Sorom, shame, wstyd
fot. Alex Tovpyga

7 minut czytania

/ Teatr

Sorom, shame, wstyd

Witold Mrozek

W ukraińskim teatrze Sarah Kane doczekała się mocnej i przewrotnej kobiecej interpretacji reżyserki Rozy Sarkisian – jakiej prawie 20 lat temu w Polsce, zdaje się, nie miała

Jeszcze 2 minuty czytania

Co jest bronią przeciw kobiecemu gniewowi i szaleństwu? „Shame, shame, shame”, „sorom, sorom, sorom” – śpiewa jak refren kobiecy ukraiński team na scenie w Kijowie. „Wstyd, wstyd, wstyd / Utop się w swoim pierdolonym wstydzie” – to polska wersja, w przekładzie Klaudyny Rozhin. „Psychosis 4.48”, ostatni tekst głośnej angielskiej dramatopisarki Sarah Kane, wystawiony pierwszy raz po jej samobójczej śmierci, rozgrywa się – jak się przyjęło uważać – w szpitalu psychiatrycznym; klasycznej instytucji władzy. W niewielkim kijowskim teatrze Kane doczekała się mocnej, przewrotnej i wrażliwej kobiecej interpretacji – jakiej prawie 20 lat temu w Polsce, zdaje się, nie miała.

„Ladies nad ladies!”, witają widzki (i widzów też) aktorki: łącząca eteryczne emploi z punkowym kopem Nina Khizhna i wyrazista, silna i wyrafinowanie dokładna zarazem Oksana Cherkashina. Przy klawiszach: Oleksandra Malatskovska, odpowiedzialna za muzyczną aranżację przedstawienia. Dzwoni do nich Sarah Kane, która okazuje się mówić po ukraińsku. Nie dajcie się jednak zwieść ewentualnemu skojarzeniu z „Klątwa” Frljicia, gdzie aktorzy dzwonili po radę do Brechta – spektakl Ukrainki obficie czerpie z tekstu Angielki, nie jest tylko „inspirowany”.

Ukraińskie „Psychosis 4.48” z Teatru „Aktor” w Kijowie to teatr w zasadzie offowy, choć zrobiony przez profesjonalistki. W Polsce przedstawienie lwowskiej reżyserki Rozy Sarkisian najbardziej pasowałoby do Komuny Warszawa. Co z tego wychodzi? Trochę czarny kabaret, trochę koncert wschodnioeuropejskich młodszych sióstr „Dresden Dolls” – feministyczna rewia z pogranicza punka i indie rocka, która ma wyjątkowy emocjonalny potencjał, od dosadnego wstępu po liryczny finał.

fot. Alex Tovpyga

Kijowska premiera Kane zdaje się próbą odrzucenia przypisanego autorce zbanalizowanego sztafażu poetki przeklętej – zrozpaczonej, inspirującej licealistki, takiej jak wiele. A zarazem dania wyrazu zażenowaniu, które towarzyszy psychicznemu cierpieniu kobiecego (i nie tylko) podmiotu samobiczowanego przez własny intelekt. „Wstyd, wstyd, wstyd”, „sorom, sorom, sorom” – powtarza się refren. To próba przejścia od wstydu do empowermentu. „Żeby przypadkiem nie zostało to zinterpretowane jako wołanie o pomoc” – pisała Kane w „Psychosis”.

Sarah Kane, „Psychosis 4.48”, reż. Roza Sarkisian. Teatr Aktora w Kijowie, premiera 25 marca 2018Sarah Kane, „Psychosis 4.48”, reż. Roza Sarkisian. Teatr „Aktor” w Kijowie, premiera 25 marca 2018Spektakl z Kijowa jest dla mnie też usiłowaniem wyjścia poza dwa główne klucze lektury dramatu Kane: z jednej strony zbyt prostego autobiografizmu, zapisu choroby, swoistego testamentu; z drugiej zaś, tekstu poetyckiego, misternego. Gagi idą o lepsze z mrocznymi piosenkami – o czarnym humorze Kane pisano, rzadziej go (przynajmniej w Polsce) dostrzegano. Spore dildo jak pistolet strzela zabójczymi w większych dawkach tabletkami, a sceniczna ekipa zwraca się wprost do publiczności.

Brytyjski krytyk Edward Bond przedstawił tekst „Psychosis 4.48” jako serię „dyskursów” – jest tu sparodiowany opis psychiatrycznych przypadków, jest dialog terapeutyczny, popowy poradnik psychologiczny, medyczne recepty, intymne wyznania i biblijne frazy. Pod tym względem przedstawienie Sarkisian mogłoby być teatralną odpowiedzią na tę meandrującą heterogeniczność tekstu Kane. Kijowskie „Психоз 4.48” szuka niezgranego teatralnego języka dla szaleństwa, wkurwu i rozpaczy. To próby do samobójstwa, ale też przymiarki nowej formy, mającej nieść siłę – stąd dystans. Nie ma w spektaklu Sarkisian jednak intelektualnego chłodu ani zbyt łatwej ironii – dzięki charyzmie, wyczuciu i precyzji aktorek z Charkowa.

Miejsce też robi swoje. Jak ten pamiętny fragment z Kane – „To ja zagazowałam Żydów, to ja wybiłam Kurdów, to ja spuściłam bomby na Arabów, to ja rżnęłam małe dzieci, gdy błagały o litość” – brzmi w kraju, który toczy wojnę, w mieście leżącym 500 km linii frontu? Wreszcie, w mieście, gdzie trzy lata temu pospiesznie usuwano z przestrzeni publicznej ślady walk ulicznych, a widocznym znakiem, że wciąż giną ludzie, są setki twarzy poległych na stałej wystawie fotografii przy Soborze Michajłowskim. Kane żyła w cieniu innej bliskiej wojny, wobec której Europa okazała się równie bezradna – konfliktu na Bałkanach.

Przestrzegałbym przed publicystycznymi zdankami, że niby dziś „ukraiński teatr odrabia lekcję z Sary Kane”, którą teatr polski odrobił już (czyżby?) na początku obecnego milenium. Tak, jak nietrafione i bezrefleksyjne były wyrażane przy okazji Majdanu opinie, że Ukraińcy mają właśnie swoją „Solidarność”, „czerwiec 1989” czy łaciński, kontrreformacyjny polski Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze.

W Polsce sezon na Kane był krótki, acz intensywny; główne role zagrali w nim m.in. Grzegorz Jarzyna, Krzysztof Warlikowski, Paweł Wodziński, Paweł Łysak, wreszcie: Maja Kleczewska. Pisarkę opisano poręczną i modną swego czasu etykietką „nowy brutalizm”, sięgającą od Kane właśnie, przez Marca Ravenhilla, po Przemysława Wojcieszka. Sama Kane się za brutalistkę nie uważała.

Wszystko to działo się chwilę tylko po brytyjskim zamieszaniu wokół autorki. W końcu od prapremiery „Zbombardowanych” do samobójstwa Kane minęło ledwie niecałe 4 lata, a od jej śmierci do premiery „Psychosis” Grzegorza Jarzyny z głośną rolą Magdaleny Cieleckiej – dwa. O angielskiej poetce przeklętej pisały nawet magazyny w rodzaju „Twojego Stylu”.

fot. Alex Tovpyga

W zasadzie każdy z budzących emocje tekstów Kane miał w Polsce tylko jedno głośne „kanoniczne” wystawienie – poza tym istniał ewentualnie w głębokim offie albo na innych peryferiach. Później zaś – w legendzie, na teatrologicznych konwersatoriach, w inicjacyjnych teatralnych wspomnieniach „młodej, wielkomiejskiej widowni” Rozmaitości i później Nowego, stającej się stopniowo dobrze usytuowanymi pięćdziesięciolatkami. „Psychosis” Jarzyny TR Warszawa grywa od czasu do czasu do dzisiaj, zresztą TR wszystko grywa od czasu do czasu.

Później przyszła fala nowych polskich dramatopisarzy, wystawień i przepisań klasyki oraz nowych tekstów pisanych tutaj na potrzebę chwili.

I tak tytułowa godzina trwa u nas tylko jako powracający motyw w kolejnych tekstach Pawła Demirskiego, gdzie ciągle o 4.48 ktoś się budzi, nie może zasnąć, rozpacza, cierpi.

Dziś w Polsce odebralibyśmy pewnie Kane zupełnie inaczej – gdy większą wagę przywiązujemy do psychicznego cierpienia nie jako do artystowskiego nimbu-wyróżnika szczególnej wrażliwości, a kondycji powszechnej; gdzie kwestia odbierania kobietom podmiotowości znalazła się w centrum politycznego sporu, wreszcie, gdzie w teatrze większość ciekawych debiutów reżyserskich to reżyserki, a teatralną formę znów – czasem chociaż – się zauważa. Przedstawienie Rozy Sarkisian idzie tymi tropami. Dlatego warto byłoby ukraińską prapremierę jej ostatniego dramatu przywieźć do Polski.