Widma transformacji
fot. Edwin Dekker

24 minuty czytania

/ Literatura

Widma transformacji

Przemysław Czapliński

To nie transformacja chodnikowa była widmowa – widmem była polska modernizacja. Zakrywały tę widmowość oznaki nowoczesności – z księżyca wzięte, ale podobne do księżycowych marzeń produkowanych przez kulturę masową globalnego obiegu

Jeszcze 6 minut czytania

Siedzieliśmy w gronie znajomych, odczytywaliśmy fragmenty tej książki i co chwilę ktoś wykrzykiwał: „Racja!”, „Tak było!”, „Zgadza się!”. W okrzykach był zarazem podziw dla autorki świetnie rekonstruującej rzeczywistość, radość z odzyskanego śmietnika pamięci i zdumienie, że tak łatwo o tym zapomnieliśmy. I że nikt jeszcze tego nie opisał.

„Duchologia polska” Olgi Drendy – skrzyżowanie studium etnograficznego, reportażu i powieści – to jedna z najbardziej odkrywczych i zaskakujących książek poświęconych transformacji ustrojowej. Jej zawartość niby jest oczywista, bo doświadczona przez miliony, ale zarazem nieostra, bo wyparta albo pochowana w fałdach zbiorowej pamięci. Od tej sprzeczności – zamazanego obrazu niewątpliwej historii – autorka zaczyna, pisząc: „Zdałam sobie sprawę, że wspomnienia z lat 80. i 90. są pełne zakłóceń”.

Jej książka obejmuje schyłek PRL-u i początek III RP, widmową epokę, która „zaczyna się mniej więcej w 1986, może dopiero w 1987”, a kończy „około roku 1994, kiedy to wprowadzono tak zwaną ustawę antypiracką i denominację złotego. Ulice, domy, prasa, książki, reklamy w mieście, osiedla, ludzie – wszystko to zaczęło wyglądać jak wszędzie indziej. W tym czasie, od 1988 do 1993 roku – jak można odnieść wrażenie – Polska pływała w jakiejś kosmicznej prazupie, nad którą rzadko ktoś się pochyla, chyba że trzeba wyłowić z niej jakieś polityczne haki”.

Olga Drenda opisuje więc okres, gdy kończył się socjalizm realny, a zaczynał równie realny kapitalizm (w 1991 liczba bezrobotnych przekroczyła milion, a w 1993 sięgnęła 4 mln). Społeczeństwo znalazło się wówczas w kleszczach między słabnącym państwem a nabierającym rozpędu rynkiem, między powszechną koniecznością zabiegania o codzienność a znacznie mniej egalitarną szansą zmiany statusu. Dla wielu najprostsze sprawy wymagały coraz większego wysiłku, dla mniej licznych otwierało się pole nieokreślonych szans i możliwości dostępnych za cenę ryzyka albo kombinatorstwa. PRL starzał się w tempie zastraszającym: z roku na rok niepraktyczne, niemodne bądź już nieużyteczne okazywały się sprzęty domowe (telewizory, radia, gramofony), prywatny park maszynowy (samochody), wystrój wnętrz, ubiory, ubarwienie przestrzeni publicznej. Świat pruł się na naszych oczach, a duch czasów naznaczał rzeczy do wymiany, zdzierając szpachlą warstwy tynku z murów, wnikając do mieszkań, kalecząc tapety i ciała, tarmosząc ludzkie ubrania, zrzucając sprzęty z półek i biurek. W tych warunkach – pod naciskiem przymusów, w odpowiedzi na szanse – rozpętała się społeczna wynalazczość.

Tempo i ład

„Duchologia polska” jest napisana świetnie. Autorka – czerpiąc z antropologii codzienności Rocha Sulimy – pilnuje konkretu, nie odstępując rzeczy i słów życia potocznego. Nie wymądrza się, nie traktuje tamtego świata protekcjonalnie ani nostalgicznie. Swoje ingerencje minimalizuje, oddając głos komentatorski cudzym tekstom bądź osobom, które na przełomie dekad przywędrowały do Polski z Zachodu.

Olga Drenda, „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji”. Karakter, 256 stron, w księgarniach od czerwca 2016Olga Drenda, „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji”. Karakter, 256 stron, w księgarniach od czerwca 2016

Drenda nie rekonstruuje jednak chaosu epoki, lecz nakłada na przedstawiany okres swój własny porządek, odpowiadający sferom aktywności zbiorowej. Po kolei oglądamy zmiany, które obejmują: miasto i przestrzeń publiczną, domy i mieszkania, mały handel, wzorce osobowe, wierzchnią warstwę produktów kultury masowej (okładki, liternictwo), rozrywki masowe. Książka została mądrze zakomponowana, a ład ten w niczym nie przeszkadza wyłanianiu się rzeczywistości z całą jej zmienną dynamiką, radosną i żałosną kreatywnością, pomysłowością w domu i rynkowej zagrodzie. Ogrom materiałów zebranych przez autorkę został przy tym wpleciony w narrację, która ani przez moment nie stoi w miejscu: zawrotne tempo etnograficznej opowieści, świetnie dostosowane do gorączkowej aktywności transformacyjnej, jest umiejętnie spowalniane przez krótkie komentarze i wspomnienia rozmaitych obserwatorów i uczestników tamtej historii.

„Rzeczy się dzieją”

Tempo i gęsty konkret dobrze odpowiadają wieloznaczności użytego przez autorkę określenia „rzeczy się dzieją”. Ważne jest, jak pisze Drenda, nie tylko samo występowanie rzeczy, lecz również specyfika ich udziału w historii. Rzecz – a więc przedmiot, sprzęt, wystrój – jest wytworem i siłą wytwarzającą. Powstaje nie tyle dzięki niezapośredniczonej ludzkiej kreatywności, ile kreatywność tę poprzedza i napędza, niesiona przez wyobrażenia, marzenia i ambicje. Wymiana starego samochodu na nowy – syrenki na poloneza, poloneza na używanego volkswagena czy opla – zależy nie tylko od stanu majątkowego, lecz również od dynamiki materialnych pożądań. Przedmioty odpychają nas i przyciągają, a przy tym siła ich atrakcyjności i repulsji zmienia się w czasie, więc każda rzecz ma swoją historyczność i każdej przysługuje moc sprawcza.

Właśnie o tej sinusoidzie pożądań i możliwości pisze autorka w kolejnych rozdziałach, przedstawiając zmiany estetyk społecznych. Zaczynamy od kolorów przestrzeni publicznej, w której u schyłku PRL królowały „ubóstwo, nieporządek, brudne fasady (…). Powietrze pachniało węglem brunatnym, kapustą i lizolem”; „Miasta były podobne do tych w NRD, tyle że budynki bardziej brudne, a trawniki bardziej zaniedbane. Ludzie w autobusach i tramwajach siedzieli z nosami w książkach. (…) W kolejkach ludzie się awanturowali. Wschodni Niemcy byli zdecydowanie mniej nerwowi”. Z przestrzeni miejskiej pod koniec lat 80. zaczynają znikać samochody marki Syrena (w latach 1991–1992 w samej Warszawie porzucono ich ponad sześć tysięcy) – jakby ludzie przygotowywali miejsce dla przyszłości, chcąc zatrzeć ślady przeszłości.

Łódź w latach 1991-1992 / fot. Edwin DekkerŁódź w latach 1991–1992 / fot. Edwin Dekker

Większe i mniejsze miasta stają się pod jednym względem podobne – ludzie wychodzą na ulice, napełniając krajobrazy mizerii swoją aktywnością. Warszawa schyłku lat 80. – „miasto zrujnowane, posklejane prowizorycznie taśmą klejącą, przytłaczające i opustoszałe, a jednocześnie napędzane dziwną twórcą energią” – przez krótki czas nie będzie różniła się od Radomia czy Konina. W całej Polsce pojawiają się „uliczne budki gastronomiczne: kioski z dykty, gdzie serwowano kurczaka z rożna (…)” i „przyczepy [campingowe] Niewiadów z fast foodem”. Pistacjowe kolory stopniowo ustępują bardziej jaskrawym, które „miały zapowiadać nowoczesne produkty i usługi. To w takich odcieniach nadchodziły nowe słowa: BEZ MARŻY, HURT-DETAL, BONIFIKATA, RATY BEZ ŻYRANTÓW. Skojarzenie jaskrawości z nowoczesnością było dość silne – już w telewizyjnej reklamie z 1989 roku modelka w wannie zachwala pumeks fluorescencyjny Purocolor”.

W tej przestrzeni – która u schyłku lat 80. zmieniała się w większym stopniu pod naporem ludzkiej pomysłowości i aktywności niż kapitału – pojawiają się pierwsi przedstawiciele nowych profesji, czyli polscy japiszonowie. Jeszcze młodzi, dopiero na dorobku, ale szybciej przeskakują szczeble oszczędzania. Mają nowe gusta: w ich mieszkaniach funkcjonalność ustępuje wygodzie i przedmiotom konotującym status społeczny. W blokach nadal dominuje estetyka przytulności, osiągana („sfera materialna była jedną wielką improwizacją”) przede wszystkim poprzez gromadzenie rekwizytów domowości (precjoza, porcelana, zdjęcia na ścianach, wystawa figurek na środkowej półce meblościanki) i poprzez wytłumianie ścian oraz drzwi (pamiętne puchate obicia ze skaju!). Dotychczasowy układ w pokoju gościnnym ulega zmianie: rozsuwa się meble, aby zmieścić większy telewizor i ustawić magnetowid. W biurach styl dyrektorski ustępuje kowbojskiemu, reprezentowanemu przez rumuńskie zestawy Bonanza: skóra, ciemne kolory, w meblach drzwiczki typu saloon. Przybywa butików, które są już wszędzie – pod arkadami, na rynkach, w kamienicach i osiedlowych kompleksach supermarketowych.

Powoli odchodzi w przeszłość plastik jako materiał uniwersalny. „Powrót do natury” ustawia nowe preferencje – na drewno, wiklinę. Polska ląduje w orbicie europejskich mód mieszkaniowych i wyposażeniowych. Równocześnie elita zmienia zamówienia na domki – zamiast „kostki polskiej” coraz częściej pojawiają się imitacje dworków ziemiańsko-szlacheckich.

Na początku lat 90. przyczepy campingowe przerobione na kioski spożywcze albo punkty małej gastronomii ustępują (na mocy rozporządzenia) jugokioskiom – ciasnym, ale niezniszczalnym budkom, w których znaleźć można niemal wszystko, od prasy i papierosów po napoje, słodycze i kanapki. Na chodniki wylewa się muzyka: z walizek albo zaimprowizowanych straganów sprzedaje się kasety magnetofonowe z muzyką wszelaką, piracko, lecz hurtowo przegrywaną w półlegalnych wytwórniach. Muzyka filmowa, pop, rock, elektroniczna – wszystko za niewielką cenę, średniej jakości, ale dostępne. „Najciekawsze jednak są okładki, w których zachowało się całe archiwum technik, wzorów artystycznych, ulubionych stylów amatorskiego dizajnu przełomu dekad”. Polska – co przysparza jej kłopotów na arenie międzynarodowej – staje się krainą piractwa. Na razie oznacza to, że jest również krajem masowego popytu na kulturę.

Łódź w latach 1991-1992 / fot. Edwin DekkerŁódź w latach 1991–1992 / fot. Edwin Dekker

Lawinowo rośnie liczba odtwarzaczy wideo – w 1988 jest już ich milion. Złoty okres przeżywają wypożyczalnie kaset, w których Polacy tworzą – prostą drogą zamówień – „alternatywny kanon, opierający się na filmach, które się podobają, a nie tych, które wypada znać albo mają dobre noty u krytyki”. Obywatelstwo zyskują gatunki SF i fantasy, a także literatura popularna: „Nakłady były olbrzymie, a zapotrzebowanie czytelników na literaturę gatunkową wydawało się nieskończone. Przepis na sukces był prosty – tanie paperbacki, sensacja, fantastyka, horror, romans. Skorzystały z niego przede wszystkim wydawnictwa Amber i Phantom Press”. Triumfy święci Alistair McLean, potem nadchodzi czas „ludlumów” i harlekinów. Do księgarń na skalę masową trafiają dzieła wcześniej zakazane – Sołżenicyn, Orwell, Konwicki, Miłosz, Herling-Grudziński. Inteligencja ogłasza w tym czasie koniec swojej misji dziejowej: społeczeństwo samo pragnie się modernizować i westernizować, więc rozmaite strategie unowocześniania wymyślane przez klasę wykształconą są już niepotrzebne. Legitymizuje to nową strategię państwa, które – głosem minister Cywińskiej – wycofuje się z roli opiekuna i mecenasa kultury.

W cyrkulacji rynkowej pojawia się nowy, agresywny język promocji. Naga albo roznegliżowana kobieta osadzona w nowym kodzie nie jest już nagrodą za pracę, częścią rozrywki, lecz symbolem pożądania napędzającego kapitalizm. W dużych miastach otwierane są kasyna i organizowane konkursy piękności – wokół takich imprez zaczynają gromadzić się elity biznesowe. Czytelnicy gazet, przynajmniej niektórzy, chcą, by wreszcie można było zamieszkać w „europejskiej Polsce”, a nie „polskiej Polsce”. W 1990 roku debiutuje miesięcznik „Sukces”, kusząc perspektywą tego, „jak zostać oligarchą w weekend”.

Wkrótce jednak reklamy i formy działania firm biznesowych zostają zdominowane przez obce wzorce, więc improwizacja pierwszych lat transformacyjnych przechodzi w imitację. Pojawiają się sieciówki, które wypłukują z rynku tańsze lokale gastronomii publicznej. Wszystko – liternictwo, wzornictwo, estetyka wnętrz, stroje, wygląd ulic (do parteru) – powoli się formatuje i standaryzuje. Kluczem do sukcesu jest język angielski, co sprzyja naśladowczemu charakterowi polskiego kapitalizmu. Transformacja ustrojowa wchodzi w nową fazę, która wymaże kilkuletni okres kapitalizmu chałupniczego…

Mity transformacji

Pora na odrobinę niezgody. We wstępie do książki Olga Drenda pisze: „W samym środku pracy nad książką nastąpiło czołowe zderzenie dwóch politycznych baśni: jednej o dwudziestu pięciu latach szczęścia i wolności, a drugiej o dwudziestu pięciu latach złowrogiego matriksu. Chyba wykazałam się instynktem samozachowawczym, gdy zdecydowałam, że będę unikać wplątywania się w jakiekolwiek mitologie nabazgrane na faktycznych wydarzeniach”. Sądzę, że unik nie wyszedł. Duchologia polska, jako quasi-metodologia ciekawie przez autorkę zmajstrowana do analizowania przemian estetyki okresu transformacji, nie posłużyła do opisu „faktycznych wydarzeń”, lecz do wytworzenia mitu. Autorka – trzymając się kotwicy materialności codziennej – chciała usytuować swoją opowieść między białym mitem sukcesu i czarnym mitem klęski. W istocie wpisała się w trzeci mit.

Mówi on, że na przełomie lat 80. i 90. – w warunkach ustrojowej zmiany – Polacy wytworzyli chałupniczą wersję kapitalizmu, mniej dostatnią od zachodniej, za to bardziej dostępną, opartą na licznych nielegalach i półlegalnościach, ale tanią i masową.

Wszystko, co powstało w tamtym okresie: kasety, wystrój wnętrz, podrabiane ubrania markowe, sprzęt elektrotechniczny, fantazyjne wzornictwo okładek, handel obnośny i obwoźny, sprzedaż ze „szczęk” i na targowiskach – wszystko to poznikało. Zniknięcie dokonało się w dwóch fazach: pierwsza miała charakter materialny, gdy nowe prawa ograniczyły piractwo kasetowo-muzyczne i wyczyściły ulice miast z chodnikowych straganów; gdy zamożniejsze firmy (zachodnie) wykupiły bądź pokonały rodzimy biznes; gdy rezygnacja państwa z funkcji mecenasa kultury zdławiła tysiące inicjatyw i doprowadziła do likwidacji tysięcy placówek kulturalnych. Faza druga rozegrała się w społecznej pamięci: zbiorowość wyparła ten etap jako siermiężny, obciachowy, nie-dość-zachodni, zdradzający orientalne oblicze polskiego społeczeństwa. W miejsce obciachu wstawiono więc globalne symbole kultury masowej („Rambo”, „Terminator”, Julia Roberts jako „pretty woman”), które zakryły polski płaskowyż biedy makietą nowoczesności.

Nazywam to mitem (choć wątpię, czy coś więcej ponad kontrmity można temu przeciwstawić), ponieważ kapitalizm dzisiejszy wcale nie jest tak różny od okresu transformacyjnego. Być może nawet transformacja nadal trwa, nadal się ciągnie i ślamazarzy, a prawdziwym urojeniem jest przekonanie, że się skończyła i że żyjemy w jakiejś innej, potransformacyjnej fazie nowoczesności. Więcej dostrzec można w polskim świecie ciągłości niż zerwań i różnic. Przede wszystkim istnieje tamta pamięć afektywna, choć w postaci zmutowanej. Zmutowanej, bo nadzieja połączyła się z frustracją, wstyd z gniewem, a upokorzenie z wściekłością.

Spór o duchy

Sądzę, że źródłem kłopotów wytwarzanych przez książkę jest ontologia widm przyjęta przez autorkę. Rozumie ona „duchologię polską” trojako. Po pierwsze, duchy transformacji zostały po rzeczach, które były tak dziwne, że aż nierealne (Kora Jackowska opisała „polskie lata 80. jako naturalnie punkowe” ). Po drugie, duchy zostały po sferze społecznej kreatywności – maszynach i taśmach produkcyjnych kombinowanych domowym sposobem, pomysłach na biznes za pięćset złotych i za pięć milionów, jednoosobowych firmach i wieloosobowych łańcuchach improwizowanej kooperacji. Po trzecie, duchy wytworzyła społeczna niepamięć, która wymazała praktyki i estetyki społeczne przełomu lat 80. i 90.

Trudno nie zgodzić się z autorką, gdy przekonuje o widmach pospolitego kapitalistycznego ruszenia. Zarazem trudno zgodzić się, gdy pisze o trzecim rodzaju duchów, czyli niepamięci. Sądzę bowiem, że to, co najważniejsze w pamięci zbiorowej, przetrwało i właśnie dziś upomina się o mocną obecność.

W gruncie rzeczy autorka wielokrotnie ową realność przywołuje i nazywa. Na przykład wtedy, gdy pisze o disco polo: „W obliczu rozwiązania się grupy Papa Dance szczególnie dotkliwy staje się brak muzyki dyskotekowej po polsku. Mikrowytwórnie kasetowe z dużych i małych miejscowości spieszą się, aby uzupełnić tę lukę. Tak powstaje nisza nazywana muzyką chodnikową, a później disco polo. (…) stopniowo powstaje prawdziwy drugi obieg polskiej piosenki (…). Nieprzypadkowo wielką popularność zdobywają taneczne wersje bigbitowych ballad z lat 60., «Białego misia» i «Zakochanego klowna», choć większość słuchaczy nie ma pojęcia o pochodzeniu tych melodii”. Trafne określenie „drugi obieg muzyki” należałoby dziś skorygować, stwierdzając, że to jest właśnie obieg pierwszy – tworzony przez regularną cyrkulację kapel i płyt, pieniędzy i wpływów, a także znaczony przyrostem realnej władzy.

Łódź w latach 1991-1992 / fot. Edwin DekkerŁódź w latach 1991–1992 / fot. Edwin Dekker

Marcin Kącki w książce „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” opisuje szaleńczy rozwój discopolowego rynku: „W połowie lat 90. [dyskotek] stało już dwadzieścia, grało osiemdziesiąt zespołów klonów Bayer Full – chłopców z tlenionymi grzywkami, w spodniach «marmurkach», białych skarpetkach, w czarnych mokasynach z frędzelkami. Nawet Boys zakładają własną dyskotekę, w Ciechocinku, koszty zwróciły się w kilka tygodni. Klub (…) działał w weekendy. Proboszczowi nie przeszkadzało, że nawet w niedzielę, niepokoił się o piątek, bo to przecież post”.

Nic w tym przypadkowego, że Andrzejowi Lepperowi – który właśnie po dyskotekach discopolowych szukał elektoratu – „jeden z zespołów napisał słynny partyjny hymn, «Ten kraj jest wasz i nasz», który okazał się plagiatem czeskiej piosenki”. I nic w tym przypadkowego, że jeden z potentatów muzyki disco polo jest dziś, właśnie dziś, najpotężniejszym człowiekiem Białegostoku, powiązanym rodzinnie i biznesowo z elitą lokalnej władzy i lokalnej hierarchii kościelnej.

To zaledwie jedno z widm, które urealniło się w drugiej dekadzie XXI wieku. Dodajmy do tego kolejne: rozdział o nowych strategiach reklamowych autorka zatytułowała „Reklama z dziewczyną dodaje prestiżu i elegancji”. Ze strategii tej wyłania się przemieszczona funkcja kobiecego ciała, którym zarządzać będzie patriarchalna kultura. Z dzisiejszej perspektywy projekty zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej (przy wysokiej konsumpcji pornografii w Polsce!) tworzą właśnie jedno z pasm owego patriarchalnego widma. Mizoginia czekała w PRL-owskiej zamrażarce, by razem z kapitalizmem wyruszyć do boju pod hasłami „tradycyjnej rodziny”, „naturalnej kobiecości” czy „eleganckiej katoliczki”. Jeśli to jest widmo, to tylko w takim sensie, w jakim mówimy o widmie światła – rozszczepialnym, lecz realnym.

Tak właśnie pojęte widmo ma kolejne pasmo. W rozdziale „Fiolet przechodzący w biel”, uwzględniającym obfitą w tamtym okresie ezoterykę, autorka cytuje felietonistę „Res Publiki”, który w 1991 roku stwierdzał: „Lud wierzy w bioenergoterapię, Najświętszą Panienkę z Leżajska, nową fizykę profesora Capry i nową biologię profesora Sedlaka, latające talerze i imperium KGB”. Zdanie jest symptomatyczne (słowo „lud” to próba ustawienia racjonalnej nowoczesności ponad zabobonnym pospólstwem) i trafne. Autor odsłania płaszczyznę, na której różne okazało się podobnym, a polityka spotkała się z wierzeniami. Polski katolicyzm – nieprzypadkowo sąsiadujący z ezoteryką i teoriami spiskowymi – stawał się wytwórnią rozmaitych obcości i utrwalał irracjonalizm jako zasadną metodę interpretacji rzeczywistości. Autorka, opisując przełom lat 80. i 90., uznała, że po roku 1994 „nieokrzesana wyobraźnia” została spacyfikowana. Sądzę, że stało się przeciwnie: wyobraźnia ta wchłonęła kilka mitów nowoczesności i okrzepła.

Nie bez przyczyn. Oto Drenda odnotowuje debiutujący w 1990 roku miesięcznik „Sukces” – kierowany do faktycznych i przyszłych biznesmenów – i komentuje zawartość numerów: „Lektura każe uznać, jakoby w roku 1991 Polska magicznym zrządzeniem losu osiągnęła poziom rozwoju Monako”. To kapitalne w swej ironii zdanie pozwala zrozumieć, że polska transformacja, oparta zasadniczo na prywatyzacji, wymagała demontażu tożsamości zbiorowej. W ramach modyfikacji społecznego rdzenia habitusu próbowano zaszczepić indywidualistyczną wyobraźnię cywilizacyjną. Problem tkwił w tym, że nowy model nie miał w sobie za grosz spójności – był wytworem patchworkowym, zlepkiem nalepek zdjętych z zachodniego luksusu, a nie poważnym wyobrażeniem nowoczesności.

W centrum transformacyjnej wyobraźni usytuował się sukces indywidualny: wyższe standardy życia, piękniejszy wygląd, luksusowe spełnienia. Nie obywatelskość, solidarność, nowa (poszerzona o Europę) tożsamość, praca nad zaufaniem społecznym, aktywizm polityczny, lecz jednostkowe powodzenie. To nie transformacja chodnikowa była widmowa – widmem była polska modernizacja. Zakrywały tę widmowość oznaki nowoczesności – z księżyca wzięte, ale podobne do księżycowych marzeń produkowanych przez kulturę masową globalnego obiegu. Stąd właśnie ów pułap dążeń odpowiedni dla szejków arabskich w miesięczniku „Sukces”, który w 1991 roku reklamował „prywatne linie lotnicze Janusza Leksztonia i jego Elgazu (…), golfa w Sopocie” oraz „listę najdroższych apartamentowców”, okraszoną spisem 50 najbogatszych Polaków (niektórzy z nich „wkrótce trafią do więzień”). Fantomowa była ta klasa wyższa, więc fantomowe okazały się dążenia klasy średniej, która zaczęła do tego stylu życia aspirować. Imitacyjność polskiej nowoczesności nie polegała wyłącznie na kopiowaniu zachodnich rozwiązań bankowych czy emerytalnych, lecz również – a może przede wszystkim – na próbie skopiowania wyobraźni. Wzmacniał ten proces rozpędzający się przemysł sukcesu, który w prasie i telewizji, na plakatach i w reklamach sugerował dostępność dobrobytu, bezpieczeństwa i uznania dla rozproszonych wszystkich.

Dlatego nowa fantazmatyka powodzenia była równie siermiężna, co wcześniejsza, choć już z połyskiem, równie uboga w sensy, choć bogatsza w gadżety, równie prostacka, choć odzwierciedlająca marzenia o szacunku. Jej zderzenie z realiami nie nastąpiło nagle, lecz rozgrywało się w ramach pełzającej kontrrewolucji i doprowadziło do spektakularnej katastrofy nadwiślańskiej. Nadzieje na egalitaryzację sukcesu gasły dość szybko, ale wstyd z powodu ubóstwa, zapóźnienia i poczucia gorszości blokował ekspresję społeczną przez lata 90. Pieniądze z Unii pomogły w pierwszej dekadzie XXI wieku. Wybuch przyszedł w dekadzie następnej, gdy ubożenie i jałowienie polskiej prowincji, migracja do dużych miast i przedłużający się okres słabych płac ujawniły, że reguły gry w kapitalizm nie są ani racjonalne, ani sprawiedliwe. I wtedy powróciło to, co najbardziej realne – transformacja jako widmo. Tak właśnie pozwoliłbym sobie to ująć: z perspektywy dnia dzisiejszego najtrudniej odpowiedzieć na pytanie, w imię czego i dla kogo dokonywała się transformacja.

Po lekturze książki Drendy odpowiedź będzie jeszcze bardziej zagmatwana. Gdybyśmy zaakceptowali duchologię przez autorkę zaproponowaną, musielibyśmy stwierdzić, że w drugiej dekadzie XXI wieku doszło do radykalnej zmiany ontologicznej. Najbardziej nierealne, duchopodobne, znikliwe stały się wcześniejsze byty twarde: Europa, Unia Europejska, demokracja, rynek jako siła emancypacyjna, wysoki popyt na kulturę. Natomiast niemal wszystko to, co autorka uznała za duchy transformacji, urealniło się i nabrało mocy sprawczej: „lud” uwłaszczył się poprzez kulturę popularną i postmodernistycznym gestem zamazał granicę między wysokim i niskim; ezoteryka przykleiła się do katolicyzmu, a polityka głównego nurtu zawiązała sojusz z irracjonalizmem; estetyka patriotyczna (tak przesadna, że aż kampowa) cieszy się wsparciem budżetowym ze strony państwa, a mizoginia zasiada w ławach poselskich i spozierając na pornosy, głosuje za zwiększoną dzietnością. Być może jest więc tak, że duchy, podobnie jak rzeczy, dzieją się i dziejami potrafią wstrząsnąć.

O tym właśnie, czyli o zmiennej historii widm polskiej transformacji, mogłaby być druga część „Duchologii”. Przydałaby się, bo mam wrażenie, że gdzie się nie obrócę, tam straszy realne.