Sztuka, babki, mrok
Franckie Alarcon CC BY-NC-SA 2.0

18 minut czytania

/ Obyczaje

Sztuka, babki, mrok

Inga Iwasiów

Po lekturze Rebecki Solnit sporo mówimy o sobie, zwierzę się i ja: mogę walczyć wręcz, mogę argumentować, ale nie potrafię krzyczeć. Eseje „Mężczyźni objaśniają mi świat” znakomicie pokazują tę zablokowaną przeponę, ale i potrzebę nieustępliwości

Jeszcze 5 minut czytania

Książka Rebecki Solnit „Mężczyźni objaśniają mi świat” w tłumaczeniu Anny Dzierzgowskiej wzbudza tak duże zainteresowanie, że jeśli czytasz ten tekst, prawdopodobnie znasz inne – napisane przez feministki – felietony, recenzje, statusy na Facebooku dotyczące tytułu. Tego tytułu i formuły męskiej pobłażliwości oraz omnipotencji. Ja znam i dzielę z nimi odczucie, że amerykańska feministka trafia w czuły punkt, a wiele zdań i akapitów tak pasuje do dnia powszedniego kobiety, że można zrobić z nich wypisy, dodając tylko: „ale w Polsce jest dużo gorzej”.

Inicjująca zbiór anegdota przywołuje spotkanie autorki z pewnym wpływowym mężczyzną, który opowiadał jej o ważnej książce o Eadweardzie Muybridge’u. Jak w klasycznym qui pro quo, była to właśnie ostatnia książka Rebecki Solnit, znana wpływowemu z omówienia na łamach „New York Times Book Review”. Pouczanie, dominowanie, mentorstwo, ustawianie kobiet w pozycji słuchaczek – istotnie, doświadczamy tego codziennie, także w przestrzeni akademickiej. W opowieści Solnit od samej sytuacji ważniejsze jest dopowiedzenie, które następuje nie w czasie akcji, lecz niejako z opóźnieniem, po powrocie do domu, kiedy do głowy przychodzą najcelniejsze riposty. Tokujący samiec zatrzymuje się zaledwie na chwilę, gdy dociera do niego, że być może odrobinę się wygłupił. Kompetentna autorka potrzebuje bezpiecznej przestrzeni własnego mieszkania, komputera, sieci, by zebrać argumenty, napisać błyskotliwy tekst, a następnie go upowszechnić, puścić w obieg. Być może to odłożenie, przesunięcie i następnie cyrkulacja artykułu opowiadają pewną równoległą historię, meandrującą przez inne eseje Solnit, o kapitalnym znaczeniu dla ruchów społecznych i intelektualnych, które czynią równość swoją zasadą. I być może polska recepcja „Mężczyzn, którzy objaśniają…” dokłada kolejną warstwę do tego przekładańca, którego najważniejszym składnikiem jest wyjątkowo i niezrozumiale trwały mechanizm upodrzędniania kobiet w świecie wywalczonych praw, przedyskutowanych zasad, przećwiczonych reakcji. Solnit daje nadzieję, posługując się w końcowym eseju metaforą dżinna i puszki Pandory: naczynia są puste (patriarchat nieatrakcyjny), a uwolnione duchy pracują w świecie obok nas. Nie ma więc takiej możliwości, by patriarchat przetrwał.

 Rebecca Solnit Mężczyźni objaśniają mi świat. Rebecca Solnit, „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Przeł. Anna Dzierzgowska, 190 stron, w księgarniach od września 2017 Tymczasem trwa, a nawet ma się dobrze – obrażone, poniżone, wracamy do domu, zbieramy siły, piszemy teksty, czytane w zamkniętym obiegu przez osoby podzielające nasze poglądy i odpowiadające nam serią anegdot, potwierdzających nasze. Wymiana opowieści ma znakomite walory terapeutyczne, wzmacnia poczucie przynależności, a nawet wyłania z niebytu grupę, i rozszerza ją, łącząc osoby o różnych rodowodach, zawodach, nawet poglądach. Czegoś takiego doświadczamy podczas akcji ulicznych, protestów, kongresów, mówiąc z przekonaniem „jest moc”. Podobny grunt ma Solnit, teoretyczka i aktywistka. Jej wywód sprawia wrażenie rozpiętego między skrajnymi nastrojami: od „trwałe, powtarzalne, niemal uniwersalne” po „zmienne, zdemaskowane, przezwyciężone”. Od „zniechęcenie, ciemność” po „nadzieja, jasność”. Od „codzienne pogromy” po „udane interwencje”. Niemożność pozostania po jednej stronie tej skali stanowi sedno sprawy. Tak więc idziemy za autorką od szkicu do szkicu, zbierając argumenty na rzecz ciemnego obrazu relacji społecznych, by z nadzieją chwytać rzuconą przez nią linę przekonania o zmianach na lepsze.

Przerabiamy raz jeszcze „Reakcję. Niewypowiedzianą wojnę przeciw kobietom” Susan Faludi. Inaczej ta lekcja przebiega w USA, Solnit chwali tamtejsze demokratyczne zasady, pisząc o podejściu sądu do napaści seksualnej na Nafissatou Diallo, dokonanej przez Dominique’a Strauss-Kahna w pokoju hotelowym na Manhattanie. Polskie czytelniczki mogą przytoczyć głośne sprawy molestowania znane z życia publicznego i doświadczeń osobistych. Czy wygrane przez kobiety? W logice ujawniania te sprawy są wygrane – „prostytutki nie można zgwałcić”, uporczywe esemesy od szefa z redakcji, „mój by się nie zmieścił”, „jedna na dziesięciu chłopa to mało”– nie muszę przytaczać źródeł, są powszechnie rozpoznawalne. Dzięki ich nagłośnieniu wiele dotkniętych, zaniepokojonych, przeciwnych praktykom przemocowym kobiet opowie nam swoje historie i przyzwolenie społeczne przestanie chronić mężczyzn. Z drugiej strony, jeśli jest postęp, dlaczego mamy o czym opowiadać?

Jaka jest skala złych doświadczeń moich koleżanek, przekonałam się dwadzieścia lat temu na feministycznych warsztatach techniki WenDo, opracowanej przez kobiety dla kobiet techniki pobudzania świadomości i siły oraz radzenia sobie z agresorami. Ponieważ po lekturze „Mężczyźni objaśniają mi świat” sporo mówimy o sobie, zwierzę się i ja: mogę walczyć wręcz, mogę argumentować, mogę uparcie dążyć do celu, ale nie potrafię krzyczeć. W WenDo krzyczymy. Być może mam blokadę założoną między przeponę a gardło. Poczułam ją lata temu, występując jako oskarżycielka w postępowaniu dyscyplinarnym wobec profesora, który lubił dwuznaczne przykłady językoznawcze. Zwłaszcza, że komisja stała po jego stronie, a uwagi na temat nieprzydatności nas, studentek, stanowiących większość na wydziale, uznawane były za dowcipne. Kilkanaście lat potem podczas treningów moje koleżanki wykrzykiwały miana agresorów, tych panów na budowie mijanych codziennie rano, chłopaków ze szkoły, wujków, ojców, narzeczonych, mężów. Upływa następnych kilkanaście lat, kolejny ujawniony przez media przypadek grasującego na wyższej uczelni szowinisty wywołuje lawinę postów krzywdzonych, źle czujących się w seksualizującym otoczeniu kobiet. Czemu oni nam to robią? Ponieważ mogą, brzmi odpowiedź, ponieważ mają z tego profity i nie grozi im ani ostracyzm, ani realna kara. Jeśli zdarzy się coś takiego, że jednak zostaną powstrzymani i ukarani – mogą liczyć na wsparcie, bo niemal zawsze głosy potępienia zostają zniwelowane przez głosy ubolewania nad poprawnością polityczną, brakiem poczucia humoru i nieadekwatnością reakcji, rujnujących im małżeństwo, karierę, spokój.

Solnit znakomicie pokazuje splot codziennych doświadczeń i nieodwracalnych czynów, zbrodni, przemocy, a zarazem potrzebę nieustępliwości. Przy okazji także tę zablokowaną przeponę, od której zaczyna – mogę napisać kolejnych dziesięć książek, ale nie zajmę pozycji, którą mężczyźni dostają niejako z przydziału, z racji wychowania domowego i instytucjonalnego. Jednak muszę, wbrew zniechęceniu, pisać, zabierać głos. Łatwiej krzyczy nam się teraz, gdy wychodzimy razem na ulice i powtarzamy sobie nawzajem, że w serii performatywów zmieniamy świat. Niestety, po powrocie do domu dowiadujemy się zwykle, że póki co – świat nie koryguje twardego kursu na prawo, ironicznie zwijając do środka niektóre argumenty dyskursu równościowego. Poznański Chór Czarownic w mocnych songach łączy los palonych na stosie w Chwaliszewie z wrzucającymi do gara strawę dla rodziny zwykłymi mieszkankami świata. I los uczestniczek Strajku Kobiet, wyrażających hasztagiem #mamdość stosunek do polityki. Na poziomie emocji ujawnia się brak zmian, choć intelektualnie pracujemy nad nimi i chcemy je dostrzec choćby w statystykach zatrudnień i płac.

Jeden z esejów Solnit, „Babka pająk”, dotyczy kobiecego nieistnienia w historii i genealogii. „Na każdą i każdego z nas wpływ wywierają te rzeczy, które poprzedziły naszą formalną edukację, które pojawiły się znikąd, z codziennego życia. Te wykluczone wpływy nazywam babkami. […] Są także inne sposoby, za pomocą których usuwa się kobiety. Weźmy tę całą sprawę z nazwiskami”. Wątek nazwisk i tożsamości pojawił się niedawno na Facebooku pod cytatem z Wojciecha Eichelbergera na temat przyjmowania przez kobiety nazwiska męża. Zaskoczył mnie, ponieważ mam w pamięci dziesiątki feministycznych prac przywołujących piękną książkę Jolanty Brach-Czainy „Błony umysłu”. Można ją odnieść do cytowanych wyżej fragmentów „Babki pająka” – trawienie, picie herbaty, oddychanie, przypadkowe obserwacje (jak w poprzednich, kultowych „Szczelinach istnienia” Brach-Czainy lepienie i jedzenie pierogów z wiśniami, zbieranie brudów ścierką, poród) są „babkami”. Na początku „Błon umysłu” filozofka pisze o przodkiniach, ustawiając się w tradycji matrylinearnej. Okładka przedstawia nam: „Jolantę, córkę Ireny, wnuczkę Bronisławy, prawnuczkę Ludwiki”, lecz bibliografia nie toleruje takiego zapisu. (Inna ironia bibliograficzna: kolega uniwersytecki opowiedział mi o oburzeniu językoznawczyń, które nie chcą zapisywać swoich nazwisk w mianowniku, ponieważ są przywiązane do końcówek wskazujących na stan cywilny. System POL-on, zliczający dorobek naukowy, nie przyjmuje tego do wiadomości i nie chce przypisać „-owych” do jednostki, „-anek” też by nie chciał, ale te się nie upierają przy wariantach nazwiska. Oto program, który zrównuje lepiej niż edukacja).

Moment, w którym uświadamiamy sobie własne przejście „na stronę” mężczyzn, niczym repetycję „Eseju o darze” Marcela Maussa, stanowi moment zwrotny kobiecej biografii. Dowodzi tego dyskusja pod wspomnianym cytatem z Eichelbergera. Zdania były podzielone, internautki zgadzały się z tezą, że przyjmowanie nazwiska męża osłabia podmiotowość lub uznawały ją za bzdurę. Dopisałam gdzieś nieśmiało, że Eichelberger tego nie wymyślił.

Do Brach-Czainy dodałabym Luce Irigaray, do niej teraz Rebeckę Solnit, ale także inne badaczki, eseistki, terapeutki. Cała feministyczna dyskusja z Freudem toczyła się wokół pytania, czy koncepcja psychiki zbudowana na kompleksie Edypa pomaga rozumieć ludzi, czy też konstruuje nierówności. Moją uwagę o „Błonach umysłu” podjęły tylko koleżanki-humanistki. Dyskusja przypisująca Eichelbergowi opinię, że przyjęcie nazwiska po mężu może wpływać na postrzeganie siebie, toczyła się (i może trwa). Nie chcę napisać, że nie czytamy, i atakować ignorancji. Nie. Myślę jednak, że te zerwania myśli, bezustanne zaczynanie od tego samego punktu, stanowią istotny składnik doświadczenia. Kobiecego doświadczenia.

Nasza wiedza o świecie nabywana w codzienności i zgodnie z powiedzeniem „poczuć na własnej skórze” ignoruje zwłaszcza depozyty tekstów kobiecych. To także spostrzeżenia pisarki, publicystki, krytyczki i nauczycielki akademickiej. Nawet w czasach spychania na drugi plan erudycji literackiej łatwiej odwołać się do tez filozofów niż dokonywanych od wielu dziesięcioleci kobiecych rewindykacji. Nie-męskie, a więc uznane za marginalne i incydentalne, łatwiej odsunąć. Pozwala to zabierać głos kolejnym pokoleniom, rocznikom, osobom, ale dziewiczość ich odkryć (choć uprawniona) bywa przygnębiająca.

Podobnie, mam wrażenie, działa zakaz dyskryminacji. Już wiemy, że kobiety mają równe prawa, a wciąż się przekonujemy, że miękkie prawo nie zmienia praktyk społecznych. Za każdym razem, gdy czytam felieton, list do redakcji, tweet o poniżeniu, pominięciu, zlekceważeniu siostry, jestem poruszona, zniechęcona i czuję wielkie zmęczenie.

W pięknym (również wizualnie, dzięki wprowadzeniu przez autorkę fotografii prac Any Teresy Fernández oraz starannej edycji krakowskiej oficyny Karakter) tomiku esejów Solnit jeden wychodzi poza główny temat, czyli politykę płci oraz wojnę o gender – bo i to hasło naszych czasów zostaje użyte wprost w narracji. „Mrok Virginii” zainteresował mnie najbardziej, także ze względu na literaturoznawcze i literackie pasje. Solnit wraca do Woolf, która inspirowała ją wcześniej, aż w pięciu książkach poświęconych wędrowaniu, empatii, chorobie, nieznanemu, mocy ludu. „Przyszłość maluje się ciemno, co ostatecznie, jak uważam, jest na tę przyszłość perspektywą najlepszą” – zaczyna szkic cytatem. W innym miejscu odtwarza okoliczności własnego pisania „w rozpaczy” spowodowanej interwencjami zbrojnymi USA. Rozpacz Woolf wyłania się z mroku wojennego, depresje współczesnych pisarek także mają wiele wspólnego z polityką przemocy. Tej wobec jednostek i grup, ale i międzypaństwowej oraz globalnej. Ranga oddana głębinowym i zarazem uzależnionym od realnych zdarzeń odczuciom zbliża piszące kobiety do siebie, bez względu na używany język i kontekst.

W eseju o Woolf drugą ważną postacią jest Susan Sontag. Depresja, choroba, troska są i dla niej tematami przewodnimi. Czytając „Mrok Virginii”, myślałam o związkach między polityczną diagnozą, kobiecością, zajmowaniem się sztuką. Sama szukam odpowiedzi na pytanie, jak praktykowanie sztuki rezonuje w świecie politycznie formatowanym, a także jakich kryteriów używać, gdy rozmawiamy o dziełach feministycznych. W przypominanym przez Solnit „Przeciw interpretacji” Sontag pragnie powrotu do czystego kontaktu, podążania za pojedynczym aktem, oddziaływaniem artefaktu. Jak się to ma do wagi przypisywanej campowi jako ekspresji-rebelii? Wydaje się, że dowartościowując dryf przeciw-interpretacji, Sontag uczy nas, że nie każde użycie wypowiedzi artystycznej wychodzi jej naprzeciw. Zarazem jednak część performatywów artystycznych (jak camp) tworzonych jest po to, by (re)intrepretować kontekst. Dziś camp zastąpiły czarne marsze.

Czy pisane w konkretnej sytuacji politycznej, ale także wystawiane w galeriach, teatrach, kinach dzieła kobiet mogą uniknąć mocnego wpisania w kontekst? Są odbierane jako „kobiece” i uznane lub pominięte – do pewnego stopnia także ze względu na spełnianie (lub nie) kryteriów użyteczności w dwuwartościowym dyskursie.

Co ważne, większość tych uznanych ma jakiś związek z mrokiem, depresją, wściekłością, niezadowoleniem lub jest ich świadomym, antytetycznym pokonywaniem. Kobiety piszą o przemocy, rozczarowaniu, dojrzewaniu, odchodzeniu, samotności, ranach.  Leżą przede mną debiuty z 2016: Anny Cieplak „Ma być czysto”, Radki Franczak „Serce”, Natalii Fiedorczuk „Jak pokochać centra handlowe”, Natalii Osińskiej „Fanfik”. W syntezie przedstawiałabym te powieści jako historie o zmaganiach z patriarchalnymi nawykami. Choć kultura masowa próbuje nas zabawiać i przekonywać do pogodnych historii, kobiety ujawniają uparcie skalę i natężenie bólu, przemocy, zmagań, nieporozumień, przypadającą im w udziale z racji urodzenia.

To dotyczy także kobiet-artystek. Przypomnę wydane niedawno powieści: „Inną od siebie” Brygidy Helbig oraz „Ostatnią powieść Marcela” Katarzyny Tubylewicz. Obie, w różnych konwencjach, wracają do problemu płci i narracji oraz stereotypów pisarskiej roli. Helbig pisze własną wersję biografii Marii Komornickiej, ikony dramatu gender i sztuki. Tubylewicz zadaje pytanie o przejęcia ról między wypalonym, lecz popularnym pisarzem a adeptką-fanką. Zatarta czytelność tekstu i relacji przypomina biografie literackich par oraz listę pytań o podział obowiązków i przywilejów, sporządzaną przez feministki wciąż od nowa.

Niedawno ukazała się powieść z wątkiem  metakrytycznym o kryterium  płci w recepcji dzieła: „Świat w płomieniach” Siri Hustvedt w tłumaczeniu Jerzego Kozłowskiego. Jej bohaterka jest artystką wizualną. Po śmierci męża, bogatego konesera sztuki i marszanda, przeprowadza eksperyment, który można odnieść do wspomnianych bohaterek Helbig oraz Tubylewicz, a także do znakomitego filmu „The Square” Rubena Östlunda, który pokazuje polityczne konotacje praktyk galeryjnych. Artystka w powieści Hustvedt nakłania mężczyzn do wystawiania jako własnych jej dzieł, a następnie opisuje je lub lobbuje na ich rzecz. Tak czy owak – byłaby cicho czy też dokonała tej prowokacji – umiera niedoceniona i tylko powieściowy akt śledczy, a więc fikcja jako odtwarzanie przebiegu zdarzeń, są w stanie ocalić jej spuściznę wraz z jej smutnym finałem.

Powstaje wobec tego pytanie o kryteria, ale na jakimś wyśrubowanym metapoziomie metapoziomu. Jeśli potrzebujemy sztuki jako wypowiedzi – geja, przedstawiciela mniejszości, kobiety – to czy jesteśmy w stanie przyjąć ją w akcie przeciw-interpretacji, a więc niejako w czystym polu, poza potrzebą chwili? Hustvedt zdaje się twierdzić, że nie możemy, póki na drabinie prestiżu kobiety stoją najniżej. Zaglądając do galerii w Polsce, byłabym skłonna przyznać, że sztuka kobiet opowiada to samo-po-czucie i chce się mu przeciwstawić. Jednak właśnie czyniąc temat z kobiecego doświadczenia i szukając środków jego opracowania, artystki stają się widzialne.

Prawdopodobnie jeszcze dość długo utrzyma się koniunktura na zapis złych doznań, niesprawiedliwych reakcji świata. Z postulatu przeciw-interpretacji chciałabym ocalić myśl, by każdą powieść, każdy spektakl traktować jako przygodę, nie zaś daną klasyfikacyjną. Ze zbioru Rebecki Solnit zaś wynoszę przeświadczenie, że sztuka kobiet jest jeszcze przed  definicją polityczna. Współtworzy zmiany na wiele sposobów, czasem w akcji bezpośredniej, rzadziej wprost, niekiedy doraźnie, niekoniecznie na zamówienie, za to zaskakująco i  uporczywie.  Wytwarzają ją, odbierają, interpretują i porównują z życiem i twórczością osoby w stanie systemowego deficytu.