JESZCZE NIE W POLSCE:   „Samotność liczb pierwszych”

JESZCZE NIE W POLSCE:
„Samotność liczb pierwszych”

Joanna Ugniewska

We Włoszech największą sensacją literacką jest dziś dwudziestosześcioletni Paolo Giordano, fizyk z wykształenia. Jego powieść to więcej niż medialny sukces

Jeszcze 2 minuty czytania

Dwudziestosześcioletni Włoch Paolo Giordano, autor jednej powieści i kilku opowiadań, fizyk z wykształcenia, otrzymał w 2008 roku najbardziej prestiżową włoską nagrodę Premio Strega jako najmłodszy pisarz w jej długiej historii, ale także inne ważne nagrody, między innymi Premio Campiello, Premio Alassio, Premio Fiesole.
W czasach, w których wydarzenie stało się eventem, określanie tym mianem każdego głośnego debiutu literackiego i towarzyszącego mu medialnego szumu, wydaje się niekiedy nadużyciem, lecz w wypadku „La solitudine dei numeri primi” („Samotność liczb pierwszych”, Mondadori, Milano 2008) Giordano coś jest jednak na rzeczy.
Pod względem rozmiaru sukcesu można tę książkę porównać jedynie ze znaną już w Polsce „Gomorrą” innego dwudziestoparolatka, Roberta Saviano. Wszystko inne je różni: reportaż i fikcja literacka, zbiorowy bohater i dwie postaci samotnych nastolatków, przestępcze kręgi Neapolu i zamożny, mieszczański Turyn.
Odbiór jest podobny, nie licząc oczywiście gróźb ze strony mafii – ciekawe skądinąd, kto mógłby grozić Giordano: szkoła? stowarzyszenie rodziców? – ponad milion sprzedanych egzemplarzy, przekłady na dziesiątki języków, adaptacje filmowe, już gotowe lub w toku. A przede wszystkim entuzjastyczne głosy krytyki i prawdziwy deszcz nagród.

Paolo Giordano, „Samotność liczb
pierwszych”. Mondadori, Milano 2008.
W niezliczonych wywiadach prasowych i telewizyjnych niecodzienne jak na pisarza wykształcenie Giordano budziło powszechną ciekawość.
Na pytanie o związki między literaturą a matematyką, o której wiele mówi się w książce, ten nieśmiały młody człowiek o ujmującym wyglądzie odpowiadał niezmiennie, że matematyka nauczyła go precyzji, eliminowania tego, co zbędne oraz symetrycznej struktury narracji.
Bronił się też skutecznie przed uczynieniem zeń kolejnego głosu pokolenia, jeszcze jednego diagnosty stanu umysłów młodzieży. Powiadał wprawdzie, że dzisiejsi młodzi żyją w całkowitym braku wymiaru utopii, marzeń, w abulicznym rozczarowaniu, ale zdaje sobie doskonale sprawę, że jego powieść nie ma socjologicznego wymiaru, nie jest, w odróżnieniu od większości debiutów, książką pokoleniową ani autobiograficzną, ale raczej wnikliwym studium dwóch indywidualnych, lustrzanych przypadków jego bohaterów. Nie są zresztą bez znaczenia nazwiska ulubionych pisarzy, które przywołuje: Iana McEwana i Philipa Rotha.
Oczywiście, przy lekturze nie da się uniknąć pewnych uogólnień. Niekiedy czytelnik chciałby czytać równolegle dwie książki: powieść Giordano i znakomitą, głośną we Włoszech pracę Umberta Galimbertiego, wykładowcy historiozofii i psychologii dynamicznej, zatytułowaną „L’ ospite inquietante. Il nichilismo e i giovani” („Niepokojący gość. Nihilizm i młodzi”), a szczególnie rozdziały o emocjonalnej pustyni, wyjałowieniu serca, braku wszelkiej pomocy ze strony dorosłych. Kiedyś, pisze Galimberti, znaliśmy obłęd wynikający z nadmiaru namiętności, dziś stał się on raczej owocem racjonalnego chłodu, swoistej implozji, autyzmu.

Paolo Giordano, fot. Elana TorreCzas już chyba zdradzić, o czym jest powieść Giordano. Otóż opowiada ona paralelne historie dwojga dzieci, a następnie nastolatków i młodych ludzi, Alice i Mattii, których losy zdeterminowała raz na zawsze nigdy nieprzezwyciężona trauma z dzieciństwa. Alice, zmuszana przez autorytarnego ojca do nauki jazdy na nartach, ma w górach wypadek, z którego ledwo uchodzi z życiem i na zawsze pozostaje kaleką; Mattia musi opiekować się swoją młodszą, opóźnioną w rozwoju siostrą, której wstydzi się przed rówieśnikami i pewnego razu, aby pójść samemu na szkolną zabawę, zostawia ją w parku, gdzie siostra znika bez śladu, najprawdopodobniej tonie w pobliskiej rzece.
Poczucie krzywdy Alice przeradza się w trwały resentyment wobec ojca, naznaczający ją bardziej niż same kalectwo i objawiający się anoreksją, chęcią karania siebie samej. Poczucie winy Mattii prowadzi w idealnie paralelny sposób do samookaleczania się w zimnej furii zadawania sobie bólu. Bohaterowie okażą się tytułowymi „liczbami pierwszymi”, a więc niepodzielnymi przez żadną inną, w dodatku określanymi jako bliźniacze, czyli oddzielone jedną tylko liczbą (na przykład 11 i 13).
Symbolika zaczerpnięta z matematyki okazała się nad wyraz sugestywna i zdolna oddać relację dwojga bohaterów, którzy spotykają się, stają sobie bliscy, lecz nie potrafią zbudować trwałej więzi, pozostają bowiem zatrzaśnięci we wciąż ponawianym przeżywaniu traumy, freudowskiej melancholii, w której strata staje się częścią osobowości, rodzajem zawieszenia, nerwicy, której nie można wyleczyć, a także wiąże się z obniżeniem poczucia własnej wartości, utratą szacunku do samego siebie.

Z psychoanalizy bierze się też w dużej mierze motyw sobowtóra, Doppelgängera rodem z Otto Ranka. Alice i Mattia to przecież raczej rodzeństwo niż potencjalni kochankowie, rozdzieleni bliźniacy, lustrzane odbicia własnych traum, podwojona tożsamość. Wykorzystać język matematyczny do przedstawienia motywu sobowtóra, sparodiować platoński obraz rozdzielonych połówek tęskniących za utraconą jednością, to, trzeba przyznać, oryginalne osiągnięcie młodego pisarza.
Dwójka bohaterów przegląda się nie tylko w sobie samych, lecz również w innych, daremnie ścigając nieosiągalną dla siebie normalność, oczywistość codziennych rytuałów, życie w harmonii z własnym ciałem.
Relacje z rówieśnikami, naznaczone przemocą, jak w wypadku koleżanek szkolnych Alice, czy z rodzicami, nie wnoszą nic do rozwoju psychicznego głównych postaci. Zarówno autorytarny, surowy ojciec Alice, jak i łagodny ojciec Mattii, matki przywiązane do pozorów, zewnętrznych oznak statusu, zdają się całkowicie zbędni, jeśli nie jawnie szkodliwi.
Raz jeszcze przychodzi na myśl diagnoza Galimbertiego, który pisze, że jedyne wyposażenie, jakie otrzymują dzieci od rodziców, to pancerz mający tłumić nadmiar emocji, podczas gdy powinni oni raczej uczyć, jak „przyjąć z otwartymi ramionami własny cień”.

Podstawowe znaczenie mają ponownie paralelne zawody, jakie wybierają bohaterowie: Alice zostaje fotografką, unieruchamia rzeczywistość, dzieli ją na kadry, a zatem panuje nad nią, powiększa, deformuje, więzi czas. Jedyną zaś pasją Mattii staje się matematyka, poszukiwanie reguł, powtarzalności, symetrii, bezpieczny świat nauki, odległy od rzeczywistości, świat, jak powiada Mattia, „rzeczy martwych, zimnych, przeżutych”. Maniakalnie dokładny, wybitny w swojej dziedzinie, niezdolny do żadnej spontanicznej reakcji, Mattia przypomina nieco bohatera „Pięknego umysłu”, a także profesora Kiena z „Auto-da-fé” Eliasa Canettiego, zamykającego się w swojej bibliotece niczym w twierdzy. Mattia wypowiada zresztą zdanie, które wydaje się echem słów Kiena: „książki nie zadają bólu i nie możesz zadać im bólu”.

Nie wszystko naturalnie jest w tej powieści doskonałe, wydaje się, że autor zgromadził zbyt wiele epizodów, drastycznych scen przemocy i autoagresji, użył jedynie czarnej barwy dla odmalowania portretów swoich postaci. Zbudował jednak narrację z mistrzowską konsekwencją, prowadząc zahipnotyzowanego czytelnika od rozdziału do rozdziału i nie ofiarując mu żadnego pocieszenia.
Przedstawienie chaosu serca i pozornego ładu świata, by odwrócić słynną formułę Komensky’ego, wykracza daleko poza tradycyjną powieść inicjacyjną, posługuje się zadziwiająco dojrzałym stylem.
Krytykę włoską najbardziej interesowało w ubiegłym roku pytanie: co dalej? Czy wybierze literaturę czy fizykę? Giordano odpowiada na razie wymijająco: „Sądzę, że będę pisał, ale nie będzie to mój jedyny zawód”.