Światła miast
fot. Thomas Hawk / CC BY-NC 2.0

30 minut czytania

/ Literatura

Światła miast

Adrian Stachowski

Wyrzut sumienia, powód irytacji, miejsce badań terenowych, socjologicznych, ale i badań nad duszą, matryca przyszłości – reporterzy muszą balansować między skrajnościami. Grozi im albo nuda, albo tabloid

Jeszcze 8 minut czytania

Miasto to temat, który świetnie pokazuje ograniczenia i paradoksy reportażu. Wydobywa bowiem na wierzch jeden z konfliktów, który targa jego naturą – rozdarcie między jednostkowością a ambicją opisu rzeczywistości. Reportaż w swojej czystej formie żywi się szczegółem, a jego zadaniem, formułowanym być może nieco na wyrost, jest tłumaczenie świata.

Dlaczego na wyrost? Bo jeśli weźmiemy za przykład właśnie reportaże o miastach, okaże się, że ten sposób mówienia o świecie, który programowo dąży raczej do jednostkowości, a nie syntezy, napotyka trudności, gdy zaczniemy wymagać od niego zbyt wiele, na przykład jasnych diagnoz lub ogólnych wniosków. To samo tyczy się także innych tematów, ale reporterzy, którzy biorą się za portretowanie miast, muszą balansować między skrajnościami. Grozi im albo nuda, albo tabloid. Albo przyczynkarstwo, albo stereotyp. Widać to dobrze w nowych książkach reporterskich o miastach: zbiorze „Światła małego miasta” pod redakcją Magdaleny Kicińskiej, „Poznaniu. Mieście grzechu” Marcina Kąckiego i „Pojutrze” Pauliny Wilk. 

W stronę Miasta

Małe miasta to wyrzut sumienia polskich reporterów. Ilekroć pojawia się książka na ich temat, towarzyszy jej utyskiwanie, jak szeroko omijanym tematem jest małomiejska rzeczywistość i jak źle mniejsze ośrodki są traktowane przez media, które albo nie opisują ich wcale, albo traktują z wyższością, relegując do rubryk z dziwotami lub skandalami. Takie głosy pojawiały się w ostatnich latach kilkakrotnie: kiedy nagrodę za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścińskiego otrzymał zbiór „Najlepsze buty na świecie” Michała Olszewskiego; kiedy ten sam laur przypadł książce „Diabeł i tabliczka czekolady” Pawła Piotra Reszki; przy premierze kolejnych zbiorów Marcina Kołodziejczyka; i wreszcie kiedy Filip Springer i skupieni wokół niego współautorzy rozkręcali projekt „Miasto Archipelag”, którego kulminacją była książka o takim samym tytule, będąca zapisem podróży Springera przez 31 byłych miast wojewódzkich.

Ta sama narracja towarzyszy cichej publikacji zbioru tekstów młodych reporterów z Polskiej Szkoły Reportażu, zatytułowanego „Światła małego miasta”. Cichej, bo nie jest to książka, którą można kupić w księgarni – można ją za to ściągnąć ze strony internetowej projektu o tej samej nazwie. A projekt jest ciekawy, bo składa się ze zbioru reportaży i raportu z badań terenowych prowadzonych przez członków Polskiego Towarzystwa Badaczy Rynku i Opinii. Badacze i reporterzy odwiedzili 35 miast z populacją poniżej 20 tys. mieszkańców (w książce znalazły się reportaże z dwunastu). Efekty tej pracy dopełniają się i wchodzą ze sobą w dialog, przynosząc wartościowe  rozpoznania. A przy okazji sporo mówią o ograniczeniach reporterskich prób diagnozy społecznej.

„Światła małego miasta. Reportaże”. Red. Magdalena Kicińska, Fundacja Instytutu Reportażu, 196 strony, publikacja dostępna bezpłatnie online„Światła małego miasta. Reportaże”. Red. Magdalena Kicińska, Fundacja Instytutu Reportażu, 196 stron, publikacja dostępna bezpłatnie onlineNie ma się co oszukiwać – reportaże, które zebrano w „Światłach małego miasta”, to reporterskie wprawki, teksty studentów popularnej wśród początkujących reporterów szkoły pisania. Są wśród nich i perły, i teksty słabsze. Jest też trochę dezynwoltury. Widać ją najlepiej w tekście „Józefów, czyli jak to zrobić bez pompy”, w którym autor Marcin Koczur, przechodząc przez trawisko, zastanawia się, czy i jego śladem ruszy kiedyś reporterski biograf, który będzie weryfikował szczegóły zawarte w jego tekstach: „Przebijam się przez wysokie trawy i, kiedy to piszę, sam nie wiem, czy ktoś kiedyś nie odkryje, że faktycznie były skarłowaciałe” (to czytelna aluzja do Wiliama Pike’a, ugandyjskiego dziennikarza, który w „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego podawał wysokość trawy jako przykład skłonności Kapuścińskiego do przesady). W najlepszym tekście z tego zbioru Martyna Wojtkowska chodzi po Sokołowie Podlaskim i rozpytuje. Sama pochodzi z Sokołowa, ale przyjeżdża coraz rzadziej, więc do zwykłego reporterskiego „jak się żyje?” dodaje jeszcze: „czy powinnam wrócić?”. Jej reportaż to jednocześnie zapis osobistych rozterek i przekonywająca „wcieleniówka”. Kiedy idzie do urzędu pracy, jest i reporterką, i dziewczyną z Sokołowa:

(…) Zaczynam standardowo, od urzędu pracy, jak człowiek bez znajomości. Przyjmuje mnie pan Paweł.
– Chciałam dowiedzieć się, jakie mam szanse, żeby znaleźć pracę w Sokołowie.
– Dwa do dwóch i pół tysięcy brutto. Takie są szanse. Na tym rynku to są bardzo dobre stawki. A w jakiej dziedzinie chciałaby pani znaleźć tę pracę?
– Nie mam konkretnych oczekiwań. Jestem po studiach humanistycznych.
– Będzie ciężko… U nas najczęściej pojawiają się prace fizyczne. Zbieracz pieczarek, pakowacz mięsa, rozbieracz-wykrawacz, magazynier. Oferty pracy wiszą na korytarzu, można poczytać. A pani pewnie chciałaby w biurze pracować?
– Może być w biurze.
Zastanawia się i po chwili dodaje ściszonym głosem:
– Teraz w StalFie szukają. Sekretarka z możliwością późniejszego awansu.
– A ile się na takim stanowisku zarabia?
– Z tego, co słyszałem, a to świeża informacja z wczoraj, dwa tysiące sto brutto na początek.

Teksty w tym zbiorze różnią się, co oczywiste, miejscami akcji; dotykają innych kwestii i opowiadają historie różnych ludzi. Jest tu opowieść o festiwalu disco polo w Kożuchowie, o rodzinnym zakładzie pogrzebowym w Świdwinie, o lokalnej telewizji w Czarnym, o społecznikowskim teatrze w Ciężkowicach, o czekaniu na komunałkę w Raciążu… Jest też reportaż o historii miłosnej, dla której Połczyn Zdrój jest zaledwie tłem.

Czy z takiej kolekcji można ułożyć mozaikę, która – obserwowana z oddali – ułoży się w sensowną i prawdziwą opowieść na temat Polski małych miast? Byłoby tak, gdybyśmy założyli, że historie, które zainteresowały reporterów, są w jakiś sposób reprezentatywne, zobiektywizowane, od początku pomyślane jako fragmenty całości; lub gdyby były jak zestaw wyselekcjonowanych przesłanek stworzonych po to, by wyciągać z nich ogólne wnioski. Ale nie tak działa ten rodzaj reportażu, szczególnie jeśli jest pisany na wiele rąk. Żadna z tych historii nie pozwala twierdzić, że dokładnie tak jak Wyśmierzycach (Świdwinie, Sejnach, Olecku) jest w każdym mniejszym mieście – byłoby to przecież niedorzeczne. W „Światłach małego miasta” jest prawda, ale jednocześnie tylko jej część.

Są tu również interesujące spostrzeżenia, na przykład o tym, jak ze zbiorowej pamięci niektórych mniejszych miast wypierana jest pamięć o miejscowych Żydach. Są też ładne metafory, jak w reportażu Agaty Grabowskiej z Wyśmierzyc, gdzie pierwszy raz od dawna – od 1988 roku – nie tak znowu liczni mieszkańcy nie mogą dogadać się, by usiąść razem przy jednym stole. Ale nie ma syntezy. Może dlatego, że synteza formułowana językiem reportażu zawsze będzie przynajmniej trochę nieprawdziwa?

Filip Springer, „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miasta”. Karakter, 320 stron, w księgarniach od września 2016Filip Springer, „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miasta”. Karakter, 320 stron, w księgarniach od września 2016Z problemem jednostkowości i uogólnienia zmagał się też Filip Springer w swoim „Mieście Archipelagu”. Nie bez znaczenia są kulisy powstawania tej książki. Objazd Springera po 31 byłych miastach wojewódzkich trwał pięć miesięcy. W wywiadach przyznawał, że w jednym mieście spędzał około trzech dni, a im dłużej był w trasie, tym częściej zdarzało mu się gubić rachubę i zapominać na krótką chwilę, gdzie właściwie się znajduje. Nie chodzi o to, by przypominając o tym, podważać wartość tych reportaży, chociaż pośpiech jest w nich widoczny. Chodzi o coś ciekawszego – o możliwość podejrzenia, jak robi się reportaż, gdy kolejne miasta mają tak krótki czas na „zaprezentowanie się” reporterowi. „Im dłużej podróżuję, tym częściej twarze, rozmowy, obrazy, sytuacje odrywają się od przestrzeni. Biorą rozwód z geografią i dryfują w stronę Miasta – sumy wszystkich miast, archipelagu opowieści, zlepku historii. Zaczynam rozumieć, że nie pozostaje mi nic innego, jak się z tym pogodzić” – pisze Springer w epilogu swojej książki. I chyba nie ma innego wyjścia, bo jeśli reportaż ma cokolwiek tłumaczyć, to musi zmierzać do uogólnienia, nawet jeśli ma być ono tylko ułomną hipotezą. 

Projekt „Światła małego miasta” rozwiązuje ten problem inaczej – przezwycięża jednostkowość reportaży badaniami, które go współtworzą. W przygotowanym przez terenowych badaczy raporcie towarzyszącym zbiorowi czytamy na przykład, że 49 proc. mieszkańców małych miast – głównie ludzie młodzi: licealiści, studenci lub osoby zaczynające dorosłe życie – chciałoby się z nich wyprowadzić lub to rozważa, a najczęściej deklarowanym powodem chęci wyprowadzki jest poszukiwanie pracy lub rozrywki. „W 539 na 704 miasteczkach poniżej dwudziestu tysięcy mieszkańców zaobserwowano na przestrzeni ostatniej dekady ujemne saldo migracyjne” – czytamy w obszernym opracowaniu. Reportaż jest jak czucie i wiara, ale bez szkiełka i oka możemy zostać z obrazkami, które nie ułożą się w nic spójnego.

Zarówno książka Springera, jak i „Światła małego miasta” zmagają się z jeszcze jednym problemem – nudą. Reportaże o życiu w małych miastach są tekstami, co do których łatwo zgodzić się, że są ważne i potrzebne, szczególnie w czasach, kiedy reportaż odchodzi od spełnianej niegdyś w większym stopniu funkcji społecznej. Ale nie są to dzieła, które czyta się z wypiekami na twarzy. Rzadko wywołują gwałtowne emocje, nie bardzo da się nad nimi kłócić, nikogo nie przyprawią o nieprzespaną noc. A właśnie tego wymaga się dzisiaj od reportaży – silnych emocji. Ma być mięso, krew, pot i łzy. I najlepiej – sperma.

Gruba kreska

Być może emocje wzbudzi nowa książka Marcina Kąckiego. „Poznań. Miasto grzechu” to drugi z serii zbiorów tekstów „miejskich” (w 2015 roku ukazał się nominowany do Nagrody Nike „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”; następna w kolejce jest Warszawa) i już trzecia książka reportera opublikowana w tym roku, po zbiorze reportaży kryminalnych „Plaża za szafą” i powieści „Fak maj lajf”.

W nowej książce Kącki przeprowadza na Poznaniu podobny zabieg, jaki uprzednio zafundował stolicy Podlasia – wywleka na wierzch brudy, wyciąga z szafy trupy, otwiera szeroko okna i zagląda pod dywan (a przynajmniej takie nieco wyświechtane określenia towarzyszą omawianiu tej książki). Jednak o ile w Białymstoku tropił przejawy rasizmu, ksenofobii i antysemityzmu, o tyle jego książka o Poznaniu ma być śledztwem w sprawie „mieszczańskiego demona”. Kącki zapowiada zerwanie poznańskich firan i wiwisekcję tego, co kryje się za ładem i schludnością. „Próbuję w niej złapać ducha tego miasta i odpowiedzieć na pytania dotyczące korzeni poznańskiego mieszczaństwa. Poznań to mój teren badawczy” – mówił o swojej książce w jednym z niedawnych wywiadów. W tej samej rozmowie padły słowa, że Poznań gryzie go w dupę – i dlatego chce mu się o nim pisać.

„Poznań według Kąckiego to miasto świetnie zaprojektowane, otwarte na rozwój, przyjazne dla młodych, ale także miasto, którego dusza tkwi w pruskim drylu, miasto, w którym zaangażowanie spotyka się z ignorancją, a pod płaszczykiem religii i ideowości kryją się często agresja, złość i niskie instynkty” – pisze wydawca na okładce książki, ale to opis trochę zwodniczy. Kącki to nie Springer, nie interesuje go planowanie przestrzenne, ścieżki rowerowe ani oferta Poznania dla młodych. Jego reportaże opowiadają między innymi o prześladowanych i mordowanych gejach, sprawie dyrygenta Wojciecha Kroloppa, który molestował chłopców z chóru Słowników Polskich (Kącki wraca tu do tematu, którym zajmował się już w książce „Maestro. Historia milczenia”), i o skandalu seksualnym z arcybiskupem Juliuszem Paetzem w roli głównej. To sprawy bulwersujące, sensacyjne, emocjonujące, którym wcale nie tak daleko do tabloidu. Ale na tym polega też specyficzna zaleta rodzaju reportażu, jaki uprawia Kącki – pozwala zaspokajać tabloidową ciekawość i jednocześnie daje rozgrzeszenie, polegające na poczuciu, że obcuje się z najwyższą i najbardziej szlachetną formą dziennikarstwa, czyli reportażem literackim.

Marcin Kącki, „Poznań. Miasto grzechu”. Czarne, 344 strony, w księgarniach od października 2017Marcin Kącki, „Poznań. Miasto grzechu”. Czarne, 344 strony, w księgarniach od października 2017Pozytywnymi bohaterami Kąckiego są ludzie, którzy rzucają wyzwanie miejscowym ośrodkom formalnej lub nieformalnej władzy – szczególnie hierarchii Kościoła katolickiego – i hipokryzji. Na przykład Tomasz Polak, który zdecydowanie wypowiadał się przeciwko Paetzowi, za co usunięto go z Wydziału Teologicznego UAM, co w końcu doprowadziło go do apostazji, mimo że przyjął święcenia kapłańskie. Albo Adam Suwart, który doniósł na Paetza do Watykanu. Najlepszy tekst ze zbioru, „Różaniec”, opowiada natomiast historię rodziny Ziółkowskich, w której przyszło na świat pierwsze w Polsce dziecko poczęte dzięki in vitro. Mówienie o tym publicznie również kosztowało Adama Ziółkowskiego posadę na Wydziale Teologicznym UAM.

Reportaże ze zbioru łączy figura „poznańskości”, która pojawia się w wypowiedziach bohaterów. Rozmówcy Kąckiego organizują wokół niej cechy, które posiada archetypiczny, stereotypowy Poznaniak:

Moja religijność (…) pochodzi od rodziców. Jest mniej emocjonalna, a bardziej intelektualna, jak w całym Poznaniu („Polak”).

Co znaczy poznański mieszczanin? No to już jest bardzo trudne pytanie… To znaczy… że powinno być tak, że jest rodzina, że jest poukładane, jest gradacja, hierarchia, że mężczyzna jest skierowany na zewnątrz, że ma zarobić na rodzinę i ma z tego tytułu otrzymywać szacunek. Od wszystkich. Że myśli o przyszłości, że wchodzi do rodziny żony, czyli że rodzina żony staje się dla niego ważniejsza („Serce”).

W mojej rodzinie był patriarchat i jest to bardzo ważne dla mieszczańskiej, poznańskiej rodziny. Mama pytała ojca niemal o każdą ważną sprawę („Serce”).

Był sknerą, tak po poznańsku – nie dawał nawet kieszonkowego („Jeżycjada®”).

Gdy szłam na historię sztuki (…), zdawałam sobie sprawę z tego, że nie jestem poznańska. Od przyjaciół słyszałam, że nasz dom też jakiś niepoznański, bo otwarty, mama lubi ludzi, a przed drzwiami, na wycieraczce, nie trzeba ściągać butów („Gemela”).

Przykłady, które można mnożyć, zdradzają ciekawą strategię pisarską Kąckiego. To nie on definiuje poznańskość, ale pozwala robić to swoim rozmówcom. Podobnie postępuje w końcowej, historycznej części książki. Bez zdania odautorskiego komentarza przypomina, że przed drugą wojną światową poznańską elitę stanowili sympatycy ruchu narodowo-katolicko-patriotycznego – „klerykałowie, frankofile, germanofobi, antysemici” – a w 1927 roku przez Poznań maszerowały dwa konkurencyjne pochody trzeciomajowe, sanacyjny i endecki. W rozdziale „Ordnung” przytacza wyniki badań Floriana Znanieckiego, który w 1928 roku skierował do Poznaniaków ankietę na temat miasta. „Kombatant powstania wielkopolskiego zarzucał w ankiecie, że «bez znajomości sekciarskiej i partyjnej się nie da», poza tym Poznań pełen jest bigoterii i fanatyzmu religijnego” – pisze w jednym miejscu, a kawałek dalej dodaje: „Żadna z odpowiedzi nie odnosiła się wprost do oceny Kościoła. Odpowiadano pozytywnie lub wcale: «Życie religijne ludności Poznania jest bardzo intensywne, powiedziałabym powszechniejsze, głębsze niż gdzie indziej». Ankietowana nie chciała wyrazić jednak własnej opinii, bo «jest ono [duchowieństwo] zbyt wpływowe w Poznaniu i boję się je obrazić»”. Ten historyczny rys w opowieści Kąckiego o Poznaniu wydaje się mieć jasny cel. Czytelnik ma porównać go ze współczesnymi reportażami z początku książki i sam postawić diagnozę: w Poznaniu jest po staremu.

Jaką to „duszę” miasta obnaża Kącki? Jego Poznań to miejsce, gdzie do konfesjonału idzie się z grzechami spisanymi na kartce, gdzie króluje porządność na pokaz, hipokryzja, układy, konformizm. To też społeczność, która potrafi zniszczyć odstępców. Poznań Kąckiego jest klaustrofobiczny, duszny, fasadowy, a wreszcie, jak mówi podtytuł książki, grzeszny. To nawiązanie do Marii Rataj i jej wspomnień o przedwojennym Poznaniu, które w 2007 roku wznowiono w niewielkim nakładzie pod tytułem „Grzeszne miasto”.

Tytuł, podobnie jak obraz miasta, który rysuje Kącki, pociągnięty jest grubą kreską, to portret na skraju stereotypu, nie ma w nim miejsca na niuanse i takie błahostki jak „zwykłe życie” Poznaniaków, którego przecież nie definiuje ani afera Kroloppa, ani Paetza, nawet jeśli te dwa skandale faktycznie były ważnymi wydarzeniami w niedawnej historii miasta. Kącki w swoich krwistych reportażach ucieka od nudy, ale zmierza w objęcia sensacji. Ale to zrozumiałe – jeśli miasto gryzie reportera w dupę, to nie ma się co spodziewać po nim subtelności, wyważenia i dystansu.

Sama w mieście

Jak na kraj, który wydał Ryszarda Kapuścińskiego, Polska ma niewielu reporterów poruszających problemy globalne. Mimo że wciąż inspiruje wielu jeżdżących za granicę autorów, autor „Wojny futbolowej” nie doczekał się wielu spadkobierców, którzy próbowaliby patrzeć na świat z szerokiej perspektywy (wyjątkami są może Artur Domosławski i Wojciech Jagielski, typowani jako najbliżsi kontynuatorzy Kapuścińskiego).

Wyrazem takich ambicji jest nowa książka Pauliny Wilk. „Pojutrze. O miastach przyszłości” to zapis jej podróży przez 9 globalnych metropolii: Dubaj, Seul, Kampalę, Masdar, Bombaj, Singapur, Limę, Kopenhagę i Sogndo. Teksty, będące mariażem prozy podróżniczej, eseju i reportażu, są przeplatane krótkimi interludiami o futurologicznych wizjach miejskich planistów. Jeśli wierzyć autorce, ruszyła ona w świat z konkretnym pytaniem: o przyszłość. Czego? To dobre pytanie. Chyba nas wszystkich, ale przede wszystkim miast: „Do kogo należą miasta? Czy możliwe jest miasto idealne? Jak będą wyglądały wielkie metropolie za dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt lat?” – pyta okładka. Ale spoiwo nie zawsze klei mocno, są bowiem w tym zbiorze reportaże, które nieco odbiegają od tak nazwanego tematu. Na przykład do Kopenhagi autorka przyjechała, by – o czym pisze – sprawdzić, jak najszczęśliwsze miasto świata radzi sobie z zimową melancholią, „dnem meteorologicznej rozpaczy”.

Najmocniej rzucającą się w oczy cechą reportaży Pauliny Wilk – widać ją było już w nominowanych do Nike „Lalkach w ogniu”, książce o Indiach – jest ich specyficzna wsobność. Wilk włóczy się, rozgląda, nieraz kogoś śledzi, ale prawie z nikim nie rozmawia, a jeśli już, to przypadkowo i przelotnie. „Mam z tych podróży przede wszystkim wspomnienie siebie samotnej idącej przez ogrom miasta i próbującej znaleźć w nim odrobinę sensu” – mówiła w jednym z wywiadów towarzyszących książce. W innym z kolei powiedziała o „subtelności niewydarzonego kontaktu” i swoich wątpliwościach, czy dziennikarska rozmowa z bohaterem na pewno zbliży ją do prawdy, jako że ludzie czasami mówią nieprawdę. Ekstremalnym przykładem tej „subtelności niewydarzonego kontaktu” jest końcówka rozdziału o Kampali, w którym korzysta z usług moto-taxi.

Słyszałam też, że są oni [motocykliści] pozbawieni zahamowań, nie mają nic do stracenia, oszukują, w pędzie wyszarpują z rąk telefony i portfele, porywają ludzi dla okupu. Zaryzykują wszystko dla jednego dolara. (…) Podchodzę do półleżącego na motorze chłopaka. Usłyszał chrzęst moich kroków na czerwonej, pylistej ziemi. Podnosi spoconą głowę, jego oczy błyszczą.

Paulina Wilk, „Pojutrze. O miastach przyszłości”. Wydawnictwo Literackie, 352 strony, w księgarniach od listopada 2017Paulina Wilk, „Pojutrze. O miastach przyszłości”. Wydawnictwo Literackie, 352 strony, w księgarniach od listopada 2017I koniec. Nie dowiemy się, o czym rozmawiali. A przecież musieli. Chętniej niż z ludźmi Wilk rozmawia z miastami. Personifikuje je, wygłasza do nich inwokacje, kłóci się z nimi. Jak w stolicy Ugandy:

— Jesteś oszustką — powiedziałam Kampali, opuszczając dworzec. — Nie pozwalasz się ruszyć. Dławisz potencjał jak ciężka pokrywa gar. Twoje linie kolejowe obumarły. Twoje drogi zniewalają na długie godziny, pozatykane przez samochody ciężarowe, minibusy wiozące po dwudziestu stłamszonych pasażerów, pokiereszowane auta i motocyklistów, usiłujących przeciskać się w smrodzie między karoseriami.

Ale to nie brak bohaterów jest wadą książki Pauliny Wilk. Wszak książki Kapuścińskiego też nie miały wielu bohaterów, za to często miały tylko jednego – Kapuścińskiego (a skoro mówimy o miastach – jego portret Luandy w przeddzień ewakuacji Portugalczyków z „Jeszcze dzień życia” przeszedł do legendy światowego reportażu; chociaż po latach okazało się, że nie wszystko w nim było prawdą). Problem tkwi w tym, że Wilk obserwatorka zbyt często formułuje swoje spostrzeżenia w sposób, który osuwa się w banał lub egzaltowany szyfr. W entuzjastycznej w ogólnym rozrachunku recenzji pisze o tym Marcin Kube, recenzent „Rzeczpospolitej”, niegdyś redakcji Pauliny Wilk. Kube wyciąga zdanie z rozdziału o Bombaju: „Każdy dzień jest grą o nieprzewidywalnym wyniku. Obietnicą, której spełnienie wciąż się odsuwa”. Ale zdań, co do których nie jest jasne, co dokładnie znaczą, jest w tej książce więcej: „Dubaj już stoi i zarabia, ale jeszcze nie istnieje. Oto przyszłość w stadium prenatalnym. Miasto rodzi się w dniu, w którym staje się legendą”; „Singapur to dukat bez rewersu, miasto bez zła”; „[Seul to] miasto sztuczne i totalistyczne, nieprzewidujące dla siebie żadnej alternatywy”. Pojawiają się też podejrzanie brzmiące uogólnienia: „Emiratczycy nie wyłączają klimatyzatorów, nawet gdy wyjeżdżają z domów na wakacje”. To największy problem, jaki można mieć z „Pojutrzem” – nieliczne ciekawe myśli i obserwacje (jak ta, że żyjemy w czasach „produkowania geografii”, czyli sztucznych lądów, miast i eko-systemów; lub efektowna wizja świata, na którym zostały tylko samodzielne maszyny) giną między myślami nieciekawymi, wtórnymi, efekciarskimi.

Jaką przyszłość zobaczyła w swoich podróżach reporterka? Można odnieść wrażenie, że ona sama nie ma na to pytanie jasnej odpowiedzi, czemu chyba nie można się zbytnio dziwić. Pozostaje szukanie tropów. Autorka nazywa Dubaj celem i „ostateczną destynacją” ludzkości, widząc w nim efekt masowego transferu, wielkie wymieszanie ludzkości, pierwszą prawdziwie globalną metropolię. W Seulu za to obserwuje, jak nowoczesne miasto i postęp technologiczny zacierają granicę między realnością a wirtualnością, czego ubocznym skutkiem jest uniformizacja nie tylko postaw, ale też wyglądu ludzi. Nie ma dobrego zdania o Masdarze, sztucznym eko-mieście w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – nie ufa mu, widzi w nim jeszcze jedno niespełnione marzenie. Sporo miejsca poświęca biotechnologii i temu, jak człowiek z czasem będzie miał coraz więcej wspólnego z maszynami. Ale to wszystko równie dobrze może być pisaniem patykiem na piasku. Czy przyszłość miast i ludzkości na pewno będzie amalgamatem procesów, które zachodzą w Seulu, Singapurze, Dubaju czy Limie? Może tak, może nie. Ale właściwie dlaczego miałoby tak być?

Wilk skupia się głównie na miastach, które są oazami bogactwa w biedniejszych regionach (nie dotyczy to pewnie Kampali, Limy i Kopenhagi). Co jednak charakterystyczne, nie pisze o tym, jak te niegdyś peryferyjne miasta wkraczały w globalny obieg kapitału, a także jaka jest tego cena. Dlatego warto skonfrontować książkę Wilk z nagrodzonym w tym roku nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego reportażem „Delhi. Stolica ze złota i snu”. Jej autor, Rana Dasgupta, swoją pięciusetstronicową opowieść o Delhi tka z głosów mieszkańców – w tym sensie jego reportaż i książka Wilk to zupełne przeciwieństwa, i w tworzywie, i w dystansie. Co jednak szczególnie interesujące, autor rozmawia głównie nie z biedakami, co znamy z setki podobnych książek, ale z bogaczami, którzy dorobili się fortun w okresie po liberalizacji gospodarki na początku lat 90. i otwarciu Indii na zagraniczny kapitał.

Widać tu ciekawą zależność. Wilk chce zastanawiać się, jak rozrastające się i bogacące metropolie niegdysiejszego Trzeciego Świata wpłyną na przyszłość Zachodu, Dasgupta zaś przygląda się, jak zachodnie pieniądze zmieniają Delhi i całe Indie (oryginalny angielski tytuł tej książki to „Capital”, a więc stolica, ale i kapitał). Zresztą nie tylko – według autora rozprzestrzenienie się kapitalizmu na byłe kolonie to jeden z najważniejszych procesów, jakie zaszły na świecie w ostatnich dekadach i będą kształtować przyszłość wielu regionów świata i wielu miast, także tych, które odwiedziła Wilk. Ale autorka „Pojutrza” zupełnie traci go z oczu. Może dlatego, że interpretuje odwiedzane miasta bez niczyjej pomocy. A przecież najlepiej opowiadają o nich miejscowi.

Kropla

Wyrzut sumienia, powód irytacji, miejsce badań terenowych, socjologicznych, ale i badań nad duszą, matryca przyszłości – reporterzy widzą w miastach różne rzeczy. Ich postrzeganie uzależnione jest od ciekawości, wrażliwości, czasami nawet fobii. To zgodne z regułami gatunku, ale trzeba pamiętać, że reportaż w swojej naturze rozpięty jest między dążeniem do tłumaczenia świata a opisem jednostkowości. Jeśli nadamy jej rys absolutu, zwiedzie nas na manowce. W kropli wody nie zawsze widać wszechświat. W kilku historiach i obrazkach nie zawsze widać miasto.

Reporterskie portrety miast – autorski przegląd

 

Pekin: Tiziano Terzani, „Zakazane wrota”. Przeł. Krzysztof Żaboklicki, W.A.B., 360 stron, 2011
„Było kiedyś w dalekim kraju przepiękne miasto” – tak zaczyna się jeden z najpiękniejszych reportaży o miastach w historii. Tiziano Terzani, nazywany całkiem słusznie włoskim bratem bliźniakiem Ryszarda Kapuścińskiego, zamieszkał w Pekinie w 1980 roku jako korespondent „Der Spiegel”. Przybrał chińskie imię, Deng Tiannuo, i posłał dzieci do lokalnej szkoły. W 1984 roku wydalono go za „działania kontrrewolucyjne”. Rozdział „Śmierć o tysiącu ostrzy” z tomu „Zakazane wrota” to epitafium na cześć starego Pekinu, zniszczonego przez komunistów. 

Manila: Wojciech Tochman, „Eli, Eli”. Czarne, 152 strony, 2013
Tochman zapuścił się w najbiedniejszy slums stolicy Filipin, Onyx, by szukać odpowiedzi na pytania o odpowiedzialność patrzących na biedę. Negatywnymi bohaterami „Eli, Eli” są przede wszystkim biali turyści, którzy urządzają sobie bieda-wycieczki po osiedlach nędzy. Co tam robią? Co im to daje? A co tam robi reporter? Gdzie leży granica między mówieniem prawdy o biedzie a epatowaniem cierpieniem i przemocą? Czy reporter uprzedmiotawia swoich rozmówców, widząc w nich przede wszystkim ich ubóstwo? Tochman zadaje celne i bolesne pytania – nie oszczędza też siebie – nawet jeśli bywa nieznośnie moralizatorski, a w jego pisaniu czuć niewypowiedziane przekonanie o własnej wyższości. Książka zawiera też znakomite zdjęcia Grzegorza Wełnickiego, równie ważne jak teksty.

Rio de Janeiro: Juliana Barbassa, „Dancing with the Devil in the City of God: Rio de Janeiro and the Olympic Dream”, Touchstone, 352 strony, 2016
Najlepsze książki o miastach piszą ci autorzy, którzy z nich pochodzą, wyjechali, a potem wrócili. Jak Juliana Barbassa, Brazylijka z urodzenia i Amerykanka z paszportu. W 2010 roku została korespondentką AP w Brazylii. Była nią przez trzy lata. „Dancing with the devil in the City of God” to książka o zmęczonym, pobitym, skażonym przemocą społeczeństwie, zmuszanym do radości z kolejnych imprez sportowych, które kosztowały nie tylko miliony, ale też wiele krzywd. Barbassa wpisuje swoje spostrzeżenia w globalny kontekst – według niej Rio nie jest ewenementem, z podobnymi problemami borykają się też inne megamiasta w rozwijających się krajach Południa.

Detroit: Charlie LeDuff, „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”. Przeł. Iga Noszczyk, Czarne, 296 stron, 2015
Kolejny przykład na słuszność tezy o reporterskich powrotach. Charlie LeDuff zwalnia się z New York Timesa i wraca do Detroit, miasta, w którym się urodził. Jego książka to wciągający zapis powolnego umierania miasta będącego niegdyś symbolem prężności amerykańskiego przemysłu. W opowieści LeDuffa Motor City staje się symbolem chorób współczesnego kapitalizmu. „Detroit” to także przykład, że nie tylko polskie reportaże potrafią być literackie… Chociaż i LeDuffowi zdarzały się zarzuty zbytniego upiększania rzeczywistości.

Berlin: „Mur. 12 kawałków o Berlinie”, red. Agnieszka Wójcińska. Czarne, 208 stron, 2015
Antologia tekstów o Berlinie. Wśród autorów Polacy i Niemcy, a reportażom towarzyszą zdjęcia Filipa Springera. Pomysł był taki: rzucić hasło – mur – i zostawić autorom wolną rękę. Efektem jest zbiór różnorodny, ale bez środka ciężkości, nieco chaotyczny, ale za to nieprzewidywalny. Autorzy „Muru” patrzą na Berlin, ale zaskakująco często stolica Niemiec staje się w ich tekstach lustrem dla Warszawy, a nawet szerzej – Polski i Polaków. Pierwotnie antologię tworzyło 12 tekstów. W aktualnych wydaniach jest ich 11 – jeden reportaż, autorstwa Witolda Szabłowskiego, okazał się twórczym zapisem pewnego filmu dokumentalnego.

Nowa Huta: Renata Radłowska, „Nowohucka telenowela”. Czarne, 160 stron, 2008
Niesłusznie zapomniany zbiór reportaży o dzielnicy-symbolu. Teksty z tej książki publikowano w latach 2004-2008 w „Lodołamaczu”, miesięczniku krakowskiego teatru Łaźnia Nowa. Radłowska pisze kameralnie, skromnie, styl jej tekstów przypomina PRL-owskie reportaże Hanny Krall. Radłowska sprawdza, jak żyją niegdysiejsi budowniczowie miasta-kombinatu, w którym, jak pisał Adam Ważyk, „wytapiała się robotnicza klasa”.