Edward Pasewicz, „Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę”

Karol Francuzik

W czasach gdy budujemy drogi na Euro 2012, znakomici poeci są naszym dobrem narodowym – dźwigiem, spychaczem i koparką

Jeszcze 1 minuta czytania

„Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę” to obszerny wybór wierszy Edwarda Pasewicza – poety, prozaika, muzyka, autora pięciu tomów („Dolna Wilda”, „Wiersze dla Róży Filipowicz”, „TH”, „Henry Berryman. Pięśni”, „Drobne! Drobne!”) oraz jednej powieści („Śmierć w darkroomie”). Do zbioru dołączono także 16 nowych utworów.

Edward Pasewicz, „Muzyka na instrumenty
strunowe, perkusję i czelestę”
. Wojewódzka
Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury,
Poznań, 208 stron, w księgarniach od maja 2010
Kiedy czytałem te wiersze ułożone tym razem przez Joannę Orską i Grzegorza Jankowicza, po raz kolejny upewniłem się, że mamy do czynienia z autorem tyle nietuzinkowym, co wciąż niedocenionym. Ktoś może zaprzeczyć i powiedzieć, że Pasewicz jest przecież poetą, na którego zwrócone są oczy nie tylko młodej krytyki, bo przecież każdy jego tom spotyka się z dużym – jak na polskie warunki – zainteresowaniem. I będzie miał rację. Nie jestem zwolennikiem nagrodomanii, nie należę też do kasty nagrodofobów, ale odczuwam pewien rodzaj niedosytu, gdy myślę o autorze „Dolnej Wildy” w tym kontekście: jakoś tak się dzieje, że wygrywają inni. I znów ktoś może powiedzieć: nie ma się co dziwić, Polska jest krajem o nadnaturalnym przyroście poetów na metr kwadratowy i na jednego mieszkańca, konkurencja jest zatem spora. Zgoda. Ale niedosyt pozostaje, jak po papierosie zapalonym po latach abstynencji.

Większość wyborów wierszy jest jednocześnie rodzajem podsumowania, pokazem siły i zamknięciem pewnego literackiego etapu. Tak też jest i w tym przypadku. Trzeba przeczytać tę książkę od pierwszej do ostatniej strony, by zrozumieć, że mamy do czynienia z poetą mocnym, doświadczonym, zaskakująco podobnym tylko do siebie. Znów ktoś może powiedzieć: truizm i komunał, bo przecież każdy autor jest mieszanką wybuchową swoich doświadczeń oraz niespodziewanych autopsji, nutą słów innych.

Ale Pasewicz to poeta, który nie tylko lubi zaskakiwać brzmieniem, szybką frazą, nieśmiertelną melodią języka – każdy, kto choć raz czytał jego wiersze, wie o tym doskonale. Jest jak świetnie działający mechanizm, który gdy zaskoczy, potrafi unieść niejeden kapitalny wiersz.

Czego jeszcze możemy się dowiedzieć z „Muzyki na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę”? Choćby tego, że o Pasewicza należy się spierać i nie bać się nachodzić go z różnych stron. Dowodzą tego autorzy wyboru w swoich ciekawych eseistycznych posłowiach, które ukierunkowują odbiór poety, ale mam wrażenie, że jednocześnie – stawiając mocne tezy – domagają się jednokierunkowego czytania. Mam nadzieję, że już niebawem będzie okazja, by się o te tezy pokłócić. Bo naprawdę warto.

W czasach gdy budujemy drogi na Euro 2012, znakomici poeci są naszym dobrem narodowym – dźwigiem, spychaczem i koparką. Czy trzeba wymagać więcej od języka, który jest w ciągłej pracy? Chyba tylko tego, by nie rozmieniał się na „Drobne! Drobne!”. Bo dobry wiersz jak mit jest potrzebny. Jak niepalącemu papieros.

PS. W książce nie zamieszczono starszych wierszy Pasewicza, które nigdy nie były publikowane w tomach. A szkoda. Zainteresowanych odsyłam do „Ziemi Gorzowskiej” z połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Gratka dla poszukiwaczy skarbów.