Od Sasa do lasa
fot. Anna Powałowska-Górska

Od Sasa do lasa

Rozmowa z Martą Nieradkiewicz

Nie da się zrobić teatru bez zespołu. I są bardzo liczne przykłady na to. Nie chcę ich tu wymieniać. Jak rozpada się zespół, rozpada się teatr

Jeszcze 3 minuty czytania

WITOLD MROZEK: Czujesz się celebrytką?
MARTA NIERADKIEWICZ: Nie, unikam tego.

Tego słowa?
Nie, celebryctwa. Nie chcę tego robić. Nie chcę być w tym. Jak patrzę na to, co się dzieje na tych Instagramach… Mam wrażenie, że to cię teraz buduje jako osobę publiczno-medialną. Koszmar, horror. A ja chcę, żeby to praca mnie budowała jako osobę publiczną, a nie ilość publikowanych zdjęć.

A masz Instagrama?
Tak, mam oficjalnego Instagrama, na którym mam 933 fanów. [śmiech] Prowadzę go sama, musiałam go założyć. Przy ostatniej produkcji, jaką robiłam, powiedzieli mi, że albo sama założę, albo oni mi założą. Wolałam mieć nad tym kontrolę.

Jak się rok temu było na festiwalu w Gdyni, to do jakiegokolwiek kina się weszło, tam była Marta Nieradkiewicz.
To było dwa lata temu! I od tamtego czasu nie zrobiłam filmu. Miałam rok, w którym zrobiłam „Kampera”, „Zjednoczone stany miłości” i „Dzikie róże” – i od tego czasu nie zrobiłam żadnego filmu.

Ale do kin wchodziły stopniowo, więc byłaś ciągle na ekranie.
No tak… Ale to jest pytanie, czy jesteś w stanie jako aktor wyżyć z niekomercyjnego kina.

A nie jesteś?
No nie jesteś!

To nie jest tak, że ci, co grają w filmie, są bogatsi?
Ale jak gram w filmie offowo-offowym, to nie robię na tym pieniędzy. Jeszcze robię to raz na dwa lata!

Marta Nieradkiewicz jest biedniejsza, niż wszyscy myśleliśmy?
Tak. Zrobiłam teraz serial, więc nie jest źle. Stać mnie na spokojne życie.

A twój partner, Dawid Ogrodnik, dostaje wyższe stawki?
Ma to szczęście, że robi fajne, ambitne rzeczy i na tym zarabia.

Faceci w filmie nadal zarabiają więcej?
Oczywiście! Jeśli wyższe stawki dotyczą jakichś aktorek w tym kraju, to nielicznych.

Jesteś dalej aktorką Starego Teatru w Krakowie?
Tak, na macierzyńskim, ale jestem.

Potem będziesz na wychowawczym?
Nie wiem, zobaczymy, jak się rozwinie sytuacja. To nie jest miejsce, z którego odchodzi się łatwo. Że przynosisz papier i „dziękuję, było fajnie, pięć lat tu spędziłam, do widzenia”. Tak się akurat złożyło, że zaszłam w ciążę – ale nie wiem, co bym zrobiła w tej sytuacji, która tam teraz jest. Czy bym została, czy bym uciekła. Na pewno nie jest to proste.

Masz jakiś kontakt z kolegami, którzy teraz walczą, negocjują z ministerstwem czy dyrektorem Mikosem?
Tak, mam, jestem z nimi w kontakcie cały czas. Nadal jestem częścią tego zespołu i bardzo ich podziwiam za ich postawę. Poprzednia sytuacja, wrocławska [w Teatrze Polskim we Wrocławiu wskutek polityki wybranego wbrew woli zespołu nowego dyrektora Cezarego Morawskiego trwa konflikt z aktorami, nastąpił upadek artystyczny sceny – przyp. WM] – to była wspaniała, heroiczna walka i my w Krakowie byliśmy „podpaleni” do zaciekłej wojny o nasz teatr. Na szczęście są starsi koledzy, którzy niejedno przeszli. Powiedzieli, że „to nie jest rozwiązanie”. Wrocławska sytuacja pokazała, że to nic nie daje. Bo co jest dziś we Wrocławiu? Nic nie ma. Oczywiście w Krakowie też nic nie ma – to najlepszy przykład, jak można zaorać dobry teatr w parę miesięcy.

Ale cały czas są aktorzy.
Tak, pilnują i bardzo walczą, żeby przyszły sezon wyglądał inaczej.

Marta Nieradkiewicz / fot. Anna Powałowska-GórskaMarta Nieradkiewicz / fot. Anna Powałowska-Górska

Widziałaś coś z tego sezonu w Starym?
Nie, ale wszyscy mówią, żebym lepiej tego nie robiła. Wiesz, w Starym nie ma widowni. Jest 1/3 sprzedanych miejsc na dużą scenę. Teatr Stary nie pamięta takiej sytuacji.

Przyjście do Starego jako absolwentka szkoły w Łodzi to faktyczne jest taka dziwna sytuacja, jak się mówi? Bo prawie cały zespół po Krakowie…
Dziwna na maksa. Przez pierwszy sezon myślałam, że nie dam rady. To bardzo hermetyczne, zamknięte środowisko. Pytałam siebie, czy na pewno chcę w tym uczestniczyć. Ale potem, gdy zaczęła się praca z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim, ten zespół się tak skonsolidował. To było super. Oni mają taką moc, Strzępka z Demirskim, że jednoczą bardzo zespół. I niejeden zespół stworzyli – Wrocław, Wałbrzych…

Miałaś jakiś problem z graniem u nich w „Nie-boskiej”, po tym jak nie doszła do skutku „Nie-boska” Olivera Frljicia, gdzie też byłaś w obsadzie?
Nie. Rozdzieliłam te dwie rzeczy. Poza tym tamta sytuacja była dla całego zespołu bardzo trudna, to był taki koszmar z ulicy Wiązów. Chciałam to już zostawić i do tego nie wracać. Nie babrać się w tym więcej. Bo im więcej się w tym babraliśmy, tym bardziej to było nie do zniesienia. Poza tym naprawdę myślę, że nasz kraj nie jest gotowy na spektakle Frljicia. Uwielbiam „Klątwę” i uważam, że jest to jeden z najmądrzejszych spektakli, jakie widziałam w życiu. Ale…

A to kiedykolwiek nasz kraj będzie gotowy?
Jak tak dalej pójdzie, to nie będzie. My jesteśmy tak zakompleksionym społeczeństwem, że nie jesteśmy w stanie spojrzeć na siebie z dystansem i powiedzieć: „kurczę, może rzeczywiście tak jest”.

„Tak jest”, czyli jak?
Że jesteśmy ksenofobiczni, mamy kompleksy, z jednej strony jesteśmy bardzo dumni, a z drugiej boimy się wszystkiego. Jesteśmy nietolerancyjni i zawistni. Nie generalizując oczywiście. Od lat ugruntowuje się w nas pozycję ofiary, która w każdej chwili jest gotowa do ataku.

Może po prostu nie umiemy spojrzeć na przeszłość? Nie masz wrażenia, że ta afera wokół „Nie-boskiej” Frljicia zapowiadała aferę z Izraelem i ustawą o IPN?
Oczywiście. Myślę, że tak się boimy, że wolimy ukręcić sprawie łeb, zanim cokolwiek wyściubi nos, zanim cokolwiek „wyjdzie” na nasz temat. Lepiej zaorać.

Mówiłaś o swojej pracy ze Strzępką. Miałaś bardzo różnorodne doświadczenia w swojej pracy teatralnej – grałaś u Strzępki, u Grzegorzka, u Szczawińskiej, u Kleczewskiej…
Tak, od Sasa do lasa.

Masz wrażenie, że jest jakiś jeden styl, z którym jesteś kojarzona? Kiedyś mówiło się, że jesteś „aktorką Kleczewskiej”.
To już przeszłość, bo bardzo dawno z Mają nie pracowałam. Chyba nie mam czegoś takiego. Wiesz, ja ostatnio myślę, że jestem bliżej filmu niż teatru. Że nigdy nie zrobię w teatrze takich rzeczy, jakie być może zrobię w filmie. Teatr jest strasznie trudną materią. Kocham teatr i w życiu bym tego nie zamieniła. Ale jak patrzę na to, co umieją moje starsze koleżanki, to jestem trochę zazdrosna.

Kogo masz na myśli?
Koleżanki ze Starego. Segdę, Hajewską, Radwan… bardzo mi imponują. Jak próbują, jakie mają podejście do pracy, ich wyobraźnia, wiedza, technika… Na pewno chodzi tu o praktykę, o lata praktyki, a z drugiej strony młoda Frajczyk [Monika – aktorka, od tego sezonu w TR Warszawa – przyp. red.] ma to na przykład. Frajczyk jest świetna w teatrze. Bardzo czuje teatr.

Zaraz po szkole znalazłaś się, zdaje się, w „Barwach szczęścia”. To była świadoma decyzja?
Oczywiście! Myślałem wtedy, że złapałam Pana Boga za nogi.  W tamtym czasie taką świadomość miałam. Myślałam, że będzie super, będę popularna, będę zarabiać kasę i będzie ekstra. Przestało mi się to zgadzać gdzieś po siedmiu miesiącach. Że to chyba jednak nie jest moje. To chyba nie ta bajka, o którą mi chodziło.

I wtedy pojawił się Paweł Łysak, ówczesny dyrektor teatru w Bydgoszczy?
Łysak był w jury łódzkiego festiwalu szkół, które oceniało mój dyplom. Wtedy od razu poszła do Bydgoszczy Dominika Biernat, moja przyjaciółka, Mateusz Łasowski, z którym byłam na roku… No i oni mnie namawiali, żebym przyszła do Bydgoszczy. Miałam wtedy do wyboru warszawski Teatr Syrena i Teatr Polski w Bydgoszczy. Wszyscy się za głowę łapali… Że co ja w ogóle wymyśliłam, że po co do tej Bydgoszczy.

„Wszyscy” – czyli kto?
Znajomi aktorzy, ludzie z serialu.

Wybrałaś Bydgoszcz. Co przeważyło?
Chciałam robić coś ambitniejszego. Zobaczyłam, że szukam innego teatru. Byłam już w tym serialu, starczy.

W serialu zostałaś na długo, chyba na trzy lata.
To i tak nie jest makabrycznie długo. Ludzie zostają po siedem, dziesięć lat…

Ale Magdę Ogórek spotkałaś na planie innego serialu?
Ha… Tak, miałam taki epizod z Magdą Ogórek, która podpinała mi kroplówkę w „Na dobre i na złe”.

Rozmawiałyście?
Zamieniłyśmy ze trzy zdania. Bardzo miła osoba to wtedy była.

Ale nie głosowałaś na Ogórek?
Nie, ale śledzę jej karierę. Jestem, można powiedzieć, fanką. [śmiech] Z SLD przejść na skrajną prawicę…

Wróćmy do Kleczewskiej. W jednym ze starszych wywiadów mówiłaś, że idąc do pracy z nią, bałaś się takich metod pracy, jak np. ustawienia metodą Hellingera.
No, każdy się tego boi.

Marta Nieradkiewicz / fot. Anna Powałowska-GórskaMarta Nieradkiewicz / fot. Anna Powałowska-Górska

I jak było?
Super. Wiadomo, jest to dziwne i tak dalej. Ale ja lubię takie eksperymenty. Jeśli ktoś tego nie lubi, jeśli uważa, że to jest za dużo, że to przekraczanie granic czy naciąganie granic – no to tak uważa. Ja uważam inaczej. Jakby mi nie pasowało, to bym nie robiła.

Ale kontaktowałaś się przez ustawienia z jakimiś postaciami, osobami?
A byłeś kiedyś na ustawieniach hellingerowskich?

Nie.
No właśnie. Teraz tu są śmichy-chichy, ale coś w tym jest. Rzeczywiście inspicjentka, która stała obok mnie, była nagle Arielem z „Burzy”, chociaż nie wiedziała, że nim jest. Ja wiem, to brzmi jak czary-mary albo jak chora psychologia, albo inna psychodrama. Ale to było bardzo fajne doświadczenie. Bardzo.

Potrzebujesz w teatrze zespołu?
Nie da się zrobić teatru bez zespołu. I są bardzo liczne przykłady na to. Nie chcę ich tu wymieniać. Jak rozpada się zespół, rozpada się teatr. Co z tego, że reżyser sobie weźmie nawet trzech gościnnych aktorów – jak nie będzie zespołu, to co najwyżej wyjdzie z tego monodram, a reszta będzie statystować.

Ty sama często jeździłaś z reżyserami jako aktorka gościnna, prawda?
Tak, miałam to szczęście trafiać na mocne i wyraziste zespoły: Wałbrzych, Opole. To było superdoświadczenie. Wietrzenie głowy, można zobaczyć, jak jest gdzie indziej. Dzięki temu nie myślisz, że jesteś pępkiem świata.

A jak ci się pracowało w TR Warszawa, przy „Genie” Grzegorza Jarzyny?
Jak to powiedzieć… Moim zdaniem coś tam nie styka, w tym teatrze. Zespół jest super, wspaniali ludzie, ale coś tam się nie dzieje.

A z kim byś się chciała jeszcze spotkać w teatrze? Wszyscy odpowiadają, że z Krystianem Lupą…
Pewnie też bym chciała, to było moje marzenie, chciałabym zobaczyć, jak on pracuje. Ale wiesz co, teraz myślę, że chciałabym się spotkać w teatrze z Janem Klatą. Bo przez pięć lat bycia w Starym Teatrze z nim nie pracowałam. Chciałabym z nim popracować. Zawsze nam było jakoś nie po drodze, bardzo nad tym ubolewam.

Z ostatnich rozmów z aktorami w Dwutygodniku wyłania się obraz teatru jako niezbyt przyjaznego, trudnego miejsca pracy. Co się zmieniło w polskim teatrze przez dziesięć lat twojej kariery? Na lepsze, na gorsze?
Kiedyś proces robienia spektakli był rzeczywiście właśnie procesem – czyli każda próba coś przynosiła. A teraz przedstawienia powstają jakby w ostatniej chwili, na ostatni moment. Nie wiem, z czego to się bierze – ale mam takie wrażenie.

Bo nie ma na czas tekstu?
Na przykład. No tylko wiesz co, ja też się zmieniam – jak zaczynałam, miałam dwadzieścia pięć lat – mogłam jechać do teatru w Bydgoszczy trzysta kilometrów samochodem i byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, że mogę tam jechać. Teraz mam trzydzieści pięć i sobie myślę – ja pierdolę, jak ja mogłam rano dojechać na 10:00 do Bydgoszczy na próbę!

A to się różni od wstawania na piątą na plan?
Całkowicie. To jest zupełnie coś innego, inaczej się do tego podchodzi.

Marta Nieradkiewicz / fot. Anna Powałowska-GórskaMarta Nieradkiewicz / fot. Anna Powałowska-Górska

Wytłumacz jak głupiemu. Wstajesz rano, jedziesz gdzieś…
Praca jest zupełnie inna. Wymaga innej koncentracji. Gdy stajesz przed kamerą i oddajesz strzały – to ta koncentracja jest krótsza. W teatrze to się rozkłada na miesiące. Proces jest żmudny, ciągnie się. Poza tym jest jeszcze jeden problem, który dotyczy chyba wszystkich teatrów w Polsce – że się mało gra. Robimy spektakl trzy miesiące, czy powiedzmy półtora – i potem gramy go pięć czy sześć razy w sezonie. Pamiętam, że w Bydgoszczy mało grałam, byliśmy cały czas w próbach.

Może za dużo się produkuje?
Może. I ludzie są sfrustrowani, bo cały czas próbują, nie zarabiają pieniędzy. Umówmy się – te pieniądze w niekomercyjnym teatrze nie są duże. W Starym to też nie są takie stawki, że możesz pracować w teatrze i mieć wszystko gdzieś.

Prawicowi politycy i publicyści mówią, że aktorzy to bogaci celebryci i przeciwstawiają ich „zwykłym Polakom”. Tak było i przy aferze wrocławskiej, i przy Starym Teatrze.
To zapraszam tych panów, żeby po prostu popracowali za te pieniądze – tak jak pracują aktorzy. To naprawdę nie są duże kwoty.

Podasz jakieś konkretne liczby?
Dostaję teraz etatu 2800 zł.

Plus wejścia na scenę…
Po odjęciu wszystkich składek i podatków zostaje jakieś 2100. Czym się tu różnię od „zwykłego Polaka”? Niczym.