Pogański świt

5 minut czytania

/ Film

Pogański świt

Piotr Mirski

„W oparciu o przyszłe wydarzenia” – głosi komunikat rozpoczynający „Wieżę. Jasny dzień”. Szelc wieszczy koniec świata, jaki znamy

Jeszcze 1 minuta czytania

Urbanistyczna mozaika i mroczny ambient. Unosząca się wysoko nad ziemią kamera odnajduje samochód, który sunie po jezdni, aż wreszcie opuszcza miasto i zagłębia się w las. Skojarzenia z „Lśnieniem” Stanleya Kubricka są jak najbardziej na miejscu. Świat emanuje aurą niesamowitości, w powietrzu zdają się tłoczyć zastępy duchów. Na tylnym siedzeniu, wciśnięta pomiędzy dwójkę śpiących dzieci, siedzi Kaja. Jest pogrążona w transie, wsłuchana w otaczające ją zewsząd wibracje i podprogowe głosy. Nagle muzyka cichnie, a wszystko wokół staje się zwyczajne i trzeźwe. Jesteśmy w królestwie Muli.

Film Jagody Szelc to opowieść o dwóch siostrach. Mula, ta starsza, jest matką, żoną i członkinią katolickiej wspólnoty. To nie tak, że siłą wepchnięto ją w ten typowo polski schemat; ona lubi schematy, lubi, kiedy jej życie pozostaje poddane ścisłym regulacjom. Natomiast Kaja jest współczesną dzikuską, niepotrafiącą funkcjonować w społeczeństwie, ale wygodnie czującą się na łonie przyrody, pośród lasów, pól i rzek, z którymi łączy ją magiczna więź. Fundamentalną różnicę między tymi dwiema kobietami podkreśla wymyślny tytuł filmu: „Wieża. Jasny dzień”. Cywilizacja i świat. Struktura i kolej rzeczy. Mula i Kaja. Wcielające się w nie aktorki – odpowiednio Anna Krotoska i Małgorzata Szczerbowska – są skontrastowane już na poziomie sylwetki: pierwsza jest dość postawna, a druga szczupła. Obie mają przy tym coś podobnego w twarzach, jakąś pewność, która wyzywająco wyostrza rysy. To oczywiste, że spotkanie sióstr będzie burzliwe.

Przez wiele lat Kaja przebywała na tajemniczym wygnaniu, może w szpitalu psychiatrycznym, a może więzieniu. W tym czasie Mula zajmowała się jej córką Niną, udając przed nią prawdziwą matkę. Teraz Kaja przyjeżdża do położonego na prowincji domu siostry, aby razem z całą rodziną świętować pierwszą komunię dziewczynki. To taki eksperyment. Szansa dla czarnej owcy. Oczywiście musi przestrzegać szeregu zasad, z których najważniejsza brzmi: nigdy, przenigdy nie mów Ninie, kim jesteś. Mula usilnie próbuje kontrolować sytuację. Jednakże Kaja po cichu, ale systematycznie wprowadza chaos w jej stabilną egzystencję.


W „Wieży. Jasnym dniu” ścierają się dwie diametralnie różne konwencje, ilustrując narastający konflikt osobowości. Konwencją przypisaną Muli jest cechujące się dokumentalnym realizmem kino obyczajowe. Roztrzęsiona kamera, naturalne światło i powszednie rekwizyty. Sceny z życia rodzinnego: posiłki, spacery i rozmowy, poświęcone pierdołom i ciągnące się w nieskończoność. W magmę codzienności wbijają się klinem wizyjne wstawki, w których dochodzi do głosu wrażliwość Kai. Czasem są to momenty, kiedy obserwujemy akcję z jej perspektywy, tak jak w początkowej sekwencji podróży samochodem. Innym razem mistyczne przeczucia udzielają się Muli, która śni o psie grzebiącym wściekle w ziemi lub drzewie wybuchającym chmurą czarnego dymu. Wraz z rozwojem fabuły także inne postacie ulegają oddziaływaniu Kai. Wreszcie dochodzi do masowego przebudzenia: upada wieża i nastaje jasny dzień. Ta wolta budzi skojarzenia z finałem „Świętej góry” Alejandro Jodorowsky'ego, w którym bohaterowie dowiadują się, że są aktorami w filmie, po czym cudownie wyzwoleni opuszczają plan zdjęciowy.

„Wieża. Jasny dzień”„Wieża. Jasny dzień”, reż. Jagoda Szelc. Polska 2017, w kinach od 23 marca 2018 „W oparciu o przyszłe wydarzenia” – głosi komunikat rozpoczynający „Wieżę. Jasny dzień”. Szelc wieszczy koniec świata, jaki znamy. Naczelnym symbolem starego porządku jest dla niej Kościół katolicki, z którym zamaszyście rozprawia się także ubiegłoroczny „Pokot” Agnieszki Holland. W „Wieży. Jasnym dniu” komunia jawi się jako przykry i żałosny cyrk. Wymoczkowaty ksiądz w trakcie przygotowań krzyczy na niesforne dzieci, nie potrafiąc zapanować nad nimi siłą swojego autorytetu, a kiedy prowadzi ceremonię, duka wyuczone formułki, najwyraźniej niepewny co do ich mocy. Do tego raz po raz wracają obrazy powleczonego folią ołtarza, który wygląda jak muzealny eksponat, pieczołowicie chroniony przed destrukcyjnym działaniem czasu, ale definitywnie przynależny do przeszłości.

„Wieża. Jasny dzień” jest utworem bliźniaczym względem „Hardkor Disko” Krzysztofa Skoniecznego. Oba są debiutami; oba przywołują figurę trickstera, którego powołaniem jest rozwalić system; oba są pełne celowych niedopowiedzeń, mających stymulować widzów do snucia własnych interpretacji. Jeśli jednak „Hardkor Disko” stanowi zaledwie zlepek buńczucznych haseł, klisz i efekciarskich chwytów, to „Wieża. Jasny dzień” może służyć za wzór młodego, radykalnego kina artystycznego. To film osobny i prowokacyjny, a przy tym nieupozowany, odznaczający się naturalnością żywiołów i snów.