Musical science fiction
fot. materiały prasowe

Musical science fiction

Piotr Tkacz

Debiutancki album amerykańskiej producentki Katie Gately można porównać do panoramicznego obrazu wyświetlanego na wielkim ekranie. Powinny być w nim pościgi i dużo jazd kamery po wyszukanych trajektoriach

Jeszcze 2 minuty czytania

„Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek dorozumieć się nie może: ziemia li gra czy jego własna krew – jedno! Żyć, żyć, żyć!”. W czasie pierwszego odsłuchu „Color” przeglądałem „Lato leśnych ludzi” Rodziewiczówny i trafiłem na to zdanie. Nie mógł to być przypadek, bo świetnie ono opisuje witalność i buzującą energię, która napędza muzykę  Katie Gately.

Jest to pierwszy pełnowymiarowy materiał Amerykanki. Gately dała się poznać światu w 2013 roku, wcześniej wydawała EP-ki i single m.in. w Public Information i FatCat Records. Teraz debiutuje w barwach wytwórni Tri Angle, do której przylgnęło skojarzenie z witch house'em – (nie)sławnym, bo zdaniem wielu sztucznie wykreowanym, podgatunkiem mrocznej elektroniki z początku obecnej dekady. Od jakiegoś czasu jednak ten label wypuszcza coraz bardziej zróżnicowaną muzykę.

Otwierający całość „Lift” swoim zadziornym początkiem przypomina nieco kawałek Lotica (również obecnego w katalogu Tri Angle). Przed słuchaczem rozwierają się wirujące wnętrza wirtualnego wodewilu. Przygrywa nierzeczywista, ale pełna wigoru, orkiestra, która będzie umilać czas w większości utworów – syntetyczna i na wskroś współczesna, ale brzmi jak porwana z planu jakiegoś starego filmu.

Tytuły kompozycji są proste, jednowyrazowe, zwykle to czasowniki oznaczające czynność. I tak numer dwa, „Tuck” fałduje i podwija brzmienie sekcji dętej, wyginając ją do granic wytrzymałości. „Sift” z kolei przesiewa elektroniczne dźwięki przez bit, który daje do zrozumienia, że zaraz nastąpi drop, ale okazuje się to tylko markowanym zwodem (podobnie „Frisk” bryka Katie Gately, Color, Tri Angle 2016Katie Gately, Color”,
Tri Angle 2016
niespodziewanie stabilnym rytmem). Centralny „Rive” przynosi nieco wytchnienia, ale też nieoczywistego, bo urozmaiconego łupaniem fortepianu na kawałki, i dokłada do tego naiwne smyczki, choć może to jednak katarynka? Nie ma zbyt wiele czasu na zastanowienie się, bo już nadciąga kontrastujący głos przepuszczony przez vocoder i mruczące skrzypnięcia. Wcześniej tylko naszkicowane neonowe wesołe miasteczko oferuje kolejne atrakcje w „Sire”, którego nie powstydziliby się panowie z Gatekeeper – mamy tutaj tak lubiane przez nich przeładowanie i zagęszczenie elementów, które zdają się walczyć o uwagę słuchacza. Już nie tylko migotliwa katarynkowość, ale też pędząca z zawrotną prędkością karuzela, której tor jazdy nieco się wykrzywia, i jakoś nikogo to nie przeraża. Najdłuższy na płycie i kończący ją utwór tytułowy próbuje nas wziąć na litość rzewnymi motywami, a gdy uda się mu nabrać nas na tę szuflę, zostajemy wrzuceni w otchłań odmalowywaną przez niskie dźwięki niczym z organów, które potem przepoczwarzają się w brzmienia jak z melodiki.


„Color” to album, który cechuje rozmach i szaleństwo, ale też dbałość o detal i konsekwencja. Pamiętając o doświadczeniu Gately w pracy przy filmach (jest montażystką dźwięku, tworzyła też muzykę do kilku krótkich metraży), „Color” można by porównać do panoramicznego obrazu wyświetlanego na wielkim ekranie. Mógłby to być jakiś musical science fiction, powinny być w nim pościgi i dużo jazd kamery po wyszukanych trajektoriach. Całość oczywiście w technikolorze, bo wszystko się tu mieni, iskrzy, w drugim planie błyszczą klejnoty drobiazgowości, a w trzecim czmychają, czasem niezauważalne za pierwszym razem, zwroty akcji, niczym podwodne prądy.

Żeby docenić tę precyzję i finezję szczegółów, warto spróbować posłuchać płyty na słuchawkach, choć na dłuższą metę jest to raczej muzyka, która powinna wybrzmiewać przez głośniki w przestrzeni. Operuje ona w dużym formacie i skali, rozciąga pejzaże i pozwala się po nich rozglądać, co lepiej czynić uważnie, bo nigdy nie wiadomo, z której strony nadciągnie nowy element scenografii. Ten przepych jest nawet chwilami wymagający i może prowadzić do poczucia przesytu. To zresztą było zamiarem autorki, która przyznaje, że zawsze próbuje dołożyć maksymalnie dużo elementów, nim utwór stanie się zbyt szalony.

Dotychczas nie użyłem słowa „piosenka”, ale powinno ono tutaj paść. Te kompozycje są zawiłe, wielopoziomowe, gęste, nieraz przytłaczające, ale też przebojowe, pociągające, wdzięczne i wpadające w ucho. Po raz pierwszy u tej artystki takie znaczenie ma jej głos, tym razem nie tylko przetwarzany nie do poznania, ale też podający po prostu chwytliwe motywy. Jako dziecko Gately nie lubiła śpiewać, choć jej mama w domu robiła to chętnie; ciekawy fakt, że słuchano tam bardzo często chorału gregoriańskiego, którego wpływ można wysłyszeć na albumie. W końcu artystka doceniła podstawowy instrument i zaczęła go łączyć z found sounds – najczęściej samodzielnymi nagraniami otoczenia (warto wspomnieć inspiracje twórczością Hildegardy Westerkamp, która w swoich utworach splatała w odkrywcze łańcuchy nagrania terenowe, brzmienia elektroniczne i akustyczne oraz głosy).


Katie Gately często porównuje się do Björk (którą Gately zremiksowała) i Holly Herndon. Mnie kilka razy przypomniała się Laurie Anderson, a nawet Annette Peacock, zapomniana nieco wokalistka i kompozytorka, współpracowniczka freejazzowego pianisty Paula Bleya. Niektóre momenty na „Color” nie są odległe od bardziej piosenkowych pomysłów Kaitlyn Aurelii Smith, młodej artystki, która ostatnio grę na syntezatorze Buchli łączy z własnym wokalem… Podobną odwagę w bawieniu się formą słyszę u Jenny Hval. Ale to wszystko raczej odległe skojarzenia, które mogą jedynie dać mgliste pojęcie o tym oryginalnym, wizyjnie rozbuchanym, osobnym, porywającym i onieśmielającym albumie. Gately podejmuje ryzyko wsłuchania się w to, co zaczyna grać gdzieś głęboko, utajone, nie zawsze ładne, łatwe i przystępne. Nawet gdy wydaje się, że traci kontrolę i pozwala się pochłonąć żywiołom, to zaraz wykonuje imponującą kompozytorską woltę, która pokazuje, że jest w tym jakaś metoda.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.