Malina
fot. Łukasz Saturczak

18 minut czytania

/ Teatr

Malina

Rozmowa z Martą Malikowską

Mam dosyć tego teatru za 1800 zł. Mam dosyć, że gram po 5–6 przedstawień w miesiącu. Mam dosyć, że nikt tego nie szanuje, że ściągają mi tytuły. Że teatr to fabryka

Jeszcze 5 minut czytania

WITOLD MROZEK: Jesteś teraz bezrobotna?
MARTA MALIKOWSKA: Miałam w planach trochę projektów. Mieliśmy już próby z Peszkiem i Logą-Skarczewskim do jednego filmu. Ale okazało się, że produkcja nie do końca była uczciwa i trzeba zmienić producenta, i projekt zagrożony, i nie wiadomo, czy w ogóle film powstanie. Dwa tygodnie przed wejściem na plan... nie wypaliło. A potem zaraz Bogomołow odpadł – miał reżyserować w TR Warszawa, bardzo się cieszyłam, bardzo na to czekałam, pół roku. Miałam podobno grać Wolanda! I już się podniecałam, jaka zajebista postać, że będzie ekstra, że będzie grubo, że Czarnik, że Gorol, cały TR, który bardzo polubiłam. Potem dzień przed wigilią z TR Warszawa dostałam wiadomość, że Bogomołow odwołuje próby, że spektakl się nie odbędzie.

I co wtedy?
Źle, bardzo źle. No i mówię sobie: Malikowska, nie zrobiłaś sobie oszczędności. Miałam zero na koncie i karcie kredytowej – czyli miałam problem. I trzeba było zadzwonić do rodziców... Po grube wsparcie. Zadzwoniłam, wykonałam ten wielki telefon, w pierwszym momencie powiedzieli: „Nie udaje ci się, OK, to wracaj na wieś, na Gogołów. Tu jest dużo pracy”. Rozwaliło mnie to. Na szczęście pomogli, dali mi na trzy miesiące życia. To szczęście mieć takich rodziców. Bardzo to doceniłam i wtedy zaczęły się telefony. Najpierw – Kasia Szyngiera zaprosiła mnie do Gniezna, zaczynam tam próby w kwietniu do „Poskromienia złośnicy”. Potem Arek Biedrzycki zaprosił mnie do bardzo fajnego projektu w ramach Teatroteki, zaraz kręcimy, no i Olsten do „Bajek robotów”. Już próbujemy, premiera 7 kwietnia w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Zaczęłam też zdjęcia do serialu „Drogi wolności” w reżyserii Maćka Migasa, więc nie jestem już bezrobotna.

W spektaklu „Kantor. Downtown” widzowie wypisywali ci na ciele swoje miesięczne zarobki, wcześniej ty wypisywałaś swoje: 2300, 2500 zł. Te przelewy wzrosły, gdy wyprowadziłaś się z Bydgoszczy do Warszawy?
Zasadniczo tak. Postanowiłam się wyprowadzić do Warszawy i zrobiłam to wcześniej niż „wszyscy”, wtedy gdy jeszcze nie było wiadomo, czy dyrektorzy [Paweł Wodziński i Bartek Frąckowiak – przyp. red.] zostają, czy nie zostają w Bydgoszczy. Zrobiłam to w czerwcu 2016, razem z końcem szkoły córki, Jagody. Gdy wyjechałam, dostałam rolę w serialu „Ślepnąc od świateł” Krzysztofa Skoniecznego. Poczułam zapach pieniądza – ile to jest za jeden dzień zdjęciowy! Wielka przygoda, film i coraz lepsze seriale. I pomyślałam, że mam dosyć tego teatru za 1800 zł. Mam dosyć, że gram po 5–6 przedstawień w miesiącu. Mam dosyć, że nikt tego nie szanuje, że ściągają mi tytuły. Że teatr to fabryka – zrobiłam przez półtora roku 6 spektakli, z których grałam tak naprawdę trzy. I miałam parę kłótni z dyrektorami o zwalnianie się z prób. Postanowiłam: nie wrócę do Bydgoszczy, nie zostawię Jagody, chcę tu znaleźć pracę. Dostałam propozycję zrobienia zastępstwa w „Męczennikach” [w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa – przyp. red.]. No i wtedy poczułam, że OK. Mogę kończyć etat, mam 35 lat na karku.

Byłaś na etacie 11 lat? Od 2006 roku?
Tak, wtedy dostałam pierwszy etat od Anny Augustynowicz w Szczecinie. Pomyślałam sobie, że czas na freelance, wolność i lans [śmiech].

Mówiłaś o sobie w „Kantor. Downtown”, że jesteś aktorką-autorką. Jak ci się robiło zastępstwa w TR, role „po kimś”? W dodatku po bardzo wyrazistych aktorkach...
No tak... po Oli Koniecznej i po Sandrze Korzeniak. Obie to dla mnie ikony i totalna inspiracja. To bardzo trudne. Sandra Korzeniak jest tak silną osobowością i jej słowa tak tkwią, tak zostają pięknie w pamięci... Ale ja nie chce się sugerować tym, co ona zrobiła. Jeszcze w dodatku w „Robercie Roburze” grałam z odlewem jej cipki... chyba jej, nie jestem pewna! Ale odlew głowy był jej na pewno. Cały czas miałam obok tę Sandrę i trudno się było od niej odkleić. W takich momentach w ogóle nie zastanawiam się nad tym, żeby zbudować jakąś wielką rolę. Po prostu miałam nadzieję, że wejdę w odpowiednim momencie po tej jednej próbie [śmiech]. Że dam tej bohaterce swój głos, swoją energię, swoje ciało. I że popełnię milion błędów i te błędy zostaną zaakceptowane przez reżysera i resztę aktorów.

I zostały zaakceptowane?
Chyba tak, dobrze się bawiliśmy.

To była twoja pierwsza praca z Garbaczewskim?
Tak. Dwie próby. Ale na jedną nie przyjechał [śmiech], to było na festiwalu w Kaliszu. Ale już się przyzwyczaiłam, że Malikowska jest od zadań specjalnych. Robiłam podobnie szybkie zastępstwo za Mirkę Żak u Marcina Libera w Wałbrzychu, w „Na Boga!”. Marcin zadzwonił: „Malikowska, masz czas? Ratuj dupę, bo Mirka zaraz rodzi, a my dostaliśmy zaproszenie do Teatru Powszechnego na festiwal”.

I pojechałaś?
Tak, pojechałam, zrobiłam to, zagrałam tylko trzy spektakle, z nadzieją, że może więcej. No, ale wróciła Mirka Żak i ona potem to grała. Po dwóch próbach, w takim zastępstwie, to jest, kurwa, jak wejście na Kilimandżaro. Tak się czułam. Przyspieszony kurs rozwoju osobowości. Wielki test: na cierpliwość, na niezrobienie kupy na scenie. Przyspieszony kurs aktorstwa. Zespół, którego nie znasz, miasto, którego nie znasz – i jeszcze rola Lucyfera.

Ile miałaś czasu na nauczenie się tekstu?
Dwa tygodnie się uczyłam tekstu po polach i łąkach. W sierpniu, w Gogołowie. Siedziałam z kartkami na łące i uczyłam się tego trzynastozgłoskowca. Udało się. Liber mi powiedział, że jestem wielką artystką [śmiech]. Dla takich chwil warto to robić. To tak bardzo łechce.

Ego jest ważne w tej pracy?
Ego nie jest ani dobre, ani złe. Jak udaje się pozbyć na scenie poczucia „ja”, to jest święto. Ale to są momenty, takie przebłyski. Jestem wtedy szczęśliwa, to się rzadko zdarza, ale zdarza się coraz częściej, to jak medytacja. Nie wiem, jak to powiedzieć. Chodzi o to, żeby nie myśleć, nie być w przyszłości, być w „teraz” z wszystkimi, połączona.

W Bydgoszczy robiliście teatr, który określano jako bardzo intelektualny.
Bo tak było i chyba o to chodziło. Intelekt nie jest niczym złym [śmiech], no chyba że się nie łączy z ciałem, że jest oderwany od serca, od czucia, ale to się chyba w Bydgoszczy nie zdarzyło. Dla mnie te spektakle były i są w pamięci bardzo emocjonalne. Tego się nie da nigdy oddzielić. Taka Weronika Szczawińska – jej teatr jest bardzo intelektualny. Ale na początku ćwiczymy jogę, to nie jest oderwane od serca. Weronika jest bardzo czujna na aktora, na siebie, na emocje.

A zaczynałaś od Anny Augustynowicz. O jej teatrze też się mówi, że to „schematyczne”...
Że schematyczne, formalne, intelektualne; że traktuje aktora jak instrument. Niektórych to totalnie zamyka. Ale mnie nie zamknęło. To był oczywiście proces, np. przy „Weselu” udało się to moje wariactwo, moją prawdziwość z ziemi, jak to mówię, swojskość, organiczność połączyć z melodiami z jej głowy. I przeprowadzić myśl. To jest warsztat, jak aktorowi uda się totalnie być w rytmie, żonglować brzmieniem – a jednocześnie przeprowadzić swojego diabełka, swoją motorykę ciała, swoją organiczność, chrypę, poczucie humoru czy zadziora.

W „Weselu” byłaś zaraz po szkole?
Zaraz po urodzeniu. Do dziewiątego miesiąca nielegalnie chodziłam na próby. Nie chciałam siedzieć w domu. Ankę kusiło nawet, żeby zrobić premierę w maju, żeby Panna Młoda była w ciąży. I mnie też bardzo to kusiło, myślę, że byłoby to zajebiste! Ale jak policzyła, że to byłby ósmy miesiąc, że jednak duże ryzyko, to powiedziała: „Marta, poczekamy do września”. Premierę grałam z cieknącymi piersiami. Pamiętam, jak w momentach podniecenia i emocji robiła mi się ta halka mokra. Na szczęście to trwało cztery godziny, mogłam biegać do garderoby ściągać mleko laktatorem, z garderobianymi chowałyśmy je do lodówki. Często w garderobie była też Jagoda. Malutka, kilkumiesięczna.

Czekała cztery godziny, aż mama skończy?
Czekała z tatą, z nianią, z moją koleżanką, z garderobianą. Różnie to bywało.

Twoja córka jest wychowana w teatrze?
Tak, totalnie. W Bydgoszczy to było tak, że już w ogóle nie chciała niani, tylko miała swój pokoik w garderobie. Od 18 do 22 siedziała z internetem. Tam zaczynała się uzależniać od youtuberów, vlogów i muserów. Niestety. Ale też wysyłała sygnał, że ją teatr interesuje, że chciałaby może kiedyś zagrać. Miała swoje ulubione spektakle. Bardzo dużo też obserwowała, co się dzieje w kulisach. Pokochała cały teatr. No i zagrała u Wodzińskiego, a teraz gra w „Dziewczynkach”. No i zaraz będzie showcase [w Nowym Teatrze – przyp. red.] i zagramy na nim razem, matka i córka! Jagoda gra „Dziewczynki” Gosi Wdowik, ja gram „Henriettę” Anny Smolar. To się może już nigdy nie powtórzyć!

Nie będziesz jej bronić, jak będzie chciała pójść do szkoły teatralnej?
Nie. Chciałabym, żeby była tym, kim chce być. I nie będę jej przeszkadzać w poszukiwaniach, ale absolutnie nie szukam jej pracy w teatrze ani filmie. Gosia Wdowik sama zadzwoniła, Wodziński szukał akurat do spektaklu dziewczynki. A Jagoda wcześniej już mówiła, że bardzo by chciała kiedyś zagrać, więc powiedziałam, żeby ją wzięli. Nudziła się jednak w tej garderobie.

To była ciężka przeprowadzka, z Wrocławia do Bydgoszczy?
Szalona, ciężka, pojebana. 1 stycznia 2015 jechałam z Gogołowa fordem ka z Jagódką, z chłopakiem. Spakowaliśmy się w cztery walizki do kolejnego mieszkania służbowego. Ja mam jakieś same totalnie hardcorowe przeprawy. Kraków–Szczecin–Wrocław–Warszawa–Wrocław–Bydgoszcz–Warszawa... ciekawe, co dalej.

Ale we Wrocławiu byłaś całkiem długo, prawie 6 lat.
Po dwóch czy trzech latach już się dusiłam. Bardzo szybko zaczęłam się tam dusić.

Miastem? Teatrem?
Zespołem najbardziej. Po dwóch latach wiedziałam, że chyba powinnam stamtąd spieprzać. Że się z nimi nie dogadam. Później wyjechałam na próbę mieszkać do Warszawy. Jagoda poszła do zerówki na Pradze. Mnie wtedy przeraziła Warszawa, nie widziałam tu dla siebie miejsca ani zespołu.

fot. Łukasz Saturczakfot. Łukasz Saturczak

To było w 2014 roku?
Wtedy dla mnie w Warszawie nie było jeszcze dobrze. Poczułam, że nie jestem gotowa, że wracamy do Wrocławia.

Rzuciłaś wtedy etatem?
Nie do końca. Marek Fiedor [dyrektor wrocławskiego Teatru Współczesnego od 2012 roku – przyp. red] czuł wtedy, że nie jest mi dobrze, że gdy mnie pyta, czy chcę tam być, to odpowiadam bez przekonania. Ale nie umiałam jeszcze rzucić etatem. W Warszawie pomyślałam sobie: dobra, wracam, może zacznę robić tam coś swojego, jakiś performans pierdolnę, może monodram [śmiech]. A może zacznę wysyłać sygnały, że chcę robić filmy… Generalnie – wracam do Wrocławia i zobaczymy, co będzie.

To było po „Kotlinie” z Agnieszką Olsten?
Tak, nie, później – to było po „Bramach raju”, których, kurwa, nienawidziłam – mogę to powiedzieć otwarcie, na szczęście mogłam z nich zrezygnować, gdy odchodziłam z etatu. Panu Passiniemu dziękuję za współpracę.

To był twój ostatni spektakl tam.
Tak. Dostałam telefon od Frąckowiaka, że powstaje nowy zespół, że fajnie, że Bydgoszcz. Ja powiedziałam: „Kurde, to może tylko przyjdę robić jakieś role, a nie na stałe?”. Na co Bartek: „Przyjdź, zobacz”. No i przyszłam robić „Murzynów” z Igą Gańczarczyk. I się zachwyciłam – tymi dziewczynami, tą pracą. Samym pomysłem, Igą, Dominiką Knapik. Cała koncepcja tego teatru totalnie mnie porwała. Więc mówię – jadę, dajcie mi ten etat, za te, kurde, dwa tysiące. I zobaczyłam stawki za wieczór – 200 zł. We Wrocławiu Meissnerowa [dyrektorka wrocławskiego Teatru Współczesnego w latach 1999–2012 – przyp. red.] w porównaniu do bydgoskich stawek nas rozpieszczała – dostawałam 450 zł za spektakl, a Fiedor tego nie zmienił. Ale pomyślałam sobie – jadę, chcą mnie tam, to jest wyzwanie, chcę się rozwijać, a Bydgoszcz to kolejny krok do pójścia dalej.

Byłaś tam krótko, ale dużo pracowałaś.
Sześć produkcji, totalnie różnych i rozwijających. W Bydgoszczy na tyle się wzmocniłam, że wymyśliłam pierwszy własny projekt. Anka Herbut pomogła mi go napisać, projekt miał tytuł „Dzika” i posłałyśmy go do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej na konkurs „Świeża Krew”. To się miało opierać na książce „Biegnąca z wilkami” Clarissy Estés, którą się zachwyciłam. Do realizacji wybrali dwa projekty – chłopaka prosto po szkole i nasz. Ale usłyszałam, po drodze, że ten projekt jest zbyt feministyczny. Poczułam, że to może jednak nie ten moment, nie to miejsce.

Chciałaś wtedy reżyserować?
Tak, chciałam spróbować stanąć po drugiej stronie. W te wakacje urodził mi się kolejny pomysł, zobaczyłam konkurs „Placówka” w Instytucie Teatralnym. Pomyślałam: no, to już jest gruby konkurs, budżet do stu tysięcy. Pogadałam o tym z Pawłem Mościckim i on powiedział: „Marta, to jest świetny pomysł, rób to, ja ci pomogę, pomogę ci napisać ten projekt”. Bo mi brakuje takiego pisarskiego warsztatu, a on świetnie pisze. I wysłaliśmy to. Drugi etap to był dla mnie szok, totalne nazwiska, Jakimiak, Sebastian Majewski, sami reżyserzy. A ja... no nic. 4 grudnia wchodzę do domu, zapomniałam już o tej „Placówce”, na nic nie liczyłam, bo moja głowa była totalnie gdzie indziej, a kolega mi pisze: „Gratuluję”. To dopytuję czego? „No wygrałaś”. No niemożliwe, ja? Ekstra. Eksplozja, radość, poryczałam się.

O czym to będzie?
O jodze, to tak najkrócej. Chodzę na jogę już 12 lat. Regularnie, nieregularnie, różnie to bywa. To nie tylko terapia fizyczna, chociaż taka też, bo miałam kontuzję kolana na studiach – zerwane więzadła, dwie operacje łękotki. A byłam zawsze bardzo sportowa! Grałam w podstawówce w ping-ponga.

Na Podkarpaciu?
Rodzice mnie na pianino zapisali, ćwiczyłam kilka lat, nawet mi dobrze szło, pierwszy nauczyciel był bardzo surowy i wymagający, ale drugi mnie dotykał, no.... To bardzo przykre, ale to było molestowanie, nie byłam wtedy świadoma, miałam 10 lat, czułam się strasznie i znienawidziłam te lekcje. Nie umiałam tego nikomu powiedzieć. Chciałam to odreagować chyba i poszłam w ostry trening, w ping-ponga. Stałam się bardzo silną chłopczycą. Odnosiłam sukcesy, grałam w II lidze. Wyparłam to na 20 lat. Uświadomiłam to sobie niedawno.

fot. Łukasz Saturczakfot. Łukasz Saturczak

Myślisz, że w polskim teatrze akcja #metoo jest w ogóle możliwa?
Przydałaby się wszędzie. Ale chyba nie mam siły teraz o tym mówić… to może temat na osobną rozmowę.

Wróćmy zatem do twojego projektu.
No więc zaczęłam się zastanawiać, kto pierwszy zaczął uczyć jogi w Polsce? Gdzie była pierwsza szkoła? Kto napisał pierwszy podręcznik do jogi w Polsce? I  trafiłam na postać Maliny Michalskiej. Była aktorką i tancerką. Założyła eksperymentalne studium gimnastyki tanecznej, doznała kontuzji kręgosłupa i po operacji wprowadziła do programu studium hatha-jogę. Jako pierwsza w Polsce dostała certyfikat od indyjskiej szkoły i napisała swój podręcznik, „Hatha-joga dla wszystkich”. To ona będzie zapalnikiem, punktem wyjścia, by mówić o sobie i o kobietach, które do tego projektu zaprosiłam, to Agata Siniarska i Maniucha Bikont. Bo ja, u mnie na wsi, zaczęłam ćwiczyć jogę do muzyki tradycyjnej, którą też się interesuję. Jeździłam nawet na Letnią Szkołę Muzyki Tradycyjnej. Joga jako źródło pracy nad rolą i muzyka tradycyjna jako prywatne źródło. Tekst będzie powstawał na bieżąco, w trakcie prób. Chcę zadać kilka pytań. Zapytać na przykład, dlaczego tak naprawdę praktykujemy jogę? Co w niej jest takiego pociągającego, uzależniającego? Dlaczego dziś prawie każda rozgrzewka w teatrze, choreografia opiera się na jodze – a nikt o tym na scenie nie mówi? Joga jako tajemna moc, przepis na szczęście, na sukces, na zdrowie, dlaczego?

Bo joga jest mocno lajfstajlowa, modna?
Tak, modna. Ale też trochę „magiczna”, trochę się o tym nie chce mówić, bo to jakiś New Age. Chcę to obnażyć i nie chcę się tego wstydzić. Chcę mieć trochę dystansu też i się z tego pośmiać. Poznałam już parę systemów jogi, teraz praktykuję kundalini. Mega mnie jarają te różnice, to, w jakich momentach przychodzą w życiu, czym się od siebie różnią, badam to.

I czym wyróżnia się ta akurat joga?
Lepiej nie wchodźmy w ten temat... Ćwiczy się z zamkniętymi oczami, ze wzrokiem skupionym na trzecim oku, to po pierwsze.

Aha...
Po drugie, tam jest bardzo dużo śpiewu. W „Malinie” chciałabym może nie śpiewać mantr indyjskich, tylko śpiewać mantry polskie? O Zosi, która poszła po wodę i może spotkała tam Boga, a może się martwi, czy jej ziemniaki obrodzą. Co to jest mantra? Chciałabym stworzyć nową jogę, naszą, która się będzie nazywać „malina”. Może uda nam się z Agatą i Maniuchą stworzyć nowy system [śmiech]. Chcę, żeby każdy element – scenografia, światła, wideo – był wynikiem pracy kolektywu. Ja w ogóle nie mam doświadczenia reżyserskiego, ale mam doświadczenie kilkunastu lat pracy w teatrze, więc wierzę, że uda nam się stworzyć grupę, że wszyscy będziemy autorami. Premiera 8 listopada w Instytucie Teatralnym, mam czas, żeby się przygotować.

Twoja dotychczasowa najbardziej kolektywna praca to „Kantor. Downtown”?
Co ty... Zrobiłam dużo mniejszych szalonych projektów performatywnych. Np. na PPA dwa projekty, jeden był totalnie popieprzony – z Marysią Dąbrowską. Tytuł brzmiał „Kobiety zagrożone niskimi świadczeniami emerytalnymi”, pracowałyśmy tam razem z Dominikiem Strycharskim. I to była bardzo kolektywna praca. Później „Henrietta Lacks” z Anią Smolar – to też było bardzo kolektywne w sumie.

Choć tam akurat była jedna reżyserka...
Tak, ale pierwszy raz w życiu dostałam tantiemy za scenariusz. Właśnie po obejrzeniu „Kantor. Downtown” Anka przyszła do mnie i powiedziała: „Marta, ja sobie uświadomiłam, że aktorzy są u mnie autorami i od teraz wpisuję wszystkich jako autorów tekstu”. No i za „Henriettę” mam tantiemy, zostałam aktorką-autorką. Dostałam w lutym 54 złote – czy to nie jest osiągnięcie?