznaczonej dla niej przestrzeni niczym modelka po wybiegu lub celebrytka otoczona swoimi asystentkami. Performans miał być wykładem, Ziółek dała więc popis swojej wiedzy o tańcu współczesnym, ironicznie przełamując go twerkowaniem i sekwencjami ruchowymi wziętymi z dancehallu. Było więc intelektualnie i rozrywkowo równocześnie, a potencjalni widzowie pokazu mogli wyjść z przyjemnym poczuciem doświadczenia rozrywki na wyższym poziomie, ba – o jakimś tam zapędach krytycznych, co niejako usprawiedliwia fakt bezmyślnego wgapiania się w mięsiste pośladki tancerki i ewentualnego podrygiwania do kompromitująco plebejskich songów wrzucanych na tapetę przez Ziółek.

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego piszę o potrzebie usprawiedliwienia, przypominam – jesteśmy przecież w świecie sztuki, teoretycznie sympatyzującym ze społeczeństwem, ale jednak paranoicznie elitarnym. Tutaj lepiej opowiadać o swojej miłości do Schuberta niż Beyoncé, a każdy wyskok w stronę popu może zostać skrytykowany jako anytintelektualizm, dewastacja wartości, demagogia, klasizm (sic!), wreszcie populizm (patrz Szabłowski)... 

To, co w „5 rzeczach” pojawiało się zajawkowo, w pełni rozwija się w innych projektach, a emanacją dążeń Ziółek jest zapewne „Zrób siebie”, które przysporzyło też choreografce sporo popularności, adekwatnej do efektowności spektaklu. „Zrób siebie” jest jak na współczesne spektakle choreograficzne niezwykle taneczne – perfomerzy są tu zapętleni w maszynowym, beznamiętnym ruchu, z pustym wzrokiem i w faszjonerskich, skąpych strojach, odsłaniających spocone klatki piersiowe i pośladki. Są robotami tańczącymi do głośnego techno – patrząc na nich łatwo się do do świata wciągnąć i zapomnieć o dystansie. Czy jest tu jeszcze jakieś miejsce na krytycyzm, czy już tylko fascynację? Z transu widownię czasem wybijają postacie Angeldusta (w tej roli sama Ziółek), tajemniczego anioła skrywającego twarz w masce, i niepasująca do tego zbioru postać śpiewaczki (Maria Kozłowska), wyłamującej się z tanecznej dyscypliny – próbuje ona nawiązać kontakt z publicznością, pije alkohol, całuje się lubieżnie z jednym z performerów. Akceleracjonistyczny wycisk jest tu więc zestawiony z emocjonalnym rozluźnieniem, które może przeistoczyć się w rozpasanie, zupełną utratę kontroli. Skrajność przechodząca w kolejną skrajność daje zwięzły obraz życia w czasach późnego kapitalizmu, gdzie w dzień goni się za karierą i pracą, a w nocy zatraca w imprezie, alkoholu, seksie i narkotykach. 

Zrób siebie gif Witek Orski„Zrób siebie” gif Witek Orski

Jakie jest nastawienie samej Ziółek do świata przedstawionego w jej spektaklach, nie jest dla mnie rzeczą oczywistą. Ziółek to nie kontestatorka ani chłodna analityczka, tylko aktywna uczestniczka show – mroczny anioł pisanych przez nią horror-scenariuszy, albo bogini Pamela, zapraszająca do rozpłynięcia się w rytuale na pograniczu warsztatów z samorealizacji i praktyk parareligijnych. Czasem co prawda stara się swoją publiczność jakby ostrzegać przed konsekwencjami poddania się kapitalizmowi, jak w „PIXO” będącym kontynuacją „Zrób siebie”. W tym spektaklu dzika zabawa w pewnym momencie przekształciła się w eskalację agresji, rytuał wyniszczenia odprawiany w mrocznej scenografii inspirowanej twórczością brazylijskiej grupy grafficiarskiej Pixadores. Grupie tancerzy towarzyszył także nowy bohater, malarz i akcjonista Jakub Gliński, znany ze swoim czysto intuicyjnych, autoagresywnych performansów, w których niszczy otaczającą go materię, przedmioty i samego siebie. Jego potencjał na dobrą sprawę nie został jednak wykorzystany, a „PIXO”, pomimo swoich wiksapolskich ambicji, nie potrafiło utrzymać napięcia zbudowanego już w „Zrób siebie”, na dobrą sprawę nie dodaje też wiele do tego, co zostało wypowiedziane we wcześniejszym spektaklu.   

Temat kultury korporacyjnej i wyłaniającej się z niej nowej obyczajowości to jednak nie tylko specjalność Marty Ziółek; obserwując formaty wykorzystane przez artystów i instytucje, zauważyć można, że język szeroko rozumianego biznesu staje się tutaj obowiązującym kodem. Fakt ten oczywiście najpełniej wybrzmiał podczas 9. Berlin Biennale kuratorowanego przez kolektyw DIS, ale na polskiej scenie też nie brak przykładów. U nas tą problematykę wprowadzały wystawy kuratorowane przez Romualda Demidenkę czy Natalię Sielewicz, pojawiała się ona i nadal pojawia w indywidualnych praktykach artystów: Norberta Delmana, duetu Polen Performance, kolektywu Wykwitex i innych. Nawet teraz w Galerii Sztuki im. Jana Tarasina można oglądać wystawę powstałą po performatywnych warsztatach metodą DZOP, czyli Dynamicznego Zarządzania Osobistym Potencjałem. Według deklaracji artystów i pomysłodawców warsztatów (Justyna Dziabaszewska, Ula Lucińska, Michał Knychaus, Dominika Święcicka, Rafał Żarski) dążą oni do stworzenia „furtki” (loophole) opisywanej przez Stephena Wrighta, która umożliwi podważenie retoryki i strategii stosowanych przez firmy coachingowe. 

Renata Piotrowska-Auffret (Centrum w ruchu), warsztaty fitness „Love Exercises” dla matek z dziećmi, wystawa „Lepsza ja”, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, fot. Bartosz GórkaRenata Piotrowska-Auffret „Love Exercises”, wystawa „Lepsza ja”, Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, fot. Bartosz Górka

Jak do tej pory jednak najgłośniejszym i prowokującym projektem z tego gatunku jest „Lepsza ja”, zorganizowana w Zachęcie w zeszłym roku i nawiązująca do kultury wellness. W ramach projektu można było wziąć udział m.in. w warsztatach fitness dla matek z dziećmi, przygotowanych przez Renatę Piotrowską-Auffret, lub wielogodzinnej praktyce skakania, nadzorowanej przez Pawła Sakowicza. Ton „Lepszej ja” nadał jednak performans Dominiki Olszowy „Ego Trip”, który zresztą zainaugurował cały projekt. 

Inne tańce

Inne tańce to wystawa o jednym z najważniejszych zjawisk nowej sztuki w Polsce ostatnich lat: o śmiałych eksperymentach twórców tańca, teatru, performansu, muzyki oraz sztuk wizualnych, które ułożyły się w rozległy fenomen określany jako zwrot performatywny. Wśród prac pokazanych na wystawie znajdują się m.in. zapisy przełomowych spektakli Marty Ziółek, Komuny//Warszawa, Anny Karasińskiej czy Chóru Kobiet, fragmenty ekscentrycznych scenografii Aleksandry Wasilkowskiej, interaktywne instalacje Krzysztofa Garbaczewskiego i Wojtka Ziemilskiego, dźwiękowe interwencje Konrada Smoleńskiego i Wojtka Blecharza, rzeźby i fotografie Anety Grzeszykowskiej, filmy Karola Radziszewskiego. 
WIĘCEJ

Dominika Olszowy to performerka od lat eksperymentująca z formatami – prowadzi efemeryczną galerię Sandra, razem z Marią Tobołą kreowała zespół Cipedrapsquad, była także częścią gangu motorynkowego Horsefuckers M.C. Ma ona także dość rozbudowane doświadczenie współpracy z teatrem, obecnie jako scenografka, ale niegdyś także aktorka (mieszkając jeszcze w Gorzowie Wielkopolskim, była częścią zespołu teatru Kreatury, po przeprowadzce do Poznania udzielała się w Teatrze Strefa Ciszy). Dziwna, lepka atmosfera amatorskiego teatrzyku, zaopatrzonego w siermiężne rekwizyty i gadżety kojarzące się z zajęciami plastycznymi w podstawówce, stała się dla Olszowy tłem do onirycznej podróży przez zakamarki własnego rozbuchanego ego – wycieczki bardzo poetyckiej, ale ironicznej, prześmiewczo komentującej status artystki jako łaknącej sukcesu i widoczności indywidualności, która kalendarz wypełniony ma kolejnymi spotkaniami „na kawkę” z kuratorami i reżyserami. Kawa, jako emblemat kultury biznesowej, to zresztą powtarzający się motyw w nowszych pracach Olszowy i pojawiła się też w „Ego Trip” – wielka filiżanka wypełniona kawą była jedną ze stacji, którą podczas performansu musiała pokonać aktorka (Dominika Biernat). Do filiżanki wchodziła w kaloszach, a stojąc w środku, polewała ranę na ręce octem, wydając z siebie ciche syknięcia bólu.

Dzięki „Ego Trip” publiczność Zachęty już na wstępie dostała wskazówkę, że temat wellness w tym kontekście trzeba ująć w nawias, chociaż jeśli pomyśli się o tym dłużej, sprawa jednak nie jest taka prosta. Nawet bowiem jeżeli ironizujemy z fitnessu w galerii, to przecież nie zmienia faktu, że ten fitness tam się odbywa. Goście muzeum, zamiast oglądać sztukę, zaczynają się w tym przybytku gimnastykować, więc czy nie lepiej byłoby po prostu zamienić galerie w sale treningowe? Po co zamęczać publiczność przymusem oglądania i myślenia, skoro ona chce ćwiczyć, tańczyć, bawić się i robić sobie selfie? W opublikowanym w maju głośnym spocie reklamowym „Muzeum? Żebyś wiedział!” wyprodukowanym przez Muzeum Narodowe w Poznaniu można było zobaczyć dziewczynę, która idzie do muzeum, robi sobie tam zdjęcia, po czym zakochuje się w Malczewskim. To bardzo optymistycznym scenariusz takiej wizyty – niestety często bywa tak, że tego rodzaju przygoda z muzeum kończy się po prostu na selfie z siurkiem.  

Zejdźmy jednak na ziemię. Jesteśmy w końcu w Polsce, kultura chodzenia do muzeów jest tutaj, jaka jest, czyli właściwie żadna, a nawet jeśli grono specjalistów wszczyna alarm na widok sączącej się do galerii kultury popularnej, to zjawisko to ledwo co u nas raczkuje. Na kiszenie się we własnych, insajderskich sosach na pewno nie mogą sobie pozwolić instytucje, a wydaje mi się, że i reszta środowiska wzdycha do sytuacji, w których sztuka w Polsce budzi jakieś zainteresowanie, emocje, jest widoczna, coś do licha znaczy. 

Jak dobre efekty może dać otwarcie się instytucji na rozrywkę, pokazała styczniowa gala rozdania nagród Banku Pekao Project Room w Zamku Ujazdowskim, przygotowana przez triksterski duet Małpeczki, czyli Marię Tobołę i Marię Kozłowską. Z tej okazji Małpeczki wcieliły się w rolę chochlików przewodniczek misteryjnego pochodu, który wiódł przez kilka sal Zamku. Każdy przystanek odzwierciedlał myśli i emocje pojawiające się w głowie artysty – był więc moment Walki, przedstawiony przez obwiązaną linami performerkę (Hana Umeda), po nim następowała sala Próby z pojawiającą się znienacka Wewnętrzną Krytyczką (w tej roli autorka tego tekstu), a po wysłuchaniu litanii dissów publiczność przeszła do sali twórczości, przyozdobionej kwiatami, gdzie do tańczących Małpeczek dołączyła przybrana w zjawiskowe futro Marta Ziółek. Przed wejściem do sali Project Roomu, gdzie miały zostać odczytane wyniki, goście „na uspokojenie” zostali poczęstowani winem. Nazwiska zwycięzców publiczności przekazano szeptem, według zasady, że „to, co ważne powinno się szeptać, nie wykrzykiwać”. 

Maria Kozłowska Konfesja, 2016, fot. Witek OrskiMaria Kozłowska „Konfesja”, 2016, fot. Witek Orski

Można się zastanawiać, na ile zaproponowany przez Małpeczki rytuał był dla publiczności satysfakcjonujący, ale niezwykły sukces frekwencyjny imprezy pokazał, jak wielka jest potrzeba tego typu uroczystości. Życie artystyczne w Polsce jest przecież bogate w różnego typu gale, dyskusje, spotkania promocyjne – w większości są to w imprezy piorunująco nudne, na które przychodzi garstka bywalców, artystycznych nerdów i dziady wernisażowe. Ta sytuacja może się jednak zmienić właśnie dzięki nowemu pokoleniu performerów. W przeciwieństwie do swoich poprzedników, nie boją się oni „grać do kotleta”, więcej, uważają że to granie jednak jest po coś. Dobrym przykładem jest tu Maria Kozłowska, która wydaje się specjalizować w występach okolicznościowych, wcielając się przy takich okazjach w rolę mediatorki albo medium, przemawiającego do zgromadzonej publiczności. Ona sama przyznaje się, że jako nastolatka marzyła o tym, żeby być księdzem, stąd też pewnie jej performanse często obierają formę płomiennych przemów lub rytuałów konfesyjnych, podczas których widzowie sami zaczynają opowiadać jej o swoim życiu („Konfesja”, w ramach akcji „Co po błędzie”, 2016). Przy okazji różnych „branżowych” iwentów wciela się ona za to chętnie w postaci ze świata biznesu, nie bez emocji opowiadające o swoim życiu. Podczas promocji książki „Chrysalis” Marcina Różyca w Rastrze Kozłowska wystąpiła jako była pracownica giełdy, która – w natchnieniu, wiedziona mistycznymi, newage'owymi wizjami – opowiada o rynku kryptowalut („Worksongs”, 2017). Robi to na balkonie galerii, niczym operowa diwa albo kaznodzieja. 

Wystąpienia Kozłowskiej są pełne emfazy i przesady, a ona sama przeskakuje po skali emocjonalnej niczym struś piędziwiatr. Raz śmieje się całą sobą, by zaraz zacząć szlochać, po czym wpaść w niekontrolowany gniew. Publiczność reaguje na jej wysiłki czasem śmiechem, ale bywa że zażenowaniem lub konfuzją, co zbliża Kozłowską do jednego z jej mistrzów, komika Andy'ego Kaufmana. W tym kontekście trudno powiedzieć, żeby jej celem było po prostu rozbawienie widowni – jej wystąpienia mają mieć charakter oczyszczający, być okazją do wypowiedzenia rzeczy trudnych lub bolesnych, które w normalnej sytuacji wyartykułować niełatwo. Taki efekt udało się osiągnąć, na dobrą sprawę przypadkiem, podczas przedświątecznej imprezy „Dwutygodnika”, zorganizowanej pod koniec 2017 roku z okazji premiery antologii „Delfin w malinach”.  Kozłowska wystąpiła tam w charakterze CEO Netflixa, który zagrzewa pracowników firmy i zachęca do dalszych starań, pomimo chwilowych trudności – po czym jego wystąpienie przerywa głos Kevina Spaceya, który jako Frank Underwood wygłasza swoją obronę przed sądem („You accuse me of breaking the rules, and I tell you, I'm playing by the rules”). Ci, którzy wychwycili ten smaczek, mogli poczuć się co najmniej dziwnie – było to w końcu ledwo kilka dni po publikacji artykułu „Papierowi feminiści” w „Codzienniku Feministycznym”, a jednym z czarnych bohaterów tego tekstu był autor „Dwutygodnika”, Jakub Dymek. Z tego co mi wiadomo, Dymek miał być zresztą uczestnikiem zaplanowanej na ten wieczór debaty, ale z powodu skandalu oczywiście się nie pojawił. W rolę wielkiego nieobecnego, o którym szeptali wszyscy, ale nikt nie wspominał na głos, siłą rzeczy weszła więc performerka. 

 Somebody that I used to know, 2017 / fot. Jan Tomza-OsieckiMaria Kozłowska „Somebody that I used to know”, 2017 / fot. Jan Tomza-Osiecki

Co znamienne, wystąpienie w roli komika lub stand-upowca to strategia atrakcyjna nie tylko dla artystów, ale również dla eksperymentujących kuratorów, którzy pragną wyjść poza sztampowy schemat wystawy złożonej z obiektów i okraszonej obowiązkowym winkiem. W kuratorstwie estradowym zaczyna celować choćby Tomek Pawłowski, najbardziej wyrazisty kurator młodego pokolenia, diwa performansu, muzealny przewodnik, a prywatnie fan imprez typu karaoke. Gdy więc razem z Aurelią Nowak miał on przygotować wystawę w Zonie Sztuki Aktualnej w Szczecinie (marzec 2017), oboje postanowili nawiązać do legendarnego, nagrywanego niegdyś w tym mieście programu „Śmiechu warte” – podczas wernisażu galeria zamieniła się w studio nagrań, kuratorzy weszli w rolę prezenterów, a publiczność usadowiono na specjalnie zaaranżowanej widowni. W ramach tego wieczoru pokazano kilka bekowych filmików nakręconych przez artystów (w tym choćby „Respekt” Małpeczek i wiralowe „Będzie dobrze” Dominiki Olszowy), a później, już po wernisażu, goście galerii mogli po prostu obejrzeć zmontowany odcinek programu. Był też trailer wystawy, w którym wystąpił, jak można się domyślić, sam Tadeusz Drozda.

Ostatnio Tomek Pawłowski powrócił w roli wodzireja z okazji zakończenia wystawy „Chłoporobotnik i boa grzechotnik” w białostockiej Galerii Arsenał, gdzie prowadził galę finisażową poświęconą kłirowym strategiom tożsamościowym. Gala była połączeniem dyskusji, imprezy muzycznej i show, była także transmitowana online, jak każde porządne wydarzenie medialne. Sądząc zaś po zdjęciach publikowanych na Instagramie, zabawa była przednia. 


Małpeczki, „Respekt czyli dlaczego nie pracować z uprzywilejowanymi”.

Osobom, które oczekują od sztuki wyważonego intelektualizmu, takie sytuacje jak opisane powyżej zapewne mogą wydać się kłopotliwe. Impreza karaoke, TV show, alkoholowa libacja, fitness, rejowowanie instytucji (to też było, tym razem w ramach Otwartego Triennale w Orońsku) nie brzmią jak poważne propozycje wystawiennicze. Sztuka to dziedzina introwertyczna, w dobrym tonie jest tutaj maskowanie emocji i dystans. Galerzyści i kuratorzy niechętnie wygłaszają przemowy, a jeśli już to robią, to nieporadnie. Wernisaże bardzo często nie mają jasno sprecyzowanego początku ani końca, na dobrą sprawę są to antywydarzenia. Na klasyczne performansy nie wypada reagować, nawet jeśli sytuacja wygląda krytycznie i artysta jest bliski śmierci. W galerii nie powinno się płakać, krzyczeć, dzieła sztuki najlepiej oglądać z kamienną twarzą. 

Co innego w teatrze. Wyjście na spektakl – ile wiąże się z tym emocji, wrażeń, ekscytacji! Wielka widownia, dzwonki alarmujące o spektaklu, kurtyna lub światła; śmiechy publiczności, krzyki aktorów, oklaski, bisy, wściekli krytycy trzaskający drzwiami na znak swojej niezgody. A to i tak nic w porównaniu do koncertu czy innych form scenicznych, w których publiczność bawi się razem z artystami. W tym kontekście mówienie o współczesnym performansie, ochoczo czerpiącym z innych gatunków i zjawisk, tylko w kategorii ludycznej rozrywki to pomyłka. Stawką w tej grze jest w końcu odzyskanie widza oraz przywrócenie nam możliwości wspólnego przeżywania sztuki, wzruszania się nią i zachwycania. Przeżywanie w zimnych warunkach laboratoryjnych nie jest łatwym zadaniem, a z mojego doświadczenia wynika, że 90% ono się zwyczajnie nie udaje. Dlatego gdy ktoś mnie pyta, jaka wystawa mnie ostatnio zachwyciła, zwykle milczę zakłopotana. Wystawy to coś, co z reguły po prostu wydaje mi się interesujące.  

Żeby jakoś się usprawiedliwić, dodam, że ostatnio jednak byłam na wystawie, od której faktycznie dostałam wypieków. Była to wystawa Piotra Marka, malarza i legendy sceny rockowej w Polsce, które prace pokazała krakowska galeria F.A.I.T.. Z tej okazji niewielka przestrzeń galerii została przekształcona w scenę, a galerzyści wcielili się w rolę rockowego zespołu. Wyglądali świetnie, a po wyjściu z galerii jak nigdy – aż mi się chciało skakać z radości.

Tekst powstał w ramach współpracy z Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski przy okazji wystawy „Inne tańce”.

.