Przede wszystkim ucho
Spółdzielnia Muzyczna Contemporary Ensemble, fot. Sannhet Studio

Przede wszystkim ucho

Rozmowa z zespołem Spółdzielnia Muzyczna

W programach koncertowych brakuje twórczości muzycznej drugiej połowy XX wieku. I mało jest utworów, które są wyzwaniem przede wszystkim dla wykonawców. Naszym celem jest własny rozwój przy jednoczesnym łataniu tej dziury

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA ŻYŁA: Jakie były okoliczności powstania zespołu Spółdzielnia Muzyczna?
MARTYNA ZAKRZEWSKA
: Wszystko zaczęło się od tego, że po prostu bardzo chcieliśmy stworzyć w Polsce zespół muzyki współczesnej. Rozmawialiśmy o tym sporo z Piotrem Peszatem i z Mateuszem Rusowiczem. Mniej więcej wtedy, w 2014 roku, zaczęliśmy współpracę z European Workshop for Contemporary Music. Kiedy zgłosiliśmy się na przesłuchania, nie myśleliśmy jeszcze o składzie zespołu. Chcieliśmy na początku zobaczyć, z kim w ogóle się w tym projekcie spotkamy. W drugim roku trwania EWCM pojechaliśmy do Darmstadtu na Wakacyjne Kursy Nowej Muzyki. To doświadczenie stało się dla nas impulsem do działania. Długo do tego dojrzewaliśmy. Wraz ze wszystkimi instrumentalistami polskiej strony projektu zaczęliśmy się zastanawiać, jak można by to zorganizować. Merytorycznie pomógł nam dyrygent Rüdiger Bohn i jego asystent w European Workshop, Gerarde Schiege. Po powrocie z kursów zaczęliśmy organizować nasz pierwszy koncert. Do istniejącego składu zaprosiliśmy jeszcze kilku instrumentalistów. I tak w grudniu 2014 roku w panice i w bólach doszło do pierwszego koncertu Spółdzielni Muzycznej. Plusem było to, że większość z nas pracowała już wcześniej w różnych składach. Trochę na uczelni, trochę przy innych projektach. To nie była grupa obcych sobie ludzi. Wszyscy mieliśmy już za sobą doświadczenie wspólnej pracy.

PIOTR PESZAT: Spółdzielnia Muzyczna zaczęła działać głównie dzięki naszej wcześniejszej współpracy w EWCM, bo choć trzon zespołu się zmieniał, to jednak wiele osób, które brały udział w EWCM, działa teraz w Spółdzielni Muzycznej.

Spółdzielnia Muzyczna na Warszawskiej Jesieni

18.09, godz. 19.30, Filharmonia Narodowa, Sala Kameralna, ul. Jasna 5

Program:
Johannes Kreidler „Der «Weg der Verzweiflung» (Hegel) ist der chromatische ”* Christophe Bertrand „Aus” *
Bogusław Schaeffer „Non-stop”
Jacek Sotomski „Dzięki, Leszek” **
Brigitta Muntendorf „shivers on speed” * Alexander Schubert „Point Ones” *

** prawykonanie
* pierwsze wykonanie w Polsce

W tym roku już jako Spółdzielnia Muzyczna gościcie po raz trzeci na festiwalu Warszawska Jesień. Wcześniej braliście w nim udział jako uczestnicy Contemporary Workshop for Contemporary Music. Czym dla was jako dla młodego zespołu jest ten festiwal?
PP: Z pewnością Warszawska Jesień jest dla nas platformą, dzięki której możemy zaprezentować się szerokiej publiczności. Festiwal jest dla nas pomostem w dążeniu do profesjonalnej działalności. Umożliwia nam również osobisty kontakt z kompozytorami. Na naszym najbliższym koncercie w ramach Warszawskiej Jesieni pojawi się niemiecki kompozytor Johannes Kreidler, możliwe że również Alexander Schubert. Zeszłoroczny koncert Spółdzielni na Warszawskiej Jesieni, który nazwałbym naszym oficjalnym debiutem, zaowocował kolejnymi projektami, na przykład współpracą z Lilianną Krych i Piotrem Tabakiernikiem nad spektaklem „Monachomachia” prawykonanym podczas festiwalu KODY w Lublinie w maju tego roku. Obecnie pracujemy też z Krzysztofem Stefańskim nad koncertem w ramach festiwalu Musica Polonica Nova, który odbędzie się w kwietniu 2018 roku. A wracając do wspomnianego debiutu, styczność z muzyką Salvatore Sciarrina, którego operę „Luci mie traditrici” wykonaliśmy na festiwalu rok temu, była wielkim wyzwaniem dla wykonawców. Skonfrontowanie młodego zespołu z tego typu muzyką na tak wielkim festiwalu jak Warszawska Jesień wymagało od nas jako wykonawców wiele wysiłku i pracy.

MZ: W tym roku członkowie Spółdzielni właściwie po raz piąty wystąpią na Warszawskiej Jesieni. Przez trzy lata braliśmy udział w festiwalu w ramach European Workshop for Contemporary Music. W ostatnim roku naszej współpracy z EWCM wywalczyliśmy, aby w programie festiwalu pojawiła się już nazwa naszego zespołu, Spółdzielni Muzycznej, ponieważ już wtedy działaliśmy jako zespół. Warszawska Jesień na pewno wzbudza w nas szacunek. Wychowaliśmy się na tym festiwalu, więc podchodzimy do niego bardzo poważnie.

Spółdzielnia Muzyczna

Zespół powstał w 2014 roku w Krakowie. To jeden z pierwszych składów zajmujących się wykonywaniem muzyki współczesnej, szeroko pojmowanej kameralistyki, od utworów solowych po skład typu sinfonietta. Spółdzielnia Muzyczna występuje w różnych konfiguracjach osobowych. Grupę tworzy obecnie 16 osób. Jej nieformalnym liderem jest kompozytor Piotr Peszat.

www.spoldzielniamuzyczna.com

Jaki jest wasz repertuar? Co do niego należy i jak go rozbudowujecie?
MZ:  
Na pewno zamówienia ze strony festiwali powodują, że rozbudowujemy swój program. Walczymy też o to, żeby stopniowo tworzyć własne projekty. Jednym z naszych priorytetów jest włączanie do repertuaru utworów, które stały się już klasykami muzyki współczesnej drugiej połowy XX oraz XXI wieku. Jednocześnie poszukujemy młodych twórców, którzy chcieliby z nami współpracować i z którymi moglibyśmy spojrzeć w przyszłość. Najbardziej blokuje nas w tym brak własnego miejsca prób. Dysponowanie taką przestrzenią na pewno usprawniłoby nasz rozwój. Spowodowałoby, że moglibyśmy pracować regularnie. Chwilowo trochę się tułamy i zmuszeni jesteśmy korzystać z czyjejś uprzejmości, co niewątpliwie spowalnia realizację własnych projektów.

PP: Brakuje nam przestrzeni do prób, ale równocześnie przestrzeni umożliwiającej autonomiczną działalność koncertową. Chcemy rozwijać własne inicjatywy, niezależnie od tego, czy jesteśmy zapraszani na festiwale, czy nie. Ostatnio mieliśmy stosunkowo wiele koncertów angażujących media, takie jak szeroko rozumiana elektronika, wideo czy elementy performansu. Jeśli chodzi o nasz repertuar, z pewnością nie chcielibyśmy zostać zaszufladkowani. Cały czas staramy się poszukiwać nowych możliwości i pracować nad programem złożonym również z klasyków XX wieku, żeby budować warsztat zespołu…

MZ: ... i żeby rozwijać się wykonawczo. Żeby pokazywać nie tylko utwory nowe, ponieważ wtedy punkt ciężkości zdecydowanie położony jest na sam utwór. Chcemy pokazywać nasze interpretacje tego, co już zostało napisane i co jest znane, tego, co już istnieje w świadomości słuchaczy.

fot. Sannhet Studio fot. Sannhet Studio

Jak opowiedzielibyście o tym, co wykonujecie, komuś, kto nigdy wcześniej nie był na koncercie muzyki współczesnej i nie zna tego środowiska?
MZ
: To dla nas bardzo żywy temat. Poświęciliśmy mu wiele czasu i burzliwych dyskusji…

PP: Możliwe, że mamy trochę odmienne podejście w tej kwestii... [śmiech]. Ja jestem bardziej optymistyczny. Martyna chyba mniej. Wierzę, że jesteśmy w stanie dotrzeć do osób niezwiązanych z muzyką współczesną, a właściwie w ogóle z muzyką. Pracujemy obecnie nad cyklem spotkań edukacyjnych, na których wykonawcy naszego zespołu będą prezentować publiczności nie sylwetki czołowych twórców XX wieku. Chcemy, aby te comiesięczne spotkania odbywały się w różnych przestrzeniach i w instytucjach kulturalnych. Wierzę, że jesteśmy w stanie to zrealizować. Martyna ma też obawy...

MZ: ... ja mam obawy, jeśli chodzi o to, jakim językiem i jakimi środkami trafić do takich odbiorców. Jako wykonawczyni stawiam na praktykę, a do tej pory nie znalazłam na to konkretnych rozwiązań. Choć sam pomysł bardzo mi się podoba. 

PP: Ja jestem z wykształcenia kompozytorem, więc może bardzie interesują mnie idee…

MZ: Konceptualista! 

PP: Z drugiej strony, zawsze myślimy o koncercie jako o spektaklu. Skupiamy się nie tylko na utworach, które wykonujemy, których można posłuchać, ale staramy się też wypełnić jakoś przestrzeń między oraz poza nimi. Myślimy o tym, jak wykonanie będzie zaaranżowane w konkretnej przestrzeni, jak będzie oświetlone. Wydaje mi się, że to jest dość istotny aspekt wychodzący naprzeciw oczekiwaniom współczesnego odbiory, który nie chce już tylko słuchać, skupiać się jedynie na dźwięku. Równie istotne są dla niego bodźce wizualne.

MZ: Bardzo dużą wagę przywiązujemy do notek programowych, które starannie przygotowujemy na każdy koncert. To bardzo wymagające. Trudno sformułować je w taki sposób, aby satysfakcjonowały publiczność bardziej profesjonalną i były równocześnie czytelne dla osób, które nie miały wcześniej styczności z taką muzyką.

PP:  Chcemy, żeby nasze teksty pozostawiały też pewien element niedopowiedzenia. Żeby notka programowa była tylko jakąś wskazówką, żeby nadawała kierunek, a nie podsuwała gotowe odpowiedzi. 

Twierdzicie, że w zespole pracujecie na zasadzie równego partnerstwa. Co to oznacza dla was w praktyce?
PP: 
To oznacza równe zaangażowanie wszystkich członków zespołu w to, co robimy. Nie chodzi nam o to, aby jedna osoba organizowała życie całego zespołu, a reszta wykonywała polecenia. Dużo pomysłów powstaje wspólnie. Oczywiście na dalszym etapie realizacji projektów pojawia się podział obowiązków i realizacja konkretnych zadań. Niemniej podział pracy w zespole jest bardzo demokratyczny.


MZ: 
Z jednej strony, chcemy wykonawczo dorównać do standardu europejskiego czy, nazwijmy to, zachodniego. Z drugiej, bardzo cenimy w zespole to, że jesteśmy różni. Nie chcielibyśmy nikogo utemperowywać, dostosowywać na siłę. Chcemy, żeby to rozwijało się naturalnie. 

W zeszłym roku kolektyw „Glissando” wydał oświadczenie o sytuacji kobiet w muzyce współczesnej, apelując do organizatorów festiwalu Warszawska Jesień o większą równowagę płci w programowaniu koncertów. Do tej pory utrzymuje się ona mniej więcej na poziomie 20%. W tym roku w programie waszego koncertu na sześć utworów znalazł się zaledwie jeden napisany przez kobietę, „Shivers on speed” niemieckiej kompozytorki Brigitty Muntendorf . Dlaczego w świetle międzynarodowej debaty o sytuacji kompozytorek w świecie muzyki współczesnej postanowiliście tak ułożyć program koncertu?
MZ
: Od komisji programowej Warszawskiej Jesieni otrzymaliśmy listę około piętnastu utworów, z których mieliśmy ułożyć program. Brigitta Muntendorf była jedyną kobietą na tej liście w ogóle, więc wybraliśmy tyle kobiet, ile się dało.

PP: Pozostałe propozycje kompozytorów też nie były tak do końca narzucone nam przez festiwal. Kilka nazwisk na liście wynikało z naszych wcześniejszych sugestii, które przedstawiliśmy komisji programowej festiwalu. Natomiast to wynika też z koncepcji koncertu, że akurat takie nazwiska i utwory znalazły się w programie. Jednak, tak jak mówi Martyna, większą odpowiedzialność za ten program ponosi komisja programowa Warszawskiej Jesieni.

A jakie były wasze kryteria?
MZ: 
Przede wszystkim ucho! Chcieliśmy skomponować z proponowanych nam utworów w miarę spójny program. Staraliśmy się jednak podejść do tego wykonawczo. Nie chcieliśmy wymyślać sztywnej idei. Przede wszystkim chcemy dobrze czuć się w utworach, które wykonamy.

Mówicie, że celem waszego zespołu jest wykonywanie muzyki w takiej formie, która pozwoli rozwinąć się zarówno wykonawcom, jak i słuchaczom. Co macie przez to na myśli?
MZ: 
Zanim powstał nasz zespół, dużo rozmawialiśmy na temat tego, co chcielibyśmy w nim osiągnąć. Myślę, że chyba mogę to powiedzieć głośno: w programach koncertowych jest pewna luka. Brak w nich twórczości muzycznej drugiej połowy XX wieku. Poza tym, mało jest utworów, które są wyzwaniem przede wszystkim dla wykonawców. Naszym celem jest własny rozwój przy jednoczesnym łataniu tej dziury. A jeżeli stałoby się to inspiracją dla innych, zarówno kompozytorów, jak i wykonawców, jeżeli moglibyśmy jakoś wpłynąć na kierunek, w którym się rozwija się muzyka współczesna w Polsce, to bylibyśmy bardzo szczęśliwi.

Świat muzyki współczesnej cierpi na syndrom tak zwanych „pierwszych wykonań”. Rzadko nowe utwory, które miały już swoje premiery, są powtarzane na innych koncertach czy festiwalach. Wy zaznaczacie, że pragniecie również reinterpretować muzykę już odkrytą i ugruntowaną. Jakie widzicie w tym zakresie możliwości dla siebie jako wykonawców?
MZ: 
Z instrumentalnego punktu widzenia powtórne wykonywanie utworów bardzo wiele nam daje. Pierwsze wykonanie jest zawsze interpretacją świeżą. Często do najciekawszych pomysłów dochodzi się po latach. Jednorazowe wykonanie nowych utworów wydaje mi się dużą stratą, zarówno dla nich, jak i dla wykonawców. To jest coś, o co bardzo chcielibyśmy powalczyć. Poza tym trudno jest w Polsce wykonywać starsze, czterdziesto-, pięćdziesięcioletnie utwory. Nie ma żadnego funduszu, który wspierałby takie odkurzanie muzyki współczesnej. Na razie staramy się to robić na własną rękę, co nie jest proste… Jeśli chcemy pracować nad utworami na większe składy instrumentalne, pięcio-, sześcioosobowe, musimy liczyć się z zakupem partytur, wyciągów głosowych, nierzadko instrumentów. To staje się dużym wyzwaniem finansowym.

PP: Przykładem takiego podejścia w naszej działalności jest utwór „Parallels” Cezarego Duchnowskiego, który wykonamy po raz czwarty, w Kolonii w grudniu 2017 wspólnie z Electronic ID. Staramy się organizować wykonania starszych utworów. Często problemem jest jednak strona praktyczna. Jeśli nie mamy wielu koncertów, których program możemy ustalić sami, bardzo często musimy grać narzucone nam utwory. Wtedy nasze założenia i szczytne idee zostają skonfrontowane z praktycznym wymiarem funkcjonowania zespołu. 

MZ: Mamy plany, i na większy skład, i na członków Spółdzielni w mniejszych grupach, żeby stworzyć projekt, który będzie mógł trochę pojeździć. Wtedy dopiero przygotowywanie i wykonywanie nowych utworów ma tak naprawdę sens.

W latach 70. francuski kompozytor Pierre Boulez założył znany dzisiaj na całym świecie zespół wykonujący muzykę współczesną Ensemble Intercontemporain. Belgijski kompozytor młodszej generacji, Stefan Prins, jest dyrektorem artystycznym i jednym z założycieli Nadar Ensemble. Piotrze, ty sam jesteś kompozytorem, dlaczego zaangażowałeś się w pracę Spółdzielni Muzycznej? Co daje ci praca w zespole jako kompozytorowi? Co wnosi do twojej praktyki i świadomości kompozytorskiej?
PP:
 Zaangażowanie się w proces powstawania Spółdzielni Muzycznej to był jakiś impuls. Zadecydowały nasze wspólne poglądy i zainteresowania. Spółdzielnia wciągnęła mnie, myślę, że podobnie jak pozostałych członków. Obecnie jest to świetna odskocznia dla mojej działalności kompozytorskiej – poruszanie się w przestrzeni managementu, marketingu, PR. Zastanawianie się, gdzie moglibyśmy zaprezentować nasze pomysły, jak możemy dalej się rozwijać i jak zdobyć na to pieniądze. W wielu utworach zajmuję się realizacją warstwy elektronicznej oraz wizualnej. Sporadycznie udzielam się też performersko, jak w przypadku utworu „Fremdarbeit” Johannesa Kreidlera, który miał swoją premierę w polskiej wersji językowej, z moim udziałem w roli moderatora, w marcu tego roku w Krakowie. Również ten utwór przedstawiliśmy komisji programowej Warszawskiej Jesieni jako jedną z naszych propozycji. Niestety, nie udało nam się włączyć go do programu naszego koncertu.

Jakie są wasze najbliższe plany koncertowe po Warszawskiej Jesieni?
PP
: Tuż po Warszawskiej Jesieni gramy koncert pod hasłem Post Indie Classical na Sacrum Profanum w Krakowie, gdzie współpracujemy z grupą kompozytorów, m.in. Pawłem Kulczyńskim, Tobym Driverem czy duetem z Finlandii, Miką Rättö oraz Jussim Lehtisalo. Organizujemy też kolejną edycję warsztatów kompozytorskich Workin’ Progress we współpracy z Akademią Muzyczną w Krakowie. Pod koniec tego roku będzie miał miejsce wspomniany już koncert z Electronic ID w Kolonii. W styczniu 2018 roku rozpoczynamy nasz pierwszy ogólnopolski projekt Spółdzielnia’s Workspace. Jest on w jakimś stopniu wzorowany na Open Mic, projekcie Ensemble Adapter z Berlina. W ramach cyklu Spółdzielnia’s Workspace planujemy comiesięczne spotkania w różnych miastach Polski, podczas których zapraszamy kompozytorów, bez narzuconych kryteriów wiekowych czy edukacyjnych, do zaprezentowania nam swoich partytur, nad którymi będziemy pracować w kameralnych składach podczas otwartych prób. Jest to duży projekt, który będzie się odbywał od stycznia do września 2018 roku. W międzyczasie odbędzie się jeszcze wspomniana Musica Polonica Nova (w kwietniu 2018 roku) oraz kilka koncertów, które obecnie dopinamy.

MZ: Ja chciałam jeszcze zaprosić na listopadowy koncert w ramach festiwalu Audio Art. Jest to wydarzenie pozostające trochę na marginesie działalności Spółdzielni, organizowane przez troje członków, Bartosza Sałdana, Aleksandra Wnuka i mnie. Skupimy się głównie na muzyce Matthew Shlomowitza, ale w programie pojawi się też Artur Zagajewski i prawykonanie utworu Kuby Krzewińskiego.