Vernon: nowa nadzieja
© Grasset

28 minut czytania

/ Literatura

Vernon: nowa nadzieja

Jerzy Franczak

Despentes nie zadowala się ani pomstowaniem na system wyzysku, ani jego krytycznym oglądem. Fantazjuje o jakiejś zbiorowej subwersji, o partyzantce, która pozwoliłaby wyjść z wyobcowania

Jeszcze 7 minut czytania

Virginie Despentes jest na fali. Jej książki osiągają zawrotne nakłady, mnożą się komentarze i tłumaczenia na języki obce, pisarka udziela setek wywiadów, a ostatnio nawet przyjęła zaproszenie Akademii Goncourtów i dołączyła do tego nobliwego grona, co w świecie literatury francuskiej stanowi akt nobilitacji na żyjącego klasyka. Wszystko to stało się za sprawą publikacji dwóch pierwszych tomów „Vernona Subutexa” (2015). To dzięki tej powieści – mimo iż wciąż nie znamy jej zakończenia – Despentes przestała pełnić funkcję etatowej skandalistki, przedstawicielki literatury trash i „trzeciofalowej pisarki feministycznej”. Teraz porównuje się ją… do Balzaka. To porównanie oddaje przede wszystkim nieśmiertelne tęsknoty czytelników i krytyków, ale i w samym pisarstwie Despentes coś się zmieniło; ewidentnie postanowiła wyjść z roli, którą odgrywała przez ostatnie dekady.

Przez dwadzieścia lat pracowała na inną sławę – sławę skandalistki. W zdobyciu rozgłosu pomógł jej skandal obyczajowy związany z publikacją „Baise-moi” („Zerżnij mnie”, 1993), a zwłaszcza szokującą ekranizacją tej powieści (film znany w Polsce jako „Gwałt” z 2000 roku). Mainstreamowe media, jak wiadomo, uwielbiają postacie charyzmatycznych artystów z barwną przeszłością. Poczęły więc powielać wizerunek bezkompromisowej buntowniczki, na który składały się punk rock i epizod prostytucji, skandalizujące książki i brutalne kino, a także charakterystyczny image dziewczyny z rock bandu, na przekór czasom wciąż wiernej dawnym ideałom. Do tego dochodził komponent feministyczny; bohaterkami jej prozy były nierzadko dziewczyny z przedmieść, mieszkanki banlieues stykające się na co dzień z przemocą i groźbą gwałtu, z prostytucją i stręczycielstwem, stawiające czoła wielorakiej marginalizacji. Wizerunek „mądrej suki” (to tytuł jednej z powieści – fr. „Les Chiennes savantes”), przedstawicielki „proletariatu kobiecości”, budowała też sama autorka, powtarzając, że pisze w imieniu wszystkich kobiet, którym odmówiono głosu: „brzydkich, starych, schłopiałych, oziębłych, niedorżniętych, pasztetowych, histeryczek, steranych”.

Born to be wild

Przychodzi na świat w Nancy jako córka listonosza i gospodyni domowej. Jej ojciec jest mocno zaangażowany w działania CGT (Confédération Générale du Travail), czyli związku zawodowego walczącego o prawa pracownicze, i zabiera córkę na zgromadzenia, w wyniku czego już jako dwulatka śpiewa „Międzynarodówkę”. Wejście w nastoletniość przynosi szereg doświadczeń, które formują jej osobowość: ponadroczny pobyt w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, ucieczka z domu, włóczęga, liczne zatrzymania i pobyty na komisariatach policji; krótka kariera wokalistki zespołu Bérurier noir, intensywne życie w środowisku punków i anarchistów, dorywcze prace, dokuczliwa bieda i alkoholowy nałóg; dwuletni epizod prostytucji w salonach masażu i peep shows, wreszcie praca recenzentki filmów pornograficznych. To doświadczenie radykalnie odmienne od tego, które stało się udziałem sławetnych bobos (bourgeois-bohème) z początku lat 90., którzy zabawę w undergroundowych klubach łączyli ze studiami i planowaniem kariery zawodowej – udatnie sportretował w swoich powieściach Michel Beigbeder. Młodość Virginie Despentes upływa pod znakiem ryzykownej przygody i bezustannej transgresji.

Ale jej debiut literacki wiąże się z innym spośród tych wczesnych doświadczeń, najbadziej traumatycznym. Chodzi o gwałt, którego ofiarą padła w wieku siedemnastu lat, kiedy wraz z przyjaciółką wracała autostopem z koncertu w Paryżu. Gdy po latach wróci do tych przeżyć w eseju „Tej grzesznej kobiety nie da się zgwałcić” (z tomu „Teoria King Konga”, 2006), najbardziej zastanawiać ją będzie sposób, w jaki stygmatyzuje się zgwałconą kobietę jako „towar felerny, skalany”. „Jedyną tolerowaną reakcją na zgwałcenie – napisze – jest zwrócenie agresji przeciwko sobie”. Ona sama jednak postanawia inaczej skanalizować swój gniew – destyluje z niego jadowite oskarżenie całej patriarchalnej kultury. W swojej debiutanckiej powieści opisuje losy dwóch zgwałconych dziewcząt, które mszczą się na całym społeczeństwie, przemierzając Francję i mordując przypadkowo napotkane osoby. Ten debiut wpisuje się w nurt nowej literatury kobiecej, z którym kojarzy się nazwiska Christine Angot, Marie Darrieussecq, Catherine Millet czy Marie NDiaye. Ale dopiero ekranizacja tej fabuły, wyreżyserowana przez samą autorkę, wywołała prawdziwy skandal, a nawet reakcję francuskiej cenzury (pierwszą od kilkunastu lat), która nakazała wycofać obraz z dystrybucji kinowej.

Reakcja części publiczności oraz urzędu kontroli widowisk wiązała się z domniemaną pornograficznością filmu. W istocie „Baise-moi” opowiada bardzo prostą historię, opracowaną już wielekroć w rozmaitych wariantach. Nadine i Manu spotykają się zaraz po tym, jak popełniły pierwszą zbrodnię (jedna udusiła współlokatorkę, a druga zastrzeliła złodzieja). Wspólnie wyruszają w podróż znaczoną przygodnymi relacjami seksualnymi i trupami przypadkowych ofiar. Tragiczny finał tej historii, w którym jedna z bohaterek ginie, a druga zostaje aresztowana, nie stanowi fabularnej niespodzianki. Novum tej powieści sytuuje się gdzie indziej. Estetyka kina drogi i rozliczne filmowe skojarzenia (Thelma i Louise, Mickey i Mallory z „Urodzonych morderców”) zostają zaprzężone do pracy krytycznej, której stawką jest oskarżenie świata zdominowanego przez mężczyzn, w którym kobiety wystawione są na nagą przemoc i kulturową opresję. Ale Despentes idzie dalej i kreuje postaci kobiece totalnie wyzwolone z systemu nakazów i zakazów, podległe wyłącznie rozbudzonym instynktom: pożądaniu, nienawiści, pragnieniu wolności. Dla strażników moralności nie do zniesienia okazała się para dziewczyn, które rekompensują doznaną krzywdę wyborem absolutnej swobody i straceńczym pędem ku śmierci. „Baise-moi” okazało się rodzajem eksperymentu. Jego wynik mimo wszystko może dziwić, zważywszy na fakt, że kultura wyprodukowała dziesiątki podobnych postaci męskich – tych wszystkich kochanków wolności, born to be wild, z którymi nikt nie ma większego problemu.

Kolejne dłuższe prozy rozwijały problematykę zaznaczoną w debiucie. „Les chiennes savantes” („Mądre suki”, 1996), nawiązująca przewrotnie tytułem do „Les Femmes savantes” Moliera (w polskim przekładzie „Uczone białogłowy”), rozgrywa się w Lyonie, na jednym z trzech miejskich wzgórz zwanym Les pentes de la Croix-Rousse, na którym przez kilka lat mieszkała sama pisarka i do którego nawiązuje jej pseudonim artystyczny. Znowu pojawia się para bohaterek: Lucie, striptizerka z peep-show, która zakochała się w niewłaściwym mężczyźnie, oraz niejaka Hiena, prywatna detektyw, która nie przebiera w środkach… Ale ważniejsza od intrygi, rozwijanej w konwencji czarnego kryminału, pozostaje tutaj seria portretów kobiet, które próbują na różne sposoby znieść poniżający spektakl erotycznych pokazów i zbliżeń. W „Les jolies choses” („Ładne rzeczy”, 1998; adaptacja filmowa w reżyserii Gilles'a Paquet-Brennera z 2001) Despentes również uruchamia podobny mechanizm: para bohaterek plus obłędna podróż przez zamknięty światek, w którym króluje zepsucie i perwersja.

W „Bye Bye Blondie” (2004; autorska adaptacja filmowa z 2012) też mamy dwie postacie. W powieści są nimi Gloria – była punkówa i alkoholiczka, podobnie jak sama pisarka zamknięta przez rodziców w szpitalu psychiatrycznym – oraz Éric, znany prezenter telewizyjny. Łączy ich szalona młodość, dzielą zupełnie różne wybory życiowe. W wersji filmowej Érica zastępuje niejaka Frances, gwiazda telewizyjnego show. To znacząca korekta, zapewne po raz kolejny powiązana z życiem pisarki, która w wieku trzydziestu pięciu lat zakochuje się w kobiecie i deklaruje, że jest homoseksualistką. Po kilku latach spędzonych z partnerką w Barcelonie wraca do Francji i angażuje się w walkę o prawa środowisk LGBT. W tym czasie ogłasza drukiem „Apocalypse bébé” (2010), historię dwóch kobiet (znowu!) prowadzących śledztwo w sprawie zaginięcia nastolatki. Trop wiedzie z Paryża do Barcelony i z powrotem, a rozwiązanie zagadki wydaje się (znowu!) mniej istotne od obyczajowego i psychologicznego detalu.

Tym, co napędza pisanie Despentes, pozostaje poczucie krzywdy i bunt oraz przekonanie, że przeciwnika nie da się łatwo pokonać. Stąd nawroty tematów, skłonność do brutalizacji języka i opisywanych historii, uporczywie trzymanie się narracyjnych schematów. „Bye Bye Blondie” przynosi kolejne powtórzenie, ale trudno nie zauważyć pewnej różnicy. Otóż pierwszoosobowa narracja przerywana jest rozdziałami pisanymi w trzeciej osobie, przedstawiającymi sylwetki drugoplanowych postaci – rodziny, przyjaciół, napotkanych osób. Właściwą materią tej opowieści stają się rodzinne sekrety, życiowe frustracje, stracone złudzenia, zaprzepaszczone marzenia… Różnica niby drobna i techniczna, a jednak istotna, bowiem z tej właśnie materii i w ten właśnie sposób Virginie Despentes ulepiła monumentalnego „Vernona Subutexa”.

Ludzka komedia

Skojarzenia z Balzakiem, o których wspomniałem na początku, odsłaniają życzeniowe myślenie francuskich czytelników i krytyków. Zgodnie z tą analogią, planowana trylogia powieściowa miałaby przynosić coś w rodzaju epickiego fresku, który przedstawia rozmaite gatunki społeczne naszej epoki. Choć wydaje się to mocno naciągane, jedno się zgadza: „Vernon” oferuje bogatą galerię postaci – na tyle bogatą, że tom drugi otwiera krótkie zestawienie bohaterów, niczym w początkowych partiach didaskaliów. Postaci zjawiają się na powieściowej scenie, by włączyć się w niby-kryminalną intrygę, ale też po to, by opowiadać o swoim życiu i wygłaszać tyrady o dzisiejszych czasach. Despentes pozwala im snuć te wewnętrzne monologi, pozwala im poddać się emocjom, aż niekiedy, w ferworze nienawiści, gniewu, miłości lub pożądania, przecinki znikają i potok mowy zmienia się w strumień świadomości. Jednak potem autorka zaprasza czytelnika do nabrania dystansu, do oglądu sytuacji z innej (cudzej) perspektywy. Traktuje swoich bohaterów bez litości, z ostrym krytycyzmem, ale i z empatią, a nawet odrobiną czułości.Virginie Despentes, „Vernon Subutex. Tom 2”. Przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Otwarte, 376 stron, w księgarniach od 9 września 2016Virginie Despentes, „Vernon Subutex. Tom 2”. Przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Otwarte, 376 stron, w księgarniach od 9 września 2016

Całą tę menażerię ludzką niewiele z pozoru łączy. Owszem, wspólne pozostaje miejsce (Paryż) i czas (współczesność), a w większości przypadków także data urodzenia (lata 60.). Do tych dwóch łączników Despentes dorzuca jeszcze jeden – fabularny. Rozkręca zawrotną intrygę, która sprawia, że postaci spotykają się w rozmaitych okolicznościach. Tytułowy bohater był kiedyś właścicielem modnego sklepu z winylami o nazwie Rewolwer. Niestety, interes splajtował, a bankructwo wytrąciło go z dotychczasowego rytmu życia. Teraz wyprzedaje swój prywatny dobytek na eBayu, nie wychodzi z domu, żywi się zupkami chińskimi i ogląda filmy porno. Na tę stagnację nakłada się kryzys wieku średniego oraz seria rewelacji o śmierci przyjaciół, która wtrąca Vernona w głęboką depresję. Bieda, samotność i trudna konfrontacja ze śmiercią stanowią zaledwie uwerturę dramatu. Jego właściwym początkiem jest śmierć Alexa Bleacha, słynnego czarnoskórego piosenkarza, a zarazem przyjaciela, który pomagał Vernonowi opłacać czynsz. Po wizycie komornika ten ostatni ląduje na ulicy. Samotny, zdruzgotany, bez grosza przy duszy, Vernon zaczyna rozglądać się za jakąś tymczasową przystanią. Szuka pomocy u dawnych znajomych. Część z nich pozakładała rodziny i wyprowadziła się za miasto, inni zmienili się nie do poznania; pozdzierali ze ścian plakaty Fugazi i Joy Division, irokezy zastąpili dyskretnymi bobami, prenumerują kolorową prasę i dyskutują namiętnie o przepisach kulinarnych. Vernon tuła się od mieszkania do mieszkania, nie mówiąc nikomu o swojej doli, świadom tego, że „nędza utraciła swoją poetycką aurę”.

Jego wędrówka przecina różne światy – ten ustabilizowany, zamieszkiwany przez zamożną klasę średnią, szalony i narkotyczny świat wielkiego (show)biznesu, szary światek współczesnych proletariuszy, wreszcie półświatek przestępczy i pornograficzny. A jednak, pomimo oszałamiającej różnorodności, Vernon wszędzie obserwuje to samo: rozpad więzi, triumf egoizmów i partykularyzmów, potęgę nienawiści do innego. Oto Xavier, niespełniony scenarzysta, który błysnął za młodu, ale nie zdołał zdyskontować swego sukcesu, alkoholik i rasista, snujący nienawistne monologi o międzynarodowych spiskach, wszechobecnych zboczeńcach i oczywiście leniwych arabusach żyjących z zasiłków. Zatruty goryczą nieudacznika, „nie trawi, przeżuwa – muzułmanie masoni Żydzi feministki Chińczycy Niemcy Portugalczycy Romowie protestanci cioty”. To coraz częstszy okaz we współczesnym bestiarium. Jak komentuje z goryczą Vernon: „Xavier zawsze był prawicowym dupkiem. To nie on się zmienił, to świat dostosował się do jego obsesji”. Oto jego żona, Marie-Ange, kierowniczka zespołu badawczego, nadopiekuńcza i sfrustrowana matka, kobieta, która ma dość bycia muzą losera i obraca swoją niechęć przeciwko całemu światu. Oto ich znajoma, pseudonim Hiena, specjalistka od medialnego linczu, który uskutecznia przy pomocy potężnego zbioru fałszywych aliasów. Przeskakujemy w inne rejony hierarchii społecznej: oto Loïc, pracownik sklepu odzieżowego, aktywista skrajnie prawicowej organizacji i uliczny bojówkarz, który uwielbia po ośmiu godzinach marnie płatnej pracy siać strach w podparsykim Belleville, zwanym nie bez kozery Kebabcity. Oto Patrice, od którego odeszła żona wraz z dwójką dzieci, gdyż nie mógł zapanować nad agresją i choć kochał swoją kobietę, to bił ją systematycznie. Gdy próbuje się zmienić, korzystając z psychologicznej pomocy, staje przed wątpliwością: „Jeśli zrezygnuję z przemocy, jak będę mógł poczuć, że cokolwiek znaczę? Powiedzmy sobie wprost, kto szanuje potulnego robola?”.

Nie wystarczy stwierdzić prostodusznie – jak pewna recenzentka – że „współczesny kult afirmujący jednostkę, indywidualne potrzeby, tylko własne uczucia bardzo wyraźnie pokazuje, że rzeczywistość filtrowana tylko przez własne ja jest rzeczywistością pełną resentymentu i wrogości wobec innego ja i innych potrzeb”. Owszem, w tej galerii typów ludzkich dominują osobnicy bezwzględni i dążący po trupach do celu, sfrustrowani i nienawistni, powichrowani i walczący nieudolnie z własnymi demonami. Ale można też odnaleźć grupkę postaci, które zachowały w sobie odrobinę idealizmu, spontaniczności i bezinteresownego porywu. Jak Lydia Bazooka, dziennikarka muzyczna, która pracuje nad biografią Bleacha, jak Pamela Kant, była gwiazda porno, obecnie mistrzyni Tetris online, czy jak jej partner Daniel, transseksualista female-to-male. Jest wśród nich też Sélim i jego córka – para bohaterów, która ogniskuje na sobie ważną dla powieści problematykę tożsamościową. Sélim to zasymilowany Arab, przedstawiciel liberalnej inteligencji, zakochany do szaleństwa w świeckiej Republice, jej instytucjach i winnicach, jej literaturze i filozofii. Teraz musi ponownie zmierzyć się z widmami przeszłości – z wezwaniem pobratymców do uległości i ortodoksji, z nieznośnym „barbarzyństwem swoich”. Musi się z nimi mierzyć, gdyż jego córka chłonie „religijne bzdury, tak anachroniczne i swojskie”.

Krytyka lubiła zaznaczać podobieństwa między pisarstwem Despentes i Houellebecqa: oboje opisują procesy dekompozycji społeczeństwa i zaniku tradycyjnych wartości. Ale istnieje też wyraźna różnica, którą niekiedy nazywa się wprost humanizmem. Houellebecq trwa w konsekwentnej mizantropii i nie wierzy w człowieka, podczas gdy Despentes próbuje dotrzeć do jakiegoś nieredukowalnego ludzkiego pierwiastka, zdolnego przetrwać pomimo zaćmień i obłędów (indywidualnych i zbiorowych). Tymczasem jednak – w pierwszym tomie trylogii – pisarka prowadzi swojego bohatera na samo dno. Vernon konfrontuje się z obojętnością lub obcością dawnych znajomych i wybiera bezdomność. Śpi w metrze lub na ławkach. W końcu siada w kucki i decyduje się wyciągnąć rękę. Walczy ze wstydem. Walczy z zimnem. Zmaga się z poczuciem nierzeczywistości. Świat ludzi aktywnych wydaje mu się coraz bardziej odległy. Odczuwa absolutną pustkę, co rusz traci świadomość. Przechodzi na drugą stronę, którą zamieszkują dzisiejsi „ludzie zbędni” – włóczędzy, żebracy, kloszardzi, szaleńcy. Prawdę jego kondycji wykłada klarownie niejaka Olga – tęga, rudowłosa kobieta, niegdyś laborantka w atelier fotograficznym, dziś królowa paryskiej ulicy – która mówi: „tolerują nas w mieście… nie zgarniają i nie umieszczają w obozach… dlatego, że jesteśmy sygnałem ostrzegawczym. Ludzie muszą nas widzieć, by pamiętać, że mają być posłuszni”. Vernon nie wypada wcale z systemu nadzoru, nagrody i kary, zmienia jedynie miejsce w jego obrębie.

Stracone złudzenia

„Vernon Subutex” to również, jako się rzeko, powieść generacyjna. Zbiorowy portret pokolenia ludzi urodzonych w latach 60., którzy dorastali w szalonych i anarchicznych czasach, by wkroczyć w dorosłość w pragmatycznych latach 90. Ale nawet wówczas duch czasu nie zabił ich entuzjazmu; w ostatnią dekadę XX wieku wnieśli oni pierwiastek radykalnej wolności i transgresji. Dopiero z czasem poddali się nurtowi przemian, stając się cynikami lub/i hejterami. Tak tę epokową diagnozę formułuje sama Despentes: „Francja młodości Vernona nie znała otwarcie ksenofobicznych, radykalnie prawicowych polityków w głównym nurcie. To stanowiło margines, który dziś nadaje ton dyskusji. Wtedy nikt otwarcie nie deklarował rasizmu czy antysemityzmu!”. Ale chodzi o coś więcej niż nienawiść do innego. Chodzi o podstawowe życiowe wartości – o to, że „w poprzednim stuleciu ludzie jeszcze się upierali, że lepiej jest być, niż mieć”, że pielęgnowali jakieś ideały i roili o lepszym świecie. Nowe stulecie zaludniają ludzkie widma, pogrążone w alternatywnej rzeczywistości Facebooka i Twittera – „zamknięci w sobie psychopaci na granicy obłędu”. Myślą tylko o własnym sukcesie, gdyż wychowali się w atmosferze domu Wielkiego Brata, gdzie „w każdej chwili może pojawić się Głos, każąc pozbyć się połowy kolegów”. A ponieważ ta systemowa korupcja dotyka wszystkich dziedzin życia, łącznie ze sztuką, „hasło na dziś to śmierć pokonanym, nawet w świecie rocka”.

Sam Vernon „żył w formalinie, w świecie, który się zawalił”, ale i on nie jest wolny od winy. Jak wspomniałem, bohaterów tej powieści łączy pewna zagadka. Już na początku pierwszego tomu okazuje się, że Vernon posiada kasety wideo z nagraniem ostatniej spowiedzi Alexa Bleacha – kultowego, tragicznie zmarłego muzyka. Dla jednych to relikwia po bogu rocka, inni chcą zrobić na tym materiale interes, jeszcze inni obawiają się ujawnionych w nim wstydliwych szczegółów. Vernon nie ocalił przyjaciela. Podczas sporządzania nagrania spał smacznie. Potem, kiedy Alex wpadł po uszy w narkotyki, też nie zdobył się na wyciągnięcie pomocnej dłoni. W pewnym sensie wraca to do niego rykoszetem; kiedy ląduje na dnie, zostaje zupełnie sam.Virginie Despentes, „Vernon Subutex. Tom 1”. Przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Otwarte, 376 stron, w księgarniach od marca 2016Virginie Despentes, „Vernon Subutex. Tom 1”. Przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Otwarte, 376 stron, w księgarniach od marca 2016

Kim był Alex Bleach? Despentes uruchamia grę lustrzanych odbić, więc sylwetkę nieżyjącego muzyka poznajemy z wielu niewspółmiernych perspektyw. Pierwszy tom trylogii ogniskuje się wokół zagadki przedśmiertnych nagrań artysty, pozorując udatnie sensacyjną intrygę. Drugi tom przynosi w tej materii niespodziewaną woltę (uwaga, ta sekcja zawiera szczegóły fabuły lub zakończenia utworu!). Okazuje się bowiem, że poszukiwane taśmy nie zawierają żadnych biograficznych czy towarzyskich sensacji. Zwierzenie Bleacha przynosi rewelację innego skandalu, który nazwałbym wejściem w cyniczny półmrok.

U kresu swojej drogi życiowej Bleach wygłasza wyznanie zrozpaczonego idealisty. Opowiada o młodości, która przypominała wymyślanie życia od nowa, permanentną wojnę z nijakością. I mówi też o zawodzie, kiedy „marzenie, które było święte, zmieniło się w fabrykę szczyn”. Wszystkiemu winne podłe czasy: koniec stulecia rozbrzmiewał hymnami na cześć pragmatyzmu, a dynamika wzrostu zdominowała wszystko inne – od kwestii etycznych, poprzez wartości estetyczne, po dawne utopie i wizje lepszego jutra. Sam Bleach wszedł w biznes rozrywkowy, stracił wszelką spontaniczność, zaczął łykać dragi i oto chwieje się nad grobem, podczas gdy jego przyjaciel chrapie przez sen. Inaczej mówiąc, tajemnicą, którą wszyscy próbują przemilczeć, jest upadek ideałów i utrata marzeń. Alex Bleach pochodził z ludu i chętnie mówił o niesprawiedliwościach społecznych. Kto zdobędzie się na to dziś, w epoce, w której króluje typ aspołeczny, którego cechuje absolutny brak iluzji? Kojarzę tę diagnozę z „cynicznym półmrokiem”, o którym pisze Peter Sloterdijk. Niemiecki filozof powiada, że żyjemy w erze zmierzchu i godzimy się łatwo (nazbyt łatwo!) z tym, że dawne wiary okazały się formami fałszywej świadomości. Patrzymy na nie z przymrużeniem oka, przekonani, że wiedzy nie sposób oddzielić od władzy, sztuki od mamony, altruizmu od egoizmu. Pogrzebaliśmy wspólnotowe wiary i zaakceptowaliśmy status quo, czyli rozproszenie energii witalnych, „apatię małych egoizmów”. Nieco prościej ujmuje to Xavier, gdy mówi, że dziś „wszyscy są z lewicy, bo każdy chce być jak najbliżej żłobu”, a tak naprawdę w życiu liczy się tylko „dupa z mieszkaniem, długie weekendy w słońcu i pełna lodówka”.

Pierwszy tom „Vernona”, jak celnie zauważa Olga Byrska, pozostawił nas w oczekiwaniu na to, „czy tytułowy bohater – sam brutalnie wyrzucony poza sferę jakiegokolwiek komfortu – może odnaleźć w tej sytuacji nadzieję na wyjście z oportunistycznie indywidualistycznej postawy wobec życia”. Drugi tom udziela twierdzącej odpowiedzi na to pytanie.

W tym miejscu pora zapytać, kim jest sam Veronon. Pytanie niełatwe, gdyż przypomina on człowieka bez właściwości. Nie ma żadnych zasad, żadnych życiowych maksym – po prostu jest. Nieczuły na wartości materialne, oporny na pokusy władzy, nienawiści czy egoizmu, chce żyć pełnią życia, ale na luzie. Ucieleśnia w sposób całkiem naturalny stracone złudzenia wolnościowego zrywu, który ucieleśniał punk rock przełomu lat 80. i 90. Nie jest postacią do końca realistyczną, to znaczy owszem, sportretowany został z zachowaniem zasad życiowego prawdopodobieństwa, ale równocześnie dźwiga potężny ładunek symboliczny. Jego imię może budzić skojarzenia z pseudonimem Borisa Viana (Vernon Sullivan), wielkiego krytyka społeczeństwa konsumpcji i wizjonera, opiewającego potęgę miłości i wyobraźni. Nazwisko Subutex odsyła z kolei do leku stosowanego w walce z uzależnieniem od opiatów. Były właściciel sklepu Rewolwer ucieleśnia więc nadzieję na wyjście z cywilizacyjnej choroby i na duchową przemianę. Drugi tom powieści coraz mocniej skłania do tego typu odczytań. Zamknięcie intrygi z kasetami może wzbudzić zawód wśród pożeraczy fabuł. Aranżacja literacka staje się coraz bardziej umowna; losy bohaterów splatają się ze sobą jak w telenoweli. Gdzieś ulatnia się realność, ze swoim ciężarem, ze swoją grozą. Ale Despentes celowo wykonuje ten manewr. Przenosi ciężar utworu na problematykę wspólnotową i polityczną. Jeśli bowiem stawką tej gry jest uzdrowienie i duchowa przemiana, to idzie o leczenie grupowe, o metamorfozę całej ludzkiej wspólnoty.

Jezus z de la Butte

Autorka wyznaje, że u źródeł jej nowego dzieła leżą przekonania lewicowe i niezgoda na rosnące nierówności. Powieść nawiązuje raz po raz do krachu starej lewicy, jej idei i strategii działania. Niegdyś – chociażby w latach młodości pewnego żebraka, który opiekuje się Vernonem, gdy ten nocuje na ławce – istniała „plebejska arystokracja”, scementowana nienawiścią klasową. Przez ostatnie dziesięciolecia system kapitalistycznego wyzysku ewoluował i osiągnął doskonałość w eksploatacji ludzkich mas. Wyzysk podtrzymują dwie komplementarne, potężne i niewidzialne moce: pozornie egalitarna, ultraliberalna ideologia sukcesu (każdy ma taki los, na jaki zasłużył) oraz kultura niepohamowanej konsumpcji (każdy może korzystać z nowych technologii i uciech popkultury).

Despentes nie zadowala się jednak ani pomstowaniem na system wyzysku, ani jego analitycznym, krytycznym oglądem. Fantazjuje o jakiejś zbiorowej subwersji, o partyzantce, która pozwoliłaby wyjść z wyobcowania. Widać to wyraźnie w końcowych partiach drugiego tomu, gdzie powieść wyzbywa się pozorów realizmu i poczyna grawitować w stronę miejskiej utopii. Otóż Vernon (zdradzam dalszy rozwój fabuły!) wybiera świadomie kondycję bezdomnego. Odmawia pomocy, którą oferują mu inni. Role się odwracają: teraz on może pomóc innym. Nic dziwnego, że gromadzą się tłumnie, dzień w dzień, w parku, który stał się jego tymczasowym miejscem zamieszkania, a zarazem „miejscem spotkań grupy dyskusyjnej, coffee shopem i piwiarnią pod gołym niebem”. Nieprawdopodobne? Oczywiście. Realistyczne? Tylko o tyle, o ile w rewolucyjnym momencie dziejowym realista potrafi „żądać niemożliwego”.

Jasne, w tej dziwnej parkowej komunie można dostrzec późną inkarnację kontrkulturowych marzeń spod znaku peace and love. Ale można też usłyszeć echa ekstatycznych doświadczeń, które stały się udziałem samej Despentes. „Działałam w lewicowych ruchach – wspomina pisarka – wśród anarchistów, trockistów, squatterów. (…) Uważaliśmy wtedy, że stworzymy nowy porządek, zmienimy relacje władzy i pieniędzy. Nie udało nam się. A potem się zestarzeliśmy. Ale kiedy byliśmy młodzi, dawno temu, pragnęliśmy innego świata”. Teraz wraca do tych zarzuconych marzeń i próbuje zarazić nimi swoich bohaterów. Każe im pielgrzymować do podmiejskiego parku i jednoczyć się wokół Vernona – człowieka wolnego od konsumpcyjnych pragnień, od żądzy sukcesu, zawiści, zachłanności i od cynizmu. Sam Vernon zaś przeobraża się w postać o mesjańskim rysie. Oparł się pokusie powrotu do normalnego życia i zamieszkał w bezdomności. Stał się świeckim zbawicielem w wersji post-punk, Jezusem ze wzgórza de la Butte, który ukazuje możliwość (albo konieczość) radykalnej przemiany świata. Proponuje swoim towarzyszom rewolucję, na której się tańczy, zbawienie przez zabawę.

„Skończymy jako zbiór dyktatur pogrążonych w nędzy – mówi ponuro francuska pisarka. – Chyba że za dwadzieścia lat wydarzy się coś, czego nie przewidzieliśmy, coś fajnego, co przyniesie rewolucję w myśleniu”. „Vernon Subutex” to miejsce, w którym pozwala sobie na fantazjowanie o „czymś rewolucyjnym i fajnym”. Jej bohaterowie chcą żyć na przekór pesymizmowi i na przekór rzekomym koniecznościom, w duchu radości i wolności. Czy im się to uda – na razie nie wiadomo. Na razie opuścili Paryż i wyjechali w Wogezy, do małej wioski, gdzie wiodą alternatywne życie, a wieczorami spotykają się w opuszczonej kaplicy. Tam rodzi się między nimi coś niezwykłego i nieziemskiego – coś, co nie ma związku z żadną religią, lecz wiąże się z muzyką i tańcem, tymi niewidzialnymi siłami, które każą nam być razem i w magiczny sposób synchronizują nasze ruchy. Despentes odnawia zatem uniwersalne przyrzeczenie miłości, a fakt, że jej powieść zdobyła uznanie i błyskawiczną popularność, świadczy o tym, że nie jest w swoich tęsknotach osamotniona.