Słowa mimo wszystko

Jakub Zgierski

W 1945 roku wojna się skończyła, Christine Lavant znów zaczęła pisać. Spod jej odblokowanej ręki wyszło kilkadziesiąt stron prozy gęstej i czarnej jak smoła. „Zapiski z domu wariatów” – książka niepozorna i genialna

Słowa mimo wszystko

Jeszcze 4 minuty czytania

Słowa mimo wszystko

Gdy Christine Lavant siadała do „Zapisków z domu wariatów”, miała za sobą 30 lat życia naznaczonego biblijnymi cierpieniami. Przyszła na świat w 1915 roku w odciętej od świata dolinie Lavanttal jako dziewiąte dziecko w ubogiej rodzinie górniczej i zaraz po urodzeniu zachorowała na skrofulozę z owrzodzeniem wysiękowym, która spowodowała częściową utratę wzroku. Później przyszła gruźlica płuc i bronchit, a także zapalenie nerwu i nieleczone zapalenie ucha środkowego, które spowodowało jednostronną, całkowitą utratę słuchu. Dopiero w wieku 12 lat, gdy jej stan uległ pogorszeniu, została poddana terapii silnym promieniowaniem rentgenowskim, które wyleczyło skrofuły i gruźlicę, ale pozostawiło głębokie blizny. Zahukana, chuda, często głodująca, cierpiąca na bezsenność i depresję. Outsiderka, obiekt przemocy i szyderstw rówieśników w szkole, którą i tak porzuciła, bo miała do niej za daleko. Miejsce formalnej edukacji zajęła w jej życiu autodydaktyka, szydełkowanie i pisanie. W 1933 roku opublikowała swój pierwszy wiersz w „Unterkärntner Nachrichten”, regionalnej i – z historycznej konieczności – antysemickiej gazecie, redagowanej przez przyszłych członków NSDAP. Napisała też powieść autobiograficzną, którą w 1935 roku wysłała do wydawnictwa Leykam. Po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi porzuciła pisanie, zniszczyła manuskrypt, a następnie postanowiła zniszczyć siebie, łykając garść proszków nasennych. Skończyło się na strachu – a właściwie: na lęku przed szaleństwem, który skłonił Lavant do udania się na 60-kilometrową (w linii prostej), pieszą wyprawę przez górskie przełęcze do „przytułku dla obłąkanych” w Klagenfurcie – instytucji stosującej między innymi leczenie syfilisu malarią, a więc dokładnie tak mrocznej, jak to sugeruje czas i miejsce opowieści. Lavant opuściła jej mury po sześciu tygodniach – dokładnie 30 listopada 1935 roku – unikając tym samym losu 1500 pacjentek i pacjentów, których zamordowano po 1940 roku, gdy „leczenie” zmutowało w regularną eksterminację. To oznacza, że ludzie sportretowani w „Zapiskach” – a przynajmniej część z nich – stali się późniejszymi ofiarami Zagłady.

Christine Lavant, „Zapiski z domu wariatów”Christine Lavant, „Zapiski z domu wariatów”. Przeł. Małgorzata Łukasiewicz, Ossolineum, 140 stron, w księgarniach od października 2017W 1945 roku wojna się skończyła, ucisk w gardle zelżał, a chmura, która wisiała nad jej rodzinną alpejską wsią, wreszcie się rozwiała. Christine Lavant znów zaczęła pisać. Spod jej – nagle odblokowanej – ręki wyszło kilkadziesiąt stron prozy gęstej i czarnej jak smoła, ulepionej ze wspomnień z jesieni 1935 roku. To były właśnie „Zapiski” – książka niepozorna i genialna. Niepozorna, bo skupiona na tym, co najbardziej osobiste i ulotne. Genialna, bo stanowiąca – właśnie dzięki tej bliskiej perspektywie i przesterowanej wrażliwości – rodzaj sejsmograficznego zapisu Zagłady, która jednocześnie nadchodzi (w świecie powieści) i już jest dokonana (w świecie piszącej autorki).

Choć to nie jest najbardziej oczywista teza – że „Zapiski” są o Zagładzie. Po pierwsze, Lavant nie wychodzi w tekście poza ściany przytułku i nie przywołuje z imienia żadnych wydarzeń historycznych – zamiast tego konsekwentnie skupia spojrzenie na kilku salkach i korytarzach, tkwiących w cichym czasie sprzed apokalipsy. Po drugie, nie bardzo wiadomo, jaką wiedzą o Zagładzie dysponowała Lavant jesienią 1945 roku. W posłowiu do amerykańskiego wydania książki Ursula Schneider i Annette Steinsiek spekulują wręcz, że autorka zrezygnowała ostatecznie z publikowania „Zapisków”, bo poznała prawdę o Zagładzie dopiero po ich napisaniu i uznała swoją opowieść za zanadto osobistą, a w konsekwencji nieadekwatną. To by jednak oznaczało, że autorka była – w najgorszym razie – przekonana o niepokojącej bliskości swojej relacji do doświadczenia Zagłady. Niepokojącej tym bardziej, jeśli nieplanowanej. Niepokojącej tym bardziej, jeśli objawiającej się nie wprost, zaledwie jako znajome echo, jako seria drażniących powidoków, które pozostają w głowie po lekturze – takich jak mydło i rzędy pryszniców w zbiorowej umywalni:

Jazda, szybko, mamy jeszcze co innego do roboty. […] Drzwi zostawiono otwarte, wszystkie stały wokół i nie pozostało mi nic innego, jak tylko samej zamknąć oczy. […] Zużyłam mnóstwo mydła, aż siostra Friedel orzekła, że już z tego powodu jestem za kosztowna dla zakładu.

Rzędy prycz:

Szczapę, która zajmowała drugie łóżko ode mnie po prawej i cały czas krzyczała […], rano w agonii przeniesiono do pokoiku przy klozetach, gdzie w końcu skonała samotnie, na niskich marach. […] Moją pierwszą myślą było: czy odziedziczę po niej łóżko?

Pasiaki i korytarze:

Uczeszę ci te gęste ciemne włosy, poprawię ci okropną zakładową bluzę na szczupłej kibici i będę z tobą chodziła po korytarzu grozy w tę i z powrotem.

I – przede wszystkim – ciała:

Zawsze tylko obmacuje zaropiałymi palcami spustoszoną twarz, jakby czegoś szukała.

Karmiona jest rurką przez nos, bo rzekomo postanowiła się zagłodzić. Wygląda jak szkielet.

Ryczy jak zwierzę: „Dajcie mi umrzeć, na miłosierdzie boskie dajcie mi umrzeć. Na mękę Chrystusa, zabijcie mnie!!” Całe jej ciało wije się przy tym, wygląda, jak gdyby chciała unieść i złożyć ręce, a nie może.

Jeśli zdecydujemy się pójść za tym niepokojącym echem i odczytać te (i inne) fragmenty jako metonimie, uderzy nas konsekwencja, z jaką Zagłada – w szerokim rozumieniu, wraz ze swoimi kulturowymi kontekstami – organizuje, jako „kluczowe zdarzenie traumatyczne”, sensy „Zapisków”. Nie bez powodu Thomas Bernhard nazwał dzieło Lavant „świadectwem zniszczonego świata”. W końcu 60-kilometrowa podróż Lavant z konserwatywnej, odciętej od świata, pełnej małżeństw wsobnych i dziedzicznych chorób genetycznych austriackiej wsi do instytucji wdrażającej rasową czystość – była podróżą do jądra współczesnej ciemności. Ciemności, która musiała przeniknąć przez nadwrażliwą, poranioną skórę Lavant. I która niemal zepchnęła narratorkę „Zapisków” w otchłań obłędu:

O mój Boże, czyżbym już przekroczyła granicę? […] Jakaś obłąkana wyśpiewuje bzdury: „A e i o u czym będę jutro? […] A e i o u ogarnęło mnie ze wszystkich stron i byłam już jak szumiący las… Ale zamknęli mi okno, zamknęli je ciężkimi czarnymi skrzydłami.

 „A e i o u” to – jak podaje w przypisie Małgorzata Łukasiewicz – „symbol potęgi imperium habsburskiego, akronim rozszyfrowywany m.in. jako «Alles Erdreich ist Oesterreich untertan» (cała ziemia poddana jest Austrii)”. Inna z opisanych przez Lavant pacjentek krzyczy, regularnie, co godzinę: „Przeklęta Austria! Przeklęty car Rosji!”. Lavant pozostawia wiele takich historycznych tropów. Ponownie – nie widzę powodu, aby uznać je za przypadkowe ozdobniki. Zbyt wiele sensów odnajduję, traktując je właśnie jako tropy, prowadzące wprost ku źródłom zła przedstawionego w „Zapiskach”, ku owemu jądru ciemności. Co można odnaleźć, idąc ich śladem? A chociażby taką frazę: „Często dochodzi do zawziętych wojen. A wszystko zaczęło się od tego, co nazywamy miłością”.

Od Hölderlina do Houellebecqa

Lavant opisuje świat powoli dogasający, pogrążający się w mroku, ale jeszcze nie całkowicie ciemny. Ostatnim źródłem światła jest w „Zapiskach” postać doktora, który w kochających oczach narratorki urasta do rangi imponującego, świetlistego bóstwa, łączącego bożą iskrę z oświeconym umysłem. Jego głos „godzi prosto w serce”. Otacza go „szczególny, uroczysty nastrój”. To lekarz-Bóg lub przynajmniej lekarz-kapłan religii rozumu. Narratorka domaga się od niego czułości. Powtórzenia gestu, którym kiedyś odpowiedział na jej akt wiary:

[Kiedy] zdecydowałam się na kurację w zakładzie, zawołał prawie uradowany: „Brawo! To bardzo rozsądnie z pani strony”. […] Położył mi duże dobre ręce na ramionach, byłam przy nim mała jak dziecko […] Poczułam na czole miękki, ciepły i tak strasznie ojcowski dotyk jego warg.

Ale teraz Bóg-lekarz milczy. Wymyka się. Rozczarowuje. Do kolejnego pocałunku potrzebuje już sterylnej maseczki:

Wyglądał teraz jak ktoś, kto w masce przeciwgazowej wyrusza na wojnę. Potem mnie pocałował […] i tym samym wymazał piękne Wtedy.

Postać lekarza w oczywisty sposób odsyła nas do tradycji oświeceniowej, ale Lavant rozsiewa również tropy, które kierują nas w stronę tradycji romantycznej. Autorka przywołuje wprost Goethego i Schopenhauera, ale także reprezentantów późnych, synkretycznych form romantycznej metafizyki, takich jak antropozofia, teozofia i transcendentalizm (Rudolf Steiner i Annie Besant). Wszystkie te „budujące praktyki duchowe” stają się w oczach narratorki podejrzane. Paradoksalnie: zbójeckie. Deklaruje, że „nie ma zamiaru czytać Wilhelma Meistra” i zaleca „ostrożność z książkami”:

Arno w zabawie podobno wciąż mówi do siebie: „Rudolf Teiner tak powiada i Rudolf Teiner tak powiada. Mama, Budda, nie buda, prawda…?” Peter […] wiecznie sprowadza do domu antropozofów i buddystów, i gadają tylko o takich sprawach.

Duch i rozum łączą się w świecie „Zapisków” w jedno gasnące światło, w jeden i ten sam przywilej przynależny dobrze sytuowanym mężczyznom, w jedno narzędzie opresji skierowane przeciwko kobietom, biedakom, chorym. Pracownicy szpitala obmacują półprzytomne pacjentki, komisje lekarskie sugerują leczenie poprzez „znalezienie sobie przyjaciela”, albo też „wzięcie się do poważnej pracy”. „Widzi pan, kolego” – mówi z kolei jeden z nich – „do czego to dochodzi, jak każdy górnik upiera się posyłać dzieciaki do szkół”. Lavant konfrontuje ciche losy biedaczek – takich jak Beta, która musiała co chwila rezygnować z pracy jako służąca ze względu na „chętki mężów jej chlebodawczyń” – z pysznym idealizmem:

Mało nie parsknęłam śmiechem na samo wyobrażenie, że Beta, oprócz wszystkiego, co ma do zrobienia, miałaby się jeszcze budować duchowo. Jak gdyby to jej było potrzebne!

Lavant nie była jednak zdolna do radykalnej negacji, do Bernhardowskiego pójścia „w całkowicie przeciwnym kierunku”. Wprawdzie – jak wiemy z przekazów biograficznych – wolała wina bałkańskie od rieslinga, a od mszy Beethovena – muzykę turecką, ale swoją poezję budowała w oparciu o chrześcijańskie symbole: chleb, gołębie, ryby, wino. Z Bogiem wadziła się z pozycji głęboko religijnej wieśniaczki z Lavanttal, oddanej ziemi, żywiołom, duchom rodzinnej doliny.  Z pozycji uczennicy Rilkego i miłośniczki Hamsuna, która w przeciwieństwie do swojego norweskiego mistrza, na swoje nieszczęście, zrozumiała, że błogosławieństwo ziemi w ciągu kilku lat zamieniło się w klątwę. To postawiło ją na granicy starego i nowego, a z „Zapisków” uczyniło jedno z najbardziej dramatycznych ćwiczeń literackich XX wieku. To poezja kryzysu. Literatura liminalna, stojąca w punkcie szczytowym, z którego – jeśli spojrzeć wstecz – widać kierujące się zawsze ku górze krajobrazy oświeconego romantyzmu, a jeśli spojrzeć w przód – zniżające się ku nizinom i przepaściom, zarośnięte ścieżki ponowoczesnego nihilizmu. To drugie spojrzenie – w dal przyszłości – jest u Lavant nie mniej przenikliwe od pierwszego, skierowanego wstecz. Nie ulega dla niej wątpliwości, że „sztuczne światło, wokół którego tańczymy jak ćmy” stopniowo przykryje mrok:

Jego nic nie poruszy, czuję to, dawno już zapomniał, że jestem tutaj, a razem ze mną czoło, przez niego dotknięte i obłąkane.

Ta wizja wydrążonej, ponowoczesnej duszy, którą Lavant spisała w 1945 roku, uderza podobieństwem do tego, co znamy aż za dobrze z dzisiejszej prozy:

Wszystko jest niepewne. Wszystko zmienia się z chwili na chwilę, każde odniesienie jest dwoiste i stale skręca od rzeczywistości w nierzeczywistość.

Przenikliwe spojrzenie Lavant sięga jednak jeszcze dalej. Autorka zdaje się szukać dla nas pocieszenia – w upływie czasu: „To przejdzie, człowiek nie może wiecznie płakać”. We własnym ciele: „Będę mogła nocą otulić się zwykłym zapachem własnych umytych ramion, to więcej niż kiedykolwiek było mi dane”. W czułości: „Był tu Anus i rzuciłam mu się na szyję. Każda twarz rodem z domowej biedy musiała wydać się darem niebios”. I wreszcie, rzecz jasna, w literaturze:

Proszę tylko posłuchać: Deszcz szemrze niczym łagodny śpiew. Chroni mnie chata osłonięta od wiatru. Ustrzegłam serca w piersi, o chmuro, niechaj szemrze, niech pada… Czy to nie wspaniałe…? […] Jak pani sądzi? Czy to nie przynosi ulgi, nie daje ukojenia?!

Odpowiedź brzmi: nie.

Wpada się w straszny kicz, gdy się jest sam na sam ze sobą i chce odpocząć od wszelkich wysiłków natury wewnętrznej.

Pisanie nie ma pocieszać. Pisanie ma być – tak jak w przypadku „Zapisków” – rzucaniem kamieniami:

Zapisuję to zwyczajnymi słowami, zapisuję, jakby to nie było nic szczególnego, a właściwie powinna bym rozwalić te ściany i kamień po kamieniu ciskać w niebo, ażeby sobie uprzytomniło, że ma jakieś obowiązki także tu na dole.

Siła Lavant płynie stąd, że jest gotowa w swoim pisaniu „ponieść wszystkie konsekwencje aż do końca”. To oznacza nie tylko odwagę spojrzenia w nagie twarze szalonych biedaczek, opuszczonych przez XIX-wiecznego Boga Ojca, ale także gotowość skonfrontowania się z nim samym, kiedy „przechadza się lasem i pozwala się opiewać w domu wariatów”. Lavant nie boi się ostatecznie „zdać na ducha”, choć jest to dla niej duch wrogi. „Będziesz musiał na mnie popatrzeć” – pisze. „Zobaczyć taką, jaka tu jestem, w pasiastym zakładowym uniformie do kostek”.